Okoliczności zamieszkania ponad dwadzieścia lat temu w brooklyńskim Williamsburgu, siedzibie satmarskich chasydów, przedstawia autorka w Słowie wstępnym do polskiego wydania. Dzisiaj wspólnota ta jest jeszcze liczniejsza lecz równie konsekwentna w swoim ultraortodoksyjnym pojmowaniu judaizmu jak w latach 1997/98, gdy Nina Solomin tam przebywała. Choć pierwsze, szwedzkie wydanie jej książki ukazało się już w roku 2001, wprowadzeniem do świata chasydów z dynastii Satmar były prawdopodobnie dla większości z nas książka i film „Unorthodox”, powstałe znacznie później. Dla mnie autobiografia ex-chasydki Deborah Feldman stała się przystawką, trafniej z angielska określaną jako appetizer, przed daniem głównym. Choć „OK,amen”, autorstwa szwedzkiej niereligijnej Żydówki, zaostrzonego apetytu do końca zaspokoić nie mogło, na pewno znacznie poszerzyło gamę chasydzkich smaków.
Nina Solomin, wówczas początkująca dziennikarka, chciała ten świat poznać i opisać. Nigdy nie pragnęła stać się jego częścią, podporządkować się jego rygorom, by albo zupełnie przewartościować swoje życie, albo w końcu z niesmakiem, jak to uczyniła Deborah Feldmam, go opuścić. Inna rzecz, że gdy po paru miesiącach udało jej się wreszcie przebić przez hermetyczną granicę oddzielającą chasydów od świeckiego świata, musiała zaakceptować przynajmniej zewnętrzne atrybuty, takie jak ubiór, chasydzkiej religijności, a także w naturalny sposób podzielać emocje codziennego życia swoich nowych znajomych, przede wszystkim kobiet.
Krąg jej rozmówców stopniowo się poszerzał, i choć niezbyt liczny był dość zróżnicowany. Obok małżeństwa konwertytów, inna para, z pokaźną gromadką dzieci i wnucząt, reprezentuje twardą, od pokoleń niezmienną ortodoksję. Znajoma, sama nie kryjąca swych wątpliwości, poleca ją z kolei przyjaciółce, której misją jest nawrócenie autorki. Jeden z nielicznych mężczyzn nieunikający rozmów z nią jest według satmerowskich wymogów starym kawalerem, ale ją chętnie by poślubił, gdyby tylko zechciała się nawrócić. Jest wreszcie jeden otwarty rebeliant, którego rzeczowych i inteligentnych filipik tylko tacy jak ona słuchają z zainteresowaniem, bo dla rodziny i sąsiadów z Williamsburga jest nieodpowiedzialnym gorszycielem. Oczywiście taka różnorodność postaw nie odzwierciedla ich statystycznie mierzonej częstotliwości w populacji nowojorskich chasydów. Trzeba również pamiętać, że tzw. obserwacja uczestnicząca była dostępna dla młodej dziennikarki jedynie z punktu widzenia chasydzkiego babińca. Przez mężczyzn nawet podczas domowych posiłków traktowana jest jako ledwo tolerowany intruz, a w sytuacjach publicznych po prostu dla nich nie istnieje, podobnie zresztą jak wszystkie kobiety w tym świecie. Mimo tych ograniczeń dobrze napisana książka Niny Solomin jest niewątpliwie warta lektury. Polecam