.
.
Recenzja zawiera spoilery❗️
Od pewnego czasu zauważam pewną tendencję u polskich autorek romansów (czy raczej ero-mansów). Jakby gdzieś za wydawaniem książek, chował się prawdziwy wyścig szczurów pod hasłem: "która z nas napisze bardziej toksyczny shit". Dylogia Science to typowy przykład złej i powtarzalnej książki z tragicznie wykreowanymi bohaterami, o których chciałoby się jak najszybciej zapomnieć.
1,5|5★
Co poszło zatem najbardziej nie tak?
• Reed Easton - obsesyjny stalker, chodzący 🚩, gość, który zachowuje się jak niewyżyty, pozbawiony hamulców mężczyzna, któremu w głowie wyłącznie pieprzenie. Przynajmniej przez większość historii. Dodajmy do tego chorą zaborczość, zazdrość, agresję i mamy idealny przykład kolesia, któremu ktoś powinien zabrać licencję psychologa.
• Briana Larsen - dziecinne fochy, oburzenia, prowokacje, a w ostateczności zachowanie godne niedojrzałej smarkuli, która wyłącznie próbuje grać uwodzicielską kobietę wobec starszego od siebie 'partnera'. Całość jej postaci wypada raczej śmiesznie.
• chory, toksyczny związek studentki z 13 lat starszym profesorem (walić to, że łamiemy jakiekolwiek kodyksy etyczne), który opiera się przede wszystkim na seksie. Zbliżeniach, które w 90% przypadków tej historii zastępują rozmowę i są środkiem do wzajemnego karania się za złość na drugą stronę. Jakby, serio... rzucając prostym przykładek: Reed załatwia Brianie wykład podczas konferencji, ta wpada w zrozumiały szał (każdy odreagowuje stres inaczej, pewnie sama bym się wściekła, gdyby na studiach rzucono mnie na tak głęboką wodę), ucieka od niego... a ostatecznie kończą na korytarzu uczelni i zaliczają we wściekłości szybki numerek od tyłu, bo Reed wk*rwił się na to, że Briana wściekła się na niego. To jest chore. I powtarzalne, ponieważ ten schemat wściekłości, którą bohaterowie przekuwają w seks jest odgrzewany niczym kotlet do końca książki.
• ciągłe gadki o profesjonalizmie, trzymaniu dystansu na uczelni, zachowywaniu pozorów kończą się ciągłym obłapianiem lub 'obciąganiem' (idąc językiem książki) w gabinecie Reeda. A w ostateczności, używaniem znajomości, żeby pozbyć się kolejnego psychola z uczelni i życia głównych bohaterów. Mamy znajomości? Wykorzystajmy je. Groźby są tutaj na porządku dziennym.
• trójkąt w pokoju hotelowym - wywróciło mnie na drugą stronę. Niby bohaterowie są o siebie chorobliwie zazdrośni, pożerają się wzrokiem, robią sobie awantury i wpadają w furię, bo Reed/Briana zaliczyli rozmowę z kimś atrakcyjniejszym... A tymczasem Reed pozwala swojemu najlepszemu przyjacielowi obserwować jak uprawia seks z Brianą, by następnie podzielić się nią z Terrencem (dosłownie, znów posługując się książkowym językiem - Terrence rż*ie Brianę w usta). Ta scena nie wniosła absolutnie nic do historii poza tym, że Reed stał się dla mnie jeszcze bardziej odrażającym typem.
• zbędne wtrącanie wulgaryzmów, które są miejscami tak wymuszone, że aż śmieszne. Ale przecież autorka musi pokazać, jak bardzo niegrzecznym facetem jest Reed. 🙄
• powtarzalność w dialogach, zbliżeniach... dramach(?) pomiędzy bohaterami. Gdyby wyrzucić wszystkie nieistotne dialogi, w których bohaterowie poboczni i główni streszczają sobie wzajemnie to, co zostało przed momentem opisane przez autorkę, książka byłaby zdecydowanie krótsza. Wodolejstwo pierwszej klasy.
Tak jak pisałam o tym już wcześniej. Tę książkę możnaby podsumować w trzech emotkach: 🚩💩🤡. Jednak patrząc po ocenach na LC i gr, zastanawiam się, czy aby na pewno przeczytałam tę samą książkę, co pozostali czytelnicy_czki.