Mexikowie powstają do straceńczej walki przeciwko białym. Już nie „przybyszom”, a „najeźdźcom”. Na wojny i sprawy ludzi z wolna opada sieć utkana przez bogów, którzy splatają losy ludzi, miast i całych narodów. Mgliste i dwuznaczne przepowiednie nagle stają się jasne: zbliża się koniec. Świat utonie we krwi. Jest już za późno, aby odmienić bieg wydarzeń. Można jedynie pozostawić po sobie ślad w historii. Imperium upada, posągi bogów drżą, piramidy chwieją się w posadach: oto wypełnia się to, na co czekali kapłani!
Z przedwiecznego mroku, z miejsc dawno zapomnianych, z legend i przesądów wypełza Jadeitowy Pająk.
To było tak dobre! Słuchałam w audiobooku, czytanym przez pana Andrzeja Ferenca, i muszę tu nadmienić, że pan Ferenc zrobił fenomenalną robotę. Wręcz nie jestem pewna, czy powieść spodobałaby mi się aż tak bardzo, gdybym czytała ją w papierze (choć nadal jest świetna sama w sobie!). Lektorowi tak naturalnie, samoistnie przychodzi wcielanie się w poszczególne postaci i ich emocje, że bez problemu dało się odróżnić bohaterów po samej tylko intonacji głosu. Dodatkowo sama narracja jest bardzo emocjonalna, a nie po prostu wyklepana, jak to niektórzy robią, dzięki czemu wprost nie mogłam się oderwać.
Na moją ocenę na pewno mocno wpłynął fakt, iż jestem pasjonatką kultury i historii Indian, która nieodmiennie doprowadza mnie do łez. Jak byłam małym szkrabem, to moją ukochaną bajką była Pocahontas. Oglądałam ją tak wiele razy, że zajechałam kasetę vhs, aż obraz zaczął się sypać i była to pierwsza żałoba w moim życiu. Tutaj co prawda mowa jest o innych kulturowo plemionach rdzennych Amerykanów, czyli o Aztekach (obecny Meksyk), w przeciwieństwie do Pocahontas, która pochodziła z plemienia Powatanów (stan Wirginia, USA). Nie byłabym sobą, gdybym nie wplotła do recenzji paru słów z mojej obsesji na punkcie indiańskiej kultury.
Pan Gołkowski ma styl mocno angażujący czytelnika, idealnie wyważony między podaniem odpowiedniej ilości szczegółów a pozostawieniem pola dla wyobraźni czytelnika. Język jest uwspółcześniony, ale z umiarem, dzięki czemu klimat szesnastego wieku jest ciągle wyczuwalny. Postacie są wielobarwne, głębokie, nawet te drugoplanowe, a ich działania idealnie współgrają z charakterem. Doskonale wiemy, czego możemy się spodziewać po danej postaci. Mimo że ewoluują one w miarę rozwoju fabuły, to pewne rzeczy pozostają niezmienne i to czyni fabułę wiarygodną.
Fabuła opiera się na próbie kolonizacji Meksyku przez konkwistadorów Hernana Cortesa. Z niezwykłą dbałością i pieczołowitością o szczegóły autor zbudował świat kolorowy i wierny rzeczywistym zwyczajom i obrzędom kultury azteckiej. Posłużył się źródłami historycznymi, aby oddać jak najwierniej miasta, nazwy, język, imiona, modę, jadło, rytuały, święta i opowieści indiańskie, a także ich urodę. Wszystko to czyni nas, czytelników, jakoby aktywnymi turystami w puszczach starego świata i uliczkach stolicy Tenochtitlan, legendarnego i historycznego El Dorado (swoją drogą "Droga do El Dorado" to również jedna z moich ukochanych bajek, podobnie "Mustang z Dzikiej Doliny", w której występują Indianie Lakota). Przede wszystkim jednak fabuła jest wciągająca, o wartkiej akcji, ciągle się coś dzieje, a jednocześnie są momenty spokoju i zadumy. W miarę rozwoju fabuły pojawia się coraz więcej elementów mistycznych, które w ostatecznym rozwiązaniu akcji są już pełnokrwiste, namacalne i przenoszą czytelnika dosłownie do świata bóstw, mitów i niebezpieczeństw ze strony istot magicznych. Autor wyraża w swoim dziele ogrom szacunku do, niestety, wymarłej już kultury i niebezpośrednią krytykę podbojów konkwistadorów w Nowym Świecie.
Bardzo ciekawe jest obszerne posłowie autora, w którym opowiada on o dogłębnie poczynionym researchu, podrzuca również ciekawe tematy do zgłębienia na własną rękę po zakończeniu lektury, jak chociażby historię przedstawionego w powieści Teotihuacán, gigantycznego miasta, które wymarło na długo przed powstaniem królestwa Mexików (czyt. meszików - Azteków) oraz o tajemniczej bogini Pajęczycy. Momentami, czytając o autentycznych wierzeniach zawartych w trylogii, przechodziły mnie ciarki. W posłowiu autor nadmienił, iż historia spokojnie mogłaby się rozrosnąć na czwarty tom, jednak zrezygnował z takiego zabiegu, nad czym nieustannie i głęboko ubolewam. Mogłabym tę opowieść czytać i czytać bez końca.
