Pod koniec dziewiętnastego wieku w Brazylii, na dzikich pustkowiach, żyjący w skrajnej nędzy biedacy zebrali się pod przywództwem charyzmatycznego proroka, Antônia Doradcy, i założyli swoje Święte Miasto, Canudos. Rząd młodej Republiki Brazylii uznał ich samowolną działalność za zagrożenie, które trzeba jak najprędzej zlikwidować. Niespodziewanie jednak okazało się, że zniszczenie tego miasta z błota i gliny zmieszanej ze słomą nie jest wcale takie proste… „Sąd w Canudos” (1970) opowiada o ostatnim dniu krwawej wojny domowej, która pochłonęła trzy ekspedycje wojskowe. Sándor Márai odmalowuje niezwykły portret marszałka Bittencourta, dowódcy czwartej ekspedycji przeciwko Canudos, oraz bezimiennej kobiety, mieszkanki Świętego Miasta. Ostatnia konfrontacja dwóch stron konfliktu uświadamia jej uczestnikom, że role sędziów, prokuratorów i oskarżonych w tym sporze nie są rozdzielone tak jednoznacznie, jak sobie wyobrażali. Zdaniem niektórych znawców twórczości Maraiego to jedna z jego najwybitniejszych powieści.
Sándor Márai (originally Sándor Károly Henrik Grosschmied de Mára) was a Hungarian writer and journalist. He was born in the city of Kassa in Austria-Hungary (now Košice in Slovakia) to an old family of Saxon origin who had mixed with magyars through the centuries. Through his father he was a relative of the Ország-family. In his early years, Márai travelled to and lived in Frankfurt, Berlin, and Paris and briefly considered writing in German, but eventually chose his mother language, Hungarian, for his writings. He settled in Krisztinaváros, Budapest, in 1928. In the 1930s, he gained prominence with a precise and clear realist style. He was the first person to write reviews of the work of Kafka. He wrote very enthusiastically about the Vienna Awards, in which Germany forced Czechoslovakia and Romania to give back part of the territories which Hungary lost in the Treaty of Trianon. Nevertheless, Márai was highly critical of the Nazis as such and was considered "profoundly antifascist," a dangerous position to take in wartime Hungary. Marai authored forty-six books, mostly novels, and was considered by literary critics to be one of Hungary's most influential representatives of middle class literature between the two world wars. His 1942 book Embers (Hungarian title: A gyertyák csonkig égnek, meaning "The Candles Burn Down to the Stump") expresses a nostalgia for the bygone multi-ethnic, multicultural society of the Austro-Hungarian Empire, reminiscent of the works of Joseph Roth. In 2006 an adaptation of this novel for the stage, written by Christopher Hampton, was performed in London. He also disliked the Communist regime that seized power after World War II, and left – or was driven away – in 1948. After living for some time in Italy, Márai settled in the city of San Diego, California, in the United States. He continued to write in his native language, but was not published in English until the mid-1990s. Márai's Memoir of Hungary (1944-1948) provides an interesting glimpse of post World War II Hungary under Soviet occupation. Like other memoirs by Hungarian writers and statesmen, it was first published in the West, because it could not be published in the Hungary of the post-1956 Kádár era. The English version of the memoir was published posthumously in 1996. After his wife died, Márai retreated more and more into isolation. He committed suicide by a gunshot to his head in San Diego in 1989. Largely forgotten outside of Hungary, his work (consisting of poems, novels, and diaries) has only been recently "rediscovered" and republished in French (starting in 1992), Polish, Catalan, Italian, English, German, Spanish, Portuguese, Czech, Danish, Icelandic, Korean, Dutch, and other languages too, and is now considered to be part of the European Twentieth Century literary canon.
Słowami znanych krytyków i blogerów: Wspaniałe. Arcydzieło. Książka roku. Serio to nawet nie wiem, kiedy to było napisane, ale zdecydowanie jest to rzecz wybitna, oparta na faktach i przez to jeszcze bardziej rozwalająca mózg. Serio, nie zrażajcie się okładką, to naprawdę trzeba przeczytać.
