Wspólny pokój był debiutem powieściowym Zbigniewa Uniłowskiego. Utwór zalicza się do gatunku powieści z kluczem, w której pod zmienionymi nazwami przedstawione są prawdziwe osoby. Akcja powieści, zawierającej wątki autobiograficzne, dzieje się w środowisku warszawskiej cyganerii artystycznej przełomu lat 20. i 30. XX wieku, zwłaszcza związanym z Kwadrygą. Ze względu na naturalistyczne opisy ubogiego życia studentów i śmiałe wątki erotyczne powieść wywołała skandal, a pierwsze wydanie zostało skonfiskowane przez cenzurę.
Konwencja powieści inicjacyjnej
Młody literat Lucjan Salis wraca po pół roku nieobecności do Warszawy. Czas, który bohater spędził w zakopiańskim sanatorium, sprawił, że nabrał on krytycznego dystansu do środowiska literackiego skupionego wokół kawiarni "Mała Ziemiańska". Poprzez jego refleksje i perypetie Uniłowski krytykuje kolegów i koleżanki po piórze oraz opisuje drastyczne różnice społeczne przedwojennej Warszawy.
Mam tylko jedno pytanie… CZEMU TO NIE JEST LEKTURĄ?! Przecież to tak by zachęciło wiele osób do czytanie, że SZOK. Jestem z tych osób co uważają, że oprócz tak zwanych lektur ważnych np. Lalka, Zbrodnia i kara itp. (of course nie umniejszając ich wspaniałości wielu osobom również mogą się podobać, ale bądźmy szczerzy NIE WSZYSTKIM), wracając oprócz właśnie tego typu lektór powinny się znaleźć książki, które są nieco prostrze, ciekawsze, a zarazem są wartościowe i coś tam wnoszą do naszego życia, albo są przynajmniej dobrym kontekstem na marure 😄.
Taka właśnie jest ta książka. Zabawna, styl pisania cudowny, BARDZO zabawna, idealnie oddaje klimat dwudziestolecia międzywojennego, wspominałam już, że jest zabawna? Występują tak zwane “brzydkie młodzierzowe słowa”, ale użyte są w taki sposób, że nie czytelnik nie czuję się zażenowany, a wręcz do bólu… rozbawiony!!!
Książki, które swego czasu zostały okrzyknięte mianem "skandalicznych" mają to do siebie, że kiedy sięgamy po nie, skandal towarzyszący ich wydaniu dawno już zwietrzał i mało co jest w stanie zgorszyć czy zszokować współczesnego czytelnika, który niejedno już widział i słyszał, co dużo mówi o czasach, w których żyjemy. Uniłowskiego "Wspólny pokój" był jednym z najgłośniejszych tytułów w Polsce okresu międzywojnia, lecz w przeciwieństwie np. do Dołęgi-Mostowicza, Uniłowskiemu nie udało się zrobić wielkiej kariery. Był człowiekiem o interesującej biografii - wcześnie stracił rodziców i już będąc nastolatkiem musiał imać się różnych zajęć, by zapewnić sobie utrzymanie. Wypatrzony w jednej z kawiarni przez Karola Szymanowskiego, zaintrygowanego młodzieńcem, czytającym za kontuarem prozę Conrada, uzyskał dzięki jego mecenatowi możliwość zdobycia wykształcenia i podreperowania zdrowia (podobnie jak jego patron, był gruźlikiem) w Zakopanem. Jego spuścizna literacka nie jest obszerna. Poza recenzowaną powieścią, która momentalnie zapewniła mu rozgłos, pozostawił po sobie kilka opowiadań.
Posmak skandalu, związany z ukazaniem się na rynku "Wspólnego pokoju", związany był z naturalistycznym ujęciem przez autora biedy wśród niższych warstw społeczności warszawskiej oraz konstrukcją tej powieści jako "książki z kluczem". Uniłowski zrezygnował w zabawy w subtelne aluzje i niedopowiedzenia, nadając swym bohaterom bądź autentyczne imiona i nazwiska ludzi ze swego otoczenia bądź też wyposażając powieściowe postacie w nazwiska, które od razu zdradzały ich pierwowzór (np. Klimek Paczyński to K.I. Gałczyński, poeta Tamwim to J. Tuwim a literat i tłumacz Edward Boye to Michał Bove). Trzeba od razu dodać w tym miejscu, że Uniłowski opisuje swych bohaterów ze wszystkimi zaletami i przywarami, co rzecz jasna nie mogło się spodobać niektórym ze sportretowanych w ten sposób. Jeśli dorzucić do tego naturalistyczne sceny seksu (wówczas szokujące, dziś nie mające w sobie nic ze skandalu) oraz subtelne, ale jednak, nakreślenie na kartach powieści aparatu państwowego jako synonimu uścisku i ciemiężenia (głównie w tej części poświęconej aresztowaniu Mietka za działalność antypaństwową, tj. komunistyczną agitację o poprawę losu robotników), nic dziwnego, że książka ta musiała stać ością w gardle sanacyjnej władzy.
Akcję powieści Uniłowski osadził w Warszawie roku 1928. Bohaterami powieści są lokatorzy pani Stukonisowej (matki przyjaciela głównego bohatera), podnajmujący od niej łóżka w pokoju, w którym to pokoju rozgrywa się większość fabuły, poza kilkoma epizodami pijackich rajdów po warszawskich knajpach męskiej części książkowego towarzystwa. Kilkoro z nich jest literatami na dorobku, skupionymi wokół "Kwadrygi", mimo że autor o tym milczy, a nazwa ta nigdy nie pada w książce. Ich głównym pragnieniem jest wdarcie się do literackiego parnasu, opublikowanie czegoś, co zapewni im szybki rozgłos i karierę oraz pozwoli na zaistnienie nazwiska w środowisku. Rojąc sny o potędze, bohaterowie-literaci "Wspólnego pokoju" wiodą utracjuszowski tryb życia, desperacko usiłując coś opublikować, co zapewni im trochę gotówki, którą błyskawicznie przepiją. W okresach braku środków pieniężnych, cała ich aktywność koncentruje się na próbach wysępienia pieniędzy od krewnych lub od znajomych. Wszyscy nie stronią od alkoholu i uciech cielesnych, które są w stanie zapewnić im panie bez względu na status i pozycję społeczną. Jeśli zatem ktoś miał wyobrażenie, że swoboda seksualna jest wynalazkiem czasów współczesnych, po lekturze powieści Uniłowskiego szybko zweryfikuje swe poglądy. W taki oto sposób autor odmalowuje życie warszawskiej cyganerii okresu międzywojnia i nie jest to obrazek przyjemny w oglądaniu. Pozostali lokatorowie pokoju Stukonisowej to albo "lud pracujący miast i wsi", który za pracę nie otrzymuje płacy pozwalającej na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych albo studenci, którzy wierzą, że ciężką pracą i pilną nauką będą w stanie wyrwać się ze środowiska swego wiejskiego pochodzenia i żyć godniej, niż ich krewni.
"To też jest prawda o Nowej Hucie". Od tego reportażu, opisującego trudne warunki robotników przy pracach nad budową podkrakowskiego kombinatu, zaczęła się kariera Ryszarda Kapuścińskiego. Powieść Uniłowskiego z powodzeniem można opatrzyć podtytułem "To też jest prawda o dwudziestoleciