Niezwykle ciekawy i kształcący wstęp Karoliny Bednarz jest jednocześnie miejscem, które – dzięki bogactwu odniesień – pomaga sformułować fundamentalny zarzut względem prozy Ody. “Wiwat małżeństwo” spełnia wszelkie kryteria ramotki, wykopanej z jakiegoś zaśniedziałego kufra, która bez konkretnego kontekstu kulturowego, historycznego lub historyczno-literackiego nie niesie ze sobą źdźbła atrakcyjności. To hermetyczne opowiadanie, którego fabuła ograniczona została do przedstawienia problemów lokalnej społeczności w określonym czasie, a co za tym idzie, jedynie w niewielkim stopniu rezonuje z problemami XXI wieku. Co ta historia może powiedzieć nam dzisiaj? Niewiele. W warstwie intelektualnej, literackiej, psychologicznej czy społecznej, nie odnajdziemy tu niczego więcej, nad to co oferują nam współczesne opowiadania klasy B – kilka scenek rodzajowych, strukturalną prostotę, konflikt rozpisany na 2-3 bohaterów rodem z przeciętnego netfliksowego scenariusza i garść lokalnych smaczków.
Źle się Odo zestarzał, w porównaniu z niektórymi opowiadaniami Akutagawy, Kajiego czy Dazaia, które po niemal stu latach od publikacji wciąż potrafią zachwycić rytmem, językiem i intelektualną świeżością. I muszę przyznać, że ja się wcale nie dziwię temu o czym wspomina Karolina Bednarz, że Odo nigdy nie zdobył uznania w literackim światku Tokio, będąc traktowanym w ramach ciekawostki. Bo za co? To zdecydowanie jest ciekawostka, której nie tylko – jak pisze autorka wstępu – “bliżej do dzisiejszych plotkarskich magazynów niż wysokiej literatury”, ale co gorsza, przynależy do tej kategorii literatury popularnej, która słusznie umiera w annałach jako przykład literackich dewocjonaliów, a trwa jedynie w pamięci pasjonatów i historyków, bez znaczenia dla zmieniającej się kultury.