Z bohaterów ukochałam najbardziej Zahreda, czyli jednego z dwóch protagonistów, oraz jego wiernego kompana Rodriga, który, swoją drogą, doczekał się najlepszego losu z nich wszystkich. Mimo wszystko polubiłam również samego Cortesa, mimo że to on stał za niezliczonymi rzeziami. Został jednak wykreowany w taki sposób, że nawet złego dało się polubić. Świetna robota. Nie mogłabym nie wspomnieć o Xicotencatlu (czyt. szikotenkatlu), który podbił moje serce już w pierwszych scenach swojego arku. Z tego miejsca pragnę zrobić jeszcze jeden ukłon w stronę lektora za opanowanie tych wszystkich nazw.
Podsumowując, była to niezapomniana przygoda. Świat we Krwi zdecydowanie trafia do topki moich ulubionych trylogii i jest najlepszą według mnie serią tego roku. Rozstaję się z nią z bólem serca i wiem, że na pewno do niej wrócę.
Podziwiam to ile Pan Gołkowski włożył pracy w tą trylogię. Przestudiował historię zdobywania Nowego Świata i zapisał na nowo w przestępny sposób, dodając trochę fantastyki (bardzo malutko) i cudownego bohatera jakim jest Zahred. Sięgnę na pewno po wcześniejsze książki tego autora, bo ta mnie oczarowała. Wzbudziła we mnie zainteresowanie Aztekami co nigdy jakoś nie zwróciło mojej uwagi. Bardzo polecam, zwłaszcza jeśli ktoś lubi powolniejszą, ale spójną i logiczną fabułę.
Cała trylogia świetna, trzeci tom podobał mi się chyba najmniej. Trochę za dużo walk (aczkowiek autor co mógł, to obcinał), a za mało reszty. Jestem pełna podziwu dla autora z jego połączenia faktów historycznych z wymyśloną fabułą i to tak, że Czytelnik się nie nudzi. Wraz z kolejnymi tomami i stronami coraz bardziej nie lubię Kastyliczyków i żal robi się Mexiców i innych rdzennych mieszkańców Ameryki.
Zahred, Montezuma i Cortes w drugim odcinku Świata we krwi Michała Gołkowskiego przeszli moje najśmielsze oczekiwania. Dlatego z ogromną przyjemnością i dość sporymi oczekiwaniami przystąpiłam do czytania wielkiego finału trylogii pod tytułem Jadeitowy pająk.
Tenochtitlan płonie. Mexikowie powstają do straceńczej walki przeciwko białym. Już nie „przybyszom”, a „najeźdźcom”. Na wojny i sprawy ludzi z wolna opada sieć utkana przez bogów, którzy splatają losy ludzi, miast i całych narodów.
Mgliste i dwuznaczne przepowiednie nagle stają się jasne: zbliża się koniec. Świat utonie we krwi.
Jest już za późno, aby odmienić bieg wydarzeń. Można jedynie pozostawić po sobie ślad w historii.
Imperium upada, posągi bogów drżą, piramidy chwieją się w posadach: oto wypełnia się to, na co czekali kapłani!
Z przedwiecznego mroku, z miejsc dawno zapomnianych, z legend i przesądów wypełza Jadeitowy Pająk.
Krew, akcja i odrobina „pudru”. ;) Jadeitowy pająk okazał się dokładnie takim epickim finałem trylogii Świat we krwi, jakiego się spodziewałam! Choć muszę przyznać, że momentami tempo powieści bywa nierówne, a autor nieco „przypudrowuje” rzeczywistość.
W żaden sposób nie odbiera to jednak przyjemności z lektury, gdyż autor wręcz z mistrzowską precyzją połączył tło historyczne z pełną dramatyzmu literacką fikcją. Każda strona powieści to emocjonalny rollercoaster, który przeprowadza nas od gniewu i żalu po podziw dla niezłomności bohaterów.
Całość to wręcz prawdziwy „kocioł” pełen walk, intryg i podchodów, które przeplatają się z refleksjami nad sensem istnienia i nieuchronnością upadku.
A na koniec – Zahred. Uwielbiam gościa. Jest tak pełen sprzeczności, że stale mnie fascynuje i zaskakuje swoim ludzki zachowaniem.
Podsumowując – Jadeitowy pająk i cała trylogia Świat we krwi to coś więcej niż świetna książka. To refleksja nad brutalnością i podłością naszej ludzkiej natury, a także taki literacki pomnik dla prężnej, dobrze rozwijającej cywilizacji skazanej na zagładę.
Zostałam zaczarowana, wciągnięta w świat Azteków ich wierzeń, wydarzeń podczas ich podboju przez Corteza . Krwawo , podstępnie, bez sumienia..... ale tak to było. Powtórzę tu za kimś... jeszcze nigdy tak nie nienawidziłam w powieściach niektórych bohaterów. Czytajcie posłowie!! I Panie Michale , szkoda jednak, że się nie rozlało na tom IV. :)