"W Kapryśnej piątkowej sobocie", w uporządkowane życie Juliana i Elwiry wkracza Damian, wnuczek ich zmarłej przyjaciółki. Chłopak stracił rodziców, potem babcię, uciekł w narkotyki, ale otoczony najpierw niespodziewaną serdecznością, a potem miłością nabiera przekonania, że życie może przynieść wiele dobrych chwil. Jego obecność pozytywnie zmienia też starszych ludzi. Damian z zainteresowaniem zgłębia przeszłość nowych opiekunów. Ich losy, przeczuwane emocje poruszają go i na wiele spraw każą spojrzeć inaczej, bardziej rozumiejącym wzrokiem. Damian właśnie zaczyna zmagać się z pierwszymi przejawami miłości do Zuzanny, zastanawiać nad wyborem drogi życiowej. " Krysyna Siesicka zachęca nas do refleksji, odrzucenia pośpiechu. Czyni to nawet prowadząc narrację. Oto dostrzegamy piękno Basinej toaletki z czereśniowego drzewa, wyczuwamy zapach ziół, jaki unosi się z poduszek. Mamy możliwość rozsmakować się w powabie drobiazgu, chwili składającej się na strumień czasu. Czujemy się wpisami w tradycję literacką, która nauczyła nas dostrzegać i piękno serwisu do kawy, i zachodu słońca, i grzybów.
"Chciałabym przedstawić jakoś tę książkę. Więc może tak: to jest opowieść o miłości. I o niczym więcej".
Tak o "Kapryśnej piątkowej sobocie" pisała sama autorka. Czy to jest książka o miłości? Pewnie tak, chociaż ja preferuję inny typ historii miłosnych, więc nie do końca podzielam zdanie pani Krystyny. Dla mnie była to przyjemna książka z tajemnicą z młodości w tle, aż przy samym końcu nastąpiła, zupełnie przeze mnie nie zrozumiała, pseudomęska bitka kończąca się na oddziale chirurgii szczękowej. Odniosłam też wrażenie, może nie do końca zgodne z rzeczywistością, że postępek ten uzyskał aprobatę bohaterów tej książki, co dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe. Nie ma nic bardziej odpychającego niż prymitywna agresja. Tak właśnie autorka zepsuła mi całkiem pozytywne wrażenia z czytania tej książki. Wiem, rozczulam się nad sobą, ale właśnie tak było. 6/10