"Sąd w Canudos" jest kameralną powieścią pełną pozornych sprzeczności. Marai pokazuje bowiem siłę jednostki, ale i jej nikłość w obliczu historii. Fascynuje się mocą anarchistycznego ducha, ale i nie daje mu szans na rozwinięcie skrzydeł. Nic paradoksalnego nie ma jednak w tym, że jest to powieść pozytywnie frapująca i do myślenia skłaniająca, a w dodatku obdarzona wartościami poznawczymi. Osobiście na sam koniec dodam zaś, że na pewno przeczytam też Wojnę końca świata Mario Vargasa Llosy, która to też poświęcona jest Canudos. Ciekawie będzie poznać punkt widzenia autora doskonale znającego Amerykę Południową.
Marai's books never let me down, when I reach a difficult and sad point in my life, I always find one of his books that answers my questions. What is society, what is order, what is life is not answered by the state, but by the order it orders and imposes on us, since the order of our life and society must be created by our will and acceptance.
Após ler a tradução em inglês de Os Sertões (e só ter finalizado o livro na terceira tentativa), Sándor Márai ficou tão fascinado com a história da Guerra de Canudos que resolveu escrever um livro de ficção sobre o evento. Na história de Márai, acompanhamos o que se passou no escritório do Marechal Bittencourt – comandante das tropas brasileiras – no dia da queda de Canudos, mas do ponto de vista de um soldado que rememora os acontecimentos 50 anos mais tarde. São basicamente três as acontecimentos: a vinda dos jornalistas, com Euclides da Cunha entre eles; a apresentação da cabeça decepado de Antônio Conselheiro aos jornalistas, a qual parece se comunicar com os presentes, e, por fim, o diálogo entre Bittencourt e uma prisioneira europeia que se mudou para Canudos. A terceira parte é a mais interessante, mas não tão boa como diz a quarta capa, escrita por Milton Hatoum. Recomendo ler Os Sertões e La guerra del fin del mundo antes de se aventurar nesse pequeno livro.
Autentyczna historia Canudos - brazylijskiego miasta zamieszkałego pod koniec XIX w. przez zwolenników charyzmatycznego proroka nazywanego Doradcą i jego zniszczeniu przez ekspedycję wojsk rządowych, stanowi dla autora pretekst do rozważań na temat relacji władzy, a wolnością jednostek. Marszałek Bittencourt po ogłoszeniu zwycięstwa nad buntownikami, zostaje skonfrontowany z kobietą, która jako jedna z nielicznych przeżyła oblężenie. Bittencourt jest pozbawiony wątpliwości co do racji, którym służy, to jest wierności republice i demokracji oraz jednoznacznie ocenia mieszkańców Canudos jako niebezpiecznych fanatyków. Bezimienna kobieta przedstawia zupełnie inny obraz życia w mieście, które wprawdzie zorganizowane w formie anarchistycznej komuny, ale dla jego mieszkańców było przedsionkiem raju. Książka jest ciekawie napisana i skłania do przemyśleń, także w kontekście dzisiejszych relacji między władzą i obywatelami, szczególnie w bogatych i rozwiniętych krajach Zachodu, gdzie z jednej strony rządzący mają tendencje do coraz większego autorytaryzmu oraz podejmowania decyzji ponad głowami społeczeństw, a z drugiej strony zdobycze demokracji są kontestowane przez anarchizujące środowiska, różnego politycznego autoramentu.
