"Znam piękne i dalekie od cukierkowej wizji zdjęcia robione przez matkę własnym dzieciom. Znam fotoreportaże z ciąży i z rodzinnego porodu. Znam nawet fotografie dokumentujące wygląd brzucha po ciąży. Ale nie znam takiego cyklu zdjęć, w którym na jednym potargana matka gotuje, a niemowlę na niezbyt czystej podłodze bawi się pokrywką słoika; na innym matka ziewa czytając pięćdziesiąty raz tę samą książeczkę; na jeszcze innym podczas spaceru gapi się tępo przed siebie. Czy coś w tym stylu. Rozmyślając o tych fotografiach uświadomiłam sobie, że to właśnie próbuję zrobić. Opisać macierzyństwo bez fikcji. Prawdziwe." - Joanna Czeczott
Ostatnio czytam dużo książek ktore uderzają mnie swoją oczywistością. Autorka tej uświadamia czytelniczki, że macierzyństwo to nie tylko tulenie różowego niemowlaka, promieniowanie szczęściem i przepełnienie mistyczną wiedzą na temat pielęgnacji małego człowieka, magicznie nabytą w chwili wypchnięcia z siebie nowego życia. A ja jednak nie mogę nie zadać pytania - serio ktoś w to jeszcze wierzy?
Ze wszystkich okołomacierzyńskich książek, jakie ostatnio przeczytałam, ta podoba mi się najbardziej. Szybko się czyta, można się utożsamić z narratorką, nie jest przegadana ani przeintelektualizowana.
To jest książka, którą każda kobieta powinna polecić drugiej w odpowiednim momencie. Tak było w moim przypadku, za co bardzo dziękuję. Poleca się też mężczyznom, a najlepiej do wspólnego czytania. Ogólny wydźwięk jest pozytywny, więc - BAM! - spoiler - zdradzam zakończenie. "Relacja z przewrotu domowego" w sposób bezpardonowy i szczery do bólu opisuje wszystko, na co składa się życie pary po narodzeniu dziecka. Czas, gdy dom przestaje być teatrem, w którym do tej pory życie upływało między kolejnym wejściem, a wyjściem, a staje się całym wszechświatem z małym człowiekiem w samym centrum tego układu. Wiele opisanych doświadczeń ma charakter uniwersalny i każdy z pewnością znajdzie sytuacje, do których sam może się odnieść. Dla świeżo upieczonych mam, książka może zastąpić grupę wsparcia. Wszystkie nielukrowane myśli, złość i frustracje są uzasadnione, nie należy czuć się winnym, oto jest ktoś, kto też ma takie same poglądy i wypowiedział je głośno. Autorka łamie tabu, naświetla macierzyństwo z innej perspektywy. Mówi o połogu, o tym, o czym nie mówią już szkoły rodzenia, ani koleżanki z maskami perfekcyjnych supermam. Chyba właśnie dzięki temu, że Joanna Woźniczko- Czeczott rozprawia się ze szkodliwym mitem, niedopuszczającym do macierzyństwa żadnych negatywnych konotacji, książka ta zyskuje taki poklask. Jak sama pisze, za każdym wózkiem z przecudnym, wypieszczonym bobaskiem, stoi umęczona, obolała i niewyspana matka. Widzisz w niej siebie. Dla mnie - ogromy plus za nawiązanie do Clarissy Pinkoli Estes, to też autorka, którą każda kobieta powinna sprawdzić. Za formę mini felietonów, mini przewodnika, bo w pewnych sytuacjach (po ciąży) jedyne na co masz czas, to jedna kartka na godzinę. Jedna kartka na godzinę, z dużą dozą czarnego humoru (owacje na stojąco za wywody na temat laktodiety, słowa nie-do-zapamiętania: Oilatum (Olia co?) i autorytarnej położnej środowiskowej, bo chyba miałam styczność z tą samą). A i ten, wiersz - alfabet na końcu. Perełka! POLECAM non fiction na momenty spadku z metapoziomu.
Jest to tekst o zmęczonej mamie, bez żadnych mydlano-słodko-pierdzących klimatów. Mama jest wykończona i zaskoczona, bo miało to wszystko wyglądać inaczej. Autorka pisze o swoich doświadczeniach, ale także o macierzyństwie jako takim, o tym co ją w nim interesuje, co wkurza. Jej refleksje uporządkowane są w formie specyficznego słownika, a całość dopełniają fragmenty rodem z „Dynastii”. Mamy więc Kristal – mamę, Blejka – tatę i Fallon – dziecię, sprawczynię tego całego zamieszania, czy jak o tym pisze autorka, przewrotu domowego.
Może jakaś wykończona i zagubiona młoda mama, znajdzie w tej książce wsparcie, poczuje się mniej samotna w swojej codzienności.
Do niedawna pokutował mit, że macierzyństwo to radość, wspaniałość i że kobiety zostały stworzone do bycia matkami, wobec czego tylko jako matki mogą się realizować. To mit, podkreślam by wybrzmiało 😂, bo rodzicielstwo to ciężka robota. Każdy, kto był kiedykolwiek matką, albo takową matkę zna wie, że miłość miłością, ale macierzyństwo to nie są wczasy w Kołobrzegu, i co gorsza, nikt nie dodaje do malucha instrukcji obsługi.
Na uwagę zasługują piękne rysunki, których autorką jest Marianna Sztyma.
