Jak zakochałem się w Darudżystanie po raz kolejny
Kocham Darudżystan. Powtórzę jeszcze raz – KOCHAM DARUDŻYSTAN. To miasto, które jest dla mnie jak paczka czekoladek – niby wiesz, co dostaniesz, ale i tak za każdym razem zaskoczy cię coś nowego. Darudżystan. Miasto cudów, miasto chaosu, miasto, w którym możesz znaleźć skarb, stracić życie i spotkać boga – wszystko w tej samej karczmie. Nie da się nie kochać Darudżystanu. To nie jest jakaś tam metropolia fantasy z generatorem losowych ulic i bezosobowymi NPC-ami. To miasto jest bohaterem samym w sobie, pełnym osobowości, mroku i humoru. Gdy inne miasta toną w ciemnościach, Darudżystan rozświetla się nocą jak jakaś starożytna wersja Las Vegas. Ale niech cię to nie zwiedzie – pod tym pięknym światłem kryje się miasto, gdzie każde słowo może być pułapką, a każdy uśmiech może być preludium do zdrady.
Nie byłoby Darudżystanu bez jego niekończących się intryg. To miasto pełne jest gildii, tajnych organizacji i szemranych handlarzy, z których każdy ma swój plan na przyszłość (i prawdopodobnie zakłada on eliminację konkurencji). A skoro już o złocie mowa – barony, posiadłości i pałace możnych w Darudżystanie są równie istotne, co jego podziemia pełne starych ruin i tajemniczych grobowców. W końcu to miasto było tu od wieków i nie raz zmieniało właścicieli.
A skoro o podziemiach mowa... W pobliżu Darudżystanu znajdują się starożytne grobowce, w których lepiej nie grzebać. Oczywiście, mieszkańcy miasta nigdy nie wyciągają wniosków i zawsze ktoś postanawia otworzyć barrow, co kończy się kolejną magiczną katastrofą, najazdem nieumarłych lub przebudzeniem jakiegoś zapomnianego bóstwa. Ale hej, to tylko kolejny dzień w Darudżystanie!
Dlaczego Darudżystan to najlepsze miasto fantasy?
Bo jest żywy. Nie jest tylko tłem dla wydarzeń – to aktywny uczestnik fabuły, pełen tajemnic, absurdalnych zbiegów okoliczności i humoru, który idealnie pasuje do ponurej rzeczywistości Malazańskiego świata. Jeśli miałbym zamieszkać w jednym miejscu z całego uniwersum, to chyba tylko tutaj – pod warunkiem, że miałbym dobrą polisę ubezpieczeniową i umiejętność błyskawicznego uciekania w razie kłopotów. Jednak te miasto uświadamia mi, że kocham "żywe" miejsca wydarzeń.
O co tu właściwie chodzi?
Akcja "Jabłko, Berło, Tron" dzieje się po zakończeniu "Malazańskiej Księgi Poległych", czyli wielkiego cyklu Stevena Eriksona. Większość książek Esslemonta do tej pory skupiała się na miejscach, o których Erikson mówił raczej "mamy to w planach, ale nie mamy budżetu". Tym razem jednak ICE bierze na warsztat legendarny Darudżystan – miasto intryg, alchemii i ludzi z niepokojąco elastycznym podejściem do moralności.
Oczywiście, jak to u Esslemonta, jest tu więcej wątków niż w operze mydlanej emitowanej od 50 lat. Ale to dobrze! W końcu, jeśli nie gubisz się co chwilę w fabule książki z uniwersum Malazańskiego, to pewnie czytasz coś innego.
Seguleh! Seguleh wszędzie!
Największą gwiazdą tej książki są oczywiście Seguleh – wojownicy, którzy mają w sobie coś z legendarnych samurajów, ale w wersji "ale co, jeśli weźmiemy ich honor na serio?". Ich społeczność to ranking najlepszych wojowników, gdzie każdy może rzucić wyzwanie komuś wyżej i awansować. Proste? Niby tak, ale kiedy do Darudżystanu przybywa trójka Seguleh, robi się ciekawiej niż na czarnym rynku artefaktów K’rula.
Kruppe... czy na pewno Kruppe?
Jedyny problem? Kruppe. No dobra, nie on sam, ale to, jak ICE go napisał. Kruppe, który u Eriksona był genialnym, knującym żartownisiem o niewyparzonym języku, tutaj brzmi trochę jak... jego własny kuzyn po przejściach. Dialogi, które powinny być złotem, momentami wypadają płasko, jakby Esslemont próbował, ale nie do końca czuł tę postać.
Dlaczego 4.5/5?
Bo Esslemont robi robotę. Nie jest Eriksonem i nie musi być. Tworzy świetne historie, a to, że nie ma tej samej poetyckości w stylu, to w sumie niewielka cena za możliwość wracania do tego świata. "Jabłko, Berło, Tron" to doskonała książka, wciągająca, epicka i pełna wszystkiego, co kocham w Malazie. Darudżystan znowu wymiata, Seguleh robią swoje, historia wciąga, a Esslemont udowadnia, że nawet stojąc w cieniu Eriksona, potrafi błyszczeć.