Kiedy wzięłam w dłonie Sąd w Canudos, mój partner grobowym głosem począł przedrzeźniać pisarza: "Usiadłszy w fotelu, przy stole, na którym stała zapalona samotna świeca, przypomniałem sobie pewne wydarzenie sprzed pięćdziesięciu lat, o którym jak dotąd nigdy nie mówiłem..." Zważywszy fakt, że Rafał był jeszcze przed lekturą Żaru, postanowiłam puścić mu płazem tę zniewagę; mając za sobą kilka książek Máraiego, byłam zresztą zmuszona przyznać, że w takim podsumowaniu jest ziarno prawdy. Zaraz po rozpoczęciu lektury, nie wierząc własnym oczom wybuchnęłam śmiechem, po czym zaczęłam czytać na głos: "Zapisuję teraz to, co widziałem i słyszałem 5 października 1897 roku, od piątej po południu do dziewiątej wieczorem. […] Od pięćdziesięciu lat szykuję się, by napisać o tym, co widziałem i słyszałem w tych godzinach..." I tylko świecy ani śladu.
Co tym razem działo się dawno, dawno temu? Tekst z tylnej okładki parafrazowano w recenzjach Sądu tyle razy, iż niemożliwością wydaje mi się zrobienie tego po raz kolejny bez popełnienia plagiatu. Spróbuję jednak. W dziewiętnastowiecznej Brazylii nielicha grupa trzydziestu tysięcy osób, skupiona pod przywództwem charyzmatycznego (a jakże) przywódcy Antônia Vicentego Mendesa Maciela, zwanego Antoniem Doradcą, założyła osadę Canudos, do której przyjść mógł każdy, komu niestraszne budowanie nowego porządku. Rząd Brazylii, uznawszy, że zgrupowanie ma charakter monarchistyczny i ogólnie wszeteczny, wysyłał przeciwko Świętemu Miastu trzy ekspedycje, lecz dopiero czwarta rozniosła sektę w proch i pył; sam Doradca roztropnie wyzionął ducha niedługo przedtem – a przynajmniej tak brzmiała oficjalna wersja. Ostatni dzień wojskowej wyprawy stał się kanwą powieści: reprezentujący młodą Republikę brazylijski marszałek Bittercourt konfrontuje się z jedną z mieszkanek Canudos, chociaż daleko bardziej przypomina to starcie dwóch skrajnie różnych ideologii, inaczej pojmujących świat i odmiennie interpretujących te same zjawiska. Gdy obie postaci zaczną rozmawiać, będzie to trwało do samego końca, z krótką, acz widowiskową przerwą na kąpiel.
Pomiędzy wieloma milionami zdrowych komórek trafia się jedna zbuntowana. Myśli inaczej, niż pozostali... i przerzuty są szybkie. Państwo, rząd, władze, są dokładnie tak samo bezradne jak lekarz. A ponieważ nie mogą uczynić nic innego, zatem wyjmują nóż i zaczynają ciąć...
Kto nad kim przeprowadza sąd? Podział ról w miarę posuwania się akcji rozmywa się coraz bardziej, by na końcu przypominać szarą bryłę. Nie ma ustrojów idealnych, każdy jednak „musi kiedyś pójść do Canudos”, jak twierdzi inteligentna i niepozbawiona krytycznego rozumu rozmówczyni Marszałka. Tam, gdzie odchodzi się „od tego wszystkiego, co pomiędzy ludźmi... jest umową.”
Impressionante relato ficcional sobre as motivações que levaram à existência de Canudos. O mais espetacular, escrito por um grande escritor húngaro que jamais esteve no Brasil, mas que ficou impressionado com o livro Os Sertões, de Euclides da Cunha
A história de Canudos é fascinante, e Márai sempre trás vestígios da sua compreensão do comportamento humano em sua escrita. Mas não é um dos melhores livros do autor, nem a melhor ficção sobre o assunto.
I'm not a big fan of this type of writing. There's enough material for a short story maybe and it's been spread to a novel. Far-fetched exaltation. Pretentious. Focusing on irrelevant details. I'm missing the point.