„Niedzieciaci w głębi swych dusz chcieliby mieć dzieci. Oni nie mają, my mamy. Więc mają z nami problem. Czy nie jest to jednak cześć mitu, którym żyje nasz nieformalny klub? Wiary, że ci, którzy niby nie chcą, tak naprawdę też chcą , a ci, którzy nie mogą, też bardzo chcą tym bardziej? I przekonania, że to wszystko tylko potwierdza, że robiąc sobie dzieci, zrobiliśmy – także sobie – dobrze?”. Tamże, str. 35.
O trosce o córkę napisała: „Chwilę ciszy móc przyjąć ze spokojem, a nie z paniczną myślą: czy ona właśnie nie wkłada palców do kontaktu albo nie próbuje odebrać sobie życia w inny sposób? Równie intrygujące wydają się nowe, niepojęte fenomeny. Jak to się dzieje, że ze stosu przedmiotów, sprzętów, tubek i zabawek ona zawsze wyciągnie bezbłędnie zakazany owoc? Jaki nieomylny instynkt jej to podpowiada? (Czy to jest ten słynny tanathos?)” Tamże, str.43.
Autorka przywołuje też słowa brytyjskiej pisarki Rachel Cusk, która znana jest z tego, że bez zahamowań demitologizuje macierzyństwo: „Dziennikarka pyta pisarkę: „Pani coś straciła, stając się matką?”. A ta odpowiada: „Wszystko! Każdy traci wszystko. Traci się wolność, sposób, w jaki się żyło, kim się było. To doświadczenie śmierci, umiera twoje stare „ja”, ale potem się odradza. Myślę też, że dzięki temu doświadczeniu stajesz się bogatsza, bo wchodzisz do świata, w którym padają prawdziwe pytania o to, co dobre, i o to, co złe.” Tamże, str. 111.
Bardzo dobra i bardzo potrzebna książka na temat wczesnego macierzyństwa. To spisane wpisy blogowe autorki, które miały być dla niej terapią na frustrację wynikającą z obciążeń psychicznych i fizycznych przemiany z "niedzieciatej" w matkę.
Autorka dekonstruuje mit Matki-Polki i rzuca śmiałe oskarżenie o zatajaniu rzeczywistości przez społeczeństwo i same matki, które przedstawiają rodzenie i wychowanie dziecka jako idyllę i absolutne spełnienie na każdej płaszczyźnie. Woźniczko-Czeczott bez owijania w bawełnę ukazuje codzienność kobiet i rodzin w momencie pojawienia się na świecie potomka. Frustracja, poczucie straty, chaos, utrata bądź ograniczenie kontaktów z przyjaciółmi, pogorszenie relacji między partnerami, presja społeczna to chleb powszedni świeżo upieczonych matek. Choć nie każda jest w stanie to przyznać, stąd kontrowersje towarzyszące blogowi i tej książce.
Jednakowoż, ten, kto uważa autorkę za wyrodną matkę po przeczytaniu jej wpisów z bloga czy książki, jest osobą o wyjątkowo niskiej umiejętności czytania ze zrozumieniem bądź zwyczajnym cynikiem. Ta książka zupełnie też nie ma na celu powstrzymywania nikogo przed rozmnażaniem. To po prostu wyłożenie kawy na ławę, jak wygląda, jak zmienia się życie po urodzeniu dziecka. I to nie tylko kobiety, ale całej rodziny, co powoduje, że ta pozycja jest również godna polecenia również ich parterom/partnerkom czy osobom, z którymi te dzieci mają.
Pomimo trudnego tematu i opisywaniu ogromu trudnych sytuacji wynikających z decyzji o zostaniu rodzicem, możemy poczuć bezwarunkową miłość i pełne oddanie swojej córce przez autorkę, co tylko potwierdza, że wszelkie zarzuty czynione przez tak zwane madki wobec niej są całkowicie bezpodstawne.
Wpisy czyta się bardzo dobrze, całość jest spójna i nie nuży. Polecam każdej kobiecie, również tym, które nie mają zamiaru rodzić dzieci. Bo jest to lektura bardzo pouczająca i przede wszystkim, bardzo szczera.
Książka to jedno wielkie narzekanie. Autorka jest z Warszawy, co chyba potęguje przeżywane przez nią żale (Zachęta? Serio?). Ale w większości wszystko prawda - macierzyństwo to raczej gorzki temat. Kobiety mają obiektywnie przerąbane - a całe otoczenie wysyła komunikat, że macierzyństwo to idylla, że mogą być matkami i managerkami, że to z nimi jest problem. Dlatego uważam, że taki głos jest potrzebny.
Naprawde, naprawde (!) nie rozumiem zachwytu nad tą książką. Tylko narzekanie, narzekanie, narzekanie / tyle z tej książki wyniosłam.
Jest negatywna, jednostronna, przepełniona żalem i smutkiem. To zaskoczenie i pełne goryczy wywody, że oh/ah nie tak miało być są moim zdaniem po prostu kiepskie.
Dobra książka ukazująca jak przyszli rodzice, znajomi i społeczeństwo postrzega macierzyństwo. Polecam przeczytać przyszłym rodzicom, otwiera postrzeganie świata przez inny pryzmat.
Książka może nie jest perłą literacką, ale nie tego w niej szukałam. Pozycja godna polecenia wszystkim - zarówno dzieciatym, jak i nie. Z jednej strony pokazuje, że rodzicielstwo nie zawsze jest tak różowe jak być może malują to niektóre blogi czy magazyny. Z drugiej pozwala dzieciatym przypomnieć sobie jak rozmawiać z tymi, którzy dzieci nie mają, i odwrotnie :)