Kurt Wagner zginął. Ożył, bo jak to zwykle bywa w świecie Marvela, bohaterowi nie odchodzą permanentnie (więc jestem spokojny o Wolverine’a, zresztą już wrócił niedawno). Powrót herosa nastąpił w serii Amazing X-men, a teraz włodarze z Marvela postanowili poświęcić niebieskoskórej postaci jej własną, osobną serię. Nie jest to pierwszy raz, aczkolwiek tym razem wyszło to naprawdę dobrze, choć nie obyło się bez zgrzytów. Tym bardziej, że za pióro do napisania historii o Nightcrawlerze zabrał się nie kto inny jak Pan Claremont. Legenda jeżeli chodzi o markę X-men. Oczekiwania urosły, choć nie do niebotycznych rozmiarów.
Początek jest klasyczny. Trening w programie symulacyjnym z Wolverine’m, gdyż Panowie bardzo się lubią i jest to relacja naprawdę świetna. Kurt musi sobie wiele spraw poukładać i znaleźć ponownie miejsce w całym tym rozgardiaszu. Odwiedza też niejaką Amandę, do której coś czuje i dziewczę nie pozostaje na to obojętne, bowiem mamy scenkę namiętnego pocałunku. Idylla nie trwa jednak zbyt długo, bo na miejsce schadzki trafia nowy przeciwnik o malowniczej ksywce „Trimega”. Zero charakteru, ale czego się spodziewać po narzędziu.
Motyw ataku nie jest znany, ale był on wymierzony zdecydowanie w Amandę, więc duet udaje się do domu dziewczyny, bowiem być może ma to związek z jej przeszłością. Przy czym jest to także dom Kurta, gdyż oboje dorastali w cyrku. Zresztą mamy tu stosowne retrospekcje. Haus, Gummi, Feuer czy wreszcie ich matka zastępcza, Margali. Są to postacie, które napisano nieźle, aczkolwiek są to tylko trzecioligowcy, więc nie ma fajerwerków i podejrzewa, że długo ich po tym występie nie zobaczymy. Intryga tu zarysowana jest dosyć prosta i w miarę postępu fabuły wychodzi na jaw, kto stoi za zamieszaniem. Troszeczkę szkoda, bo dostałem w sumie to czego oczekiwałem. Niemniej sposób działania złoczyńcy jest świetny. Zwłaszcza to jak wyeliminowano tutaj Storm i Beasta. Pomysł palce lizać. To tylko cztery z sześciu przypadających na ten album zeszytów. I nieco szkoda, że tak nie zostało.
Dalej mamy Kurta w roli mentora niejakiego Rico aka Scorpion Boy’a. Nazwa adekwatna do tego jak chłopak wygląda, aczkolwiek nowy uczeń ma w sobie jakiś przewidywalny, aczkolwiek potencjał. Razem ruszają ratować pewną dziewczynę, niejaką Ziggy, z łap członków grupy o malowniczej nazwie Crimson Pirates. Jest tu sporo walk, kilka fajnych pomysłów, ale sama historia jest o klasę gorsza od tego co dostaliśmy w pierwszej części tego tytułu. Brak tu tego polotu, świeżości co wcześniej.
Kreska Nauck'a jest dobra. Cieszy dbałość o szczegóły artysty. Całość to bardzo klasyczny Claremont, tylko że w nowoczesnych szatkach. Kto lubi przygody dawnych Uncanny X-men, ten znajdzie się tutaj jak w domu. No i bamfy rządzą. To są słodkie, małe nicponie. Niestety nie przesłania mi to faktu, iż ta druga historia jest znacznie słabsza od przygód z cyrkową trupą. Niemniej nadal widzę tkwiący w tym tytule potencjał.