Existe uma certa literatura inspirada em Canudos. Não falo d’Os Sertões, mas de obras como A Guerra do fim do mundo, do Vargas Llosa; A casca da serpente, do José J. Veiga e, é claro, deste Veredicto em Canudos, do Sándor Márai. Márai foi ter a sua grande fama como escritor depois de morto, quando, a partir da década de 1990 foi redescoberto. A tradução de suas obras começou a aparecer por aqui pelo final do século passado. A Companhia das Letras publicou 8 de seus livros. A razão de ter ficado, digamos, esquecido, foi porque se exilou nos Estados Unidos depois da ascensão do comunismo na Hungria, seu país natal, após a Segunda Guerra Mundial. Escrevendo em húngaro, foi difícil que tivesse uma projeção internacional significativa. Por aqui acho que seu livro mais conhecido é “As brasas”, que é altamente recomendado. Veredicto em Canudos foi escrito depois de ele ter lido uma tradução americana d’Os Sertões, na década de sessenta. Ele afirma em uma nota final que conseguiu ler o livro depois de três tentativas e que a obra de Euclides é como a mata do sertão: a um tempo abundância e aridez, no que concordo com ele. Márai afirma, ainda, que começou a escrever o seu Veredicto em Canudos depois de ter ficado com a sensação de que algo ficara de fora do livro de Euclides da Cunha. O narrador da história é um bibliotecário, que se encontra na fase final da vida. Em breve se aposenta de vez do emprego na Biblioteca Municipal de São Paulo. Sente, assim, uma compulsão por escrever as suas reminiscências de Canudos, onde estivera cinquenta anos antes como soldado. Chama-se Oliver O’Connel e é filho de um irlandês fugido da crise das batatas e de uma mãe cabocla, descendente de índios. Ser filho de um irlandês, e também saber inglês, tem um sentido na parte final do livro. Mas, além disso, o narrador, quando em Canudos, é um dos poucos soldados alfabetizados, o que o coloca, dadas as circunstâncias, próximo ao Marechal Carlos Bittencourt, Ministro da Guerra e comandante das tropas federais na fase final do conflito. O livro, apesar de não ser dividido em capítulos, tem duas partes. A primeira é na fase final do conflito, no dia 5 de outubro de 1897; culmina em uma espécie de entrevista coletiva aos jornalistas que estavam lá para cobrir a guerra, entre eles Euclides da Cunha. Na parte final da entrevista, é apresentada a cabeça do Conselheiro, preservada em álcool. Na segunda parte do livro, ainda no mesmo dia, após os convidados irem embora, aparecem três pessoas, que vindas de Canudos, dizem ter um recado para o Marechal e que só podem dá-lo pessoalmente. O comandante das tropas aceita ouvi-los. Um dos três é uma mulher, que não é brasileira, e por isso é importante o narrador, que junto com Bittencourt, é o único que fala inglês na tropa. Essa segunda parte é basicamente um longo diálogo entre Bittencourt e a mulher, que se recusa a dizer o seu nome e o seu país de origem e, que após a conversa, pede para retornar para Canudos. E a pergunta que Márai, tão longe, se faz, é a que nos fazemos: O que é Canudos? É o Brasil. Mas é um mistério. Em certo momento, logo no início do livro, o seu narrador reflete e chega à conclusão que “Creio que em outros países poucos ouviram falar dele [Conselheiro]. Não era comandante militar nem chefe de Estado. Talvez fosse um louco. Apesar disso, fez com que há cinquenta anos atrás, no sertão do Nordeste do Brasil, homem lutassem, matassem e morressem – matassem e morressem com paixão e convicção, como se o banho de sangue que denominavam guerra tivesse alguma fidelidade. ” O livro é a tentativa de Márai de tentar compreender o livro de Euclides e Canudos. O que fora aquilo no meio do interior, de um país distante do seu? Fanáticos, ensandecidos, uma espécie de loucura coletiva? Ou gente que encontrou, muito brevemente, algo que se pode dizer próximo ao paraíso, uma utopia, breve, que não faz muito sentido para que olha de fora? Boas perguntas e acho que de certa maneira são as que fazemos quando ainda olhamos para Canudos, tentando entender o que foi tudo aquilo. Vale a leitura.