Przed lekturą nie czytałam opisu książki, więc nie wiedziałam, czego się spodziewać. Żeby nie psuć nikomu niespodzianki, powiem tylko, że nie jest to Małecki, którego pokochałam za "Nikt nie idzie". Zamiast powieści obyczajowej dostajemy antologię horroru. Czy to dobrze?
Moim zdaniem - niestety nie. Wierzę w autora całym serduchem i jeszcze mnóstwo jego tytułów przede mną, ale "Zaksięgowani" mnie nie porwali. Swego czasu Fabryka Słów wydawała świetne antologie fantastyczne i można było w nich spotkać prawdziwe perełki. Tymczasem tu... Było ok, momentami nawet bardzo, ale problem w tym, że ja już wiem, na co stać pisarza. "Zaksięgowani" zostali wydani w 2009, "Nikt nie idzie" w 2018 i ta pierwsza pozycja może cerować skarpetki tej drugiej. Mam jednak świadomość, że to trochę tak, jakby porównywać krzesło balkonowe z ręcznikiem. Obie pozycje całkowicie różnią się od siebie i w zasadzie nie powinno się ich zestawiać. Ciężko jednak nie odnieść się do tego, jaki postęp widać w twórczości autora, bazując na przywołanych przeze mnie tytułach, a to niewątpliwy plus. I tego się trzymajmy.
PS Małecki z wykształcenia jest ekonomistą i znajomość tego świata zdecydowanie widać w "Zaksięgowanych". Doceniam również nawiązania do Koła, czyli rodzinnego miasta pisarza. Lubię takie smaczki, dzięki temu książki są bardziej osobiste, bardziej prawdziwe.