PRZEKLNIJCIE MNIE I NAZWIJCIE OBELGĄ, BO BĘDZIE TO MILSZE, NIŻ PRZECZYTANIE TEJ KSIĄŻKI.
Zacznijmy od podstaw jak w szkole podstawowej - tytuł. Ta seria ogółem nie ma farta w ich kwestii. Pomijając, że zarówno oryginalne jak i polskie niekoniecznie są mocno związane z ich treścią, tak ich tłumaczenie jest absolutnie okropne.
"Tomorrow, when the war began" -> "Jutro. Nie ma już żadnych zasad"
"The dead of the night" -> "Jutro 2. W pułapce nocy"
"A killing frost" -> "Jutro 3. W objęciach chłodu"
"Darkness be my friend" -> "Jutro 4. Przyjaciele mroku"
"Burning for revenge" -> "Jutro 5. Gorączka" (tej to się jak na razie oberwało najbardziej)
O to, co mnie najbardziej boli w tym tłumaczeniu:
a) dodawanie cyferek przy poszczególnych częściach sprawia, że wygląda to jak plakat zapomnianego akcyjniaka
b) tytuły nabierają luźniejszej formy, nie oddają poważnego tonu samych powieści
c) tłumaczka (Anna Gralak) nie tłumaczy tytułów, a tworzy własne
d) piąty tom (nikt w nin nawet nie choruje, to miało miejsce w 2/3 części)
A z poważniejszych zarzutów, to ostatnie 100 stron tej książki koncertowo ją zarżnęło. Zaczęliśmy zbaczać w terytoria kiespkiego filmu dla młodzieży, a nie opowieści o wojnie i grupie nastoletnich partyzantów-amatorów. Czy my naprawdę musimy w tym momencie dyskutować o romantycznych relacjach między postaciami, które nawet nie są angażujące?
SPOILER Ellie z Fi oraz Homer z Lee mają tysiąckrotnie lepszą chemię nie Ellie z Lee i Homer z Fi kiedykolwiek. Ci drudzy chodzili ze sobą przez jakieś 50 stron pierwszego tomu, po czym zerwali, dlaczego nagle w obojgu odzywają się motyle w brzuchu? I skąd te nagłe emocjonalne zobowiązania, które Ellie odczuwa do Lee? Przecież oni zerwali. Naprawdę wolałbym, aby te 100 stron poświęcić dzieciom ze Stratton, a nie przypominaniu czytelnikom o tych miłostkach.
"Jutro 5. Gorączka", czy jak ja wolę to nazywać "Jutro, kiedy nauczyłem się nienawidzić Lee". Ten człowiek upadł tak nisko, jak on mnie denerwował w tym tomie. Intencjonalnie, więc nie jest to błąd ze strony Marsdena, ale wciąż. Chociaż te jego nocne eskapady są kompletnie bezsensowne. SPOILER Bo naprawdę człowiek nienawidzący tych najeźdźców najbardziej z tej grupki przyjaciół zawiązałby romans z jedną z nich? Plus początek tego romansu to też cudo - typiara wyszła pływać w stawie nago, zaczęła tonąć i jej krzyki przypadkiem usłyszał zbierający w pobliżu grzyby Lee, a po uratowaniu jej zakochali się i zaczęli widzieć się co noc. Toż to absurd jakiś jest, w poprzednich częściach ci najeźdźcy nawet po angielsku nie mówili.
Brzmię pewnie bardzo negatywnie, ale ta książka nie jest taka zła. Jest, jak na razie, najsłabszą z serii i dlatego podchodzę do niej tak emocjonalnie, ale poza tym jest całkiem przyzwoita. Ba, pierwsze 160 stron jest tym "Jutrem", które lubię - planowanie, ukrywanie się, improwizacja, dobre sceny operacji okołowojskowych. Szkoda, że drugą część trafił szlag. 3,5/5 z zaokrągleniem do 3.