Miałam chyba ze trzy podejścia do tej książki; zaczynałam czytać i nie kończyłam, odkładałam na bok, zwracałam do biblioteki, kiedy kończył się termin. Jednak jako fanka fantastyki, nawet tej polskiej, uparłam się, że kiedyś przebrnę przez nią do samego końca. Wreszcie się udało.
Ogólnie rzecz biorąc nie wierzę w sformułowanie "fantastyka dla facetów", a mimo to podejrzewam, że tę książkę można by podciągnąć pod tę definicję. Ziemiański wyraźnie lubi pisać o polityce, zabijaniu i seksie; w porządku, nie mnie to oceniać, bo mimo że ja za tym nie przepadam, nie znaczy to, że inni czytelnicy nie będą ubóstwiać tej książki. A jednak teraz już wiem, że najprawdopodobniej nie zmuszę się do skończenia całej trylogii, nie przeczytam też niedawno opublikowanej nowej części - najzwyczajniej w świecie się zniechęciłam.
Przyznaję, autor ma talent i (chyba) świetnie skonstruowaną fabułę, świat, a może i nawet bohaterów. Mnie one po prostu nie przypadły do gustu. Można być dosadnym, ale nie wulgarnym i obrzydliwym; pan Ziemiański według mnie czasem za bardzo naginał tę granicę, a właściwie ją przekraczał. Nie lubię książek, w których bohaterowie obrzucają się mięsem; zbyt wiele takich dialogów jest obecnych w życiu codziennym, nie potrzebuję tego w książce, którą z założenia czytam dla przyjemności. A zwracanie się do bohaterek per "dupo" praktycznie co drugą stronę brzmi po prostu sztucznie. Jeśli mam być szczera, nigdy nie słyszałam takiego sformułowania.
Wiele fragmentów nudziło mnie, głównie dlatego, że po prostu nie mogłam ich zbyt dobrze zrozumieć. Fabuła powinna być skomplikowana, ale chyba nie aż tak, żeby przez cały czas musieć wytężać szare komórki? Zresztą, ja zawsze miałam problemy z ogarnięciem polityki. A pan autor, dodatkowo, najwyraźniej lubi pisać o tajemniczych i zawiłych magiczno-historycznych sprawach. Kim właściwie są ci cali "Ziemcy"? I o co, do diabła, chodzi właściwie z Meredithem (którego wątek, moim skromnym zdaniem, był dziwny i nudny jak flaki z olejem)? Zdając sobie sprawę z tego, iż jest do dopiero pierwsza z wielu części, wybaczam autorowi zawiłość i mnogość wątków. Zapewne wszystko wyjaśnia się z czasem, ja po prostu muszę pogodzić się z faktem, że najprawdopodobniej nigdy się tego nie dowiem.
Książka nie była ZŁA, była "w miarę"; wątki Achai i Siriusa nawet mi się podobały, i gdyby przyszło mi czytać tylko o nich, może nawet polubiłabym powieść bardziej.
Jednak tym, co raziło mnie już dawno-dawno-temu, kiedy po raz pierwszy zaczynałam czytać "Achaję", był jej stan techniczny. Bardzo często miałam wrażenie, że książka zwyczajnie nie przeszła zbyt dobrej korekty. Jestem niesamowicie wyczulona na literówki czy brakujące przecinki, a tych ostatnich jest w tej książce MASĘ. Praktycznie w każdym zwykłym "HEJ, DUPO" brakowało interpunkcji. (Raz też dostrzegłam nadmiar przecinków; jeśli dobrze pamiętam, w sformułowaniu "mimo że" przecinek NIE WYSTĘPUJE). Dodatkowo, strasznie raził mnie nadmiar wykrzykników i/lub pytajników. Zdania takie wyglądają jak wyjęte prosto z bloga nastolatki.
Podsumowując, gdyby pominąć styl pisania, który nie przypadł mi do gustu, kilka nudnych wątków i podejrzaną korektę, "Achaja" mogłaby mi się nawet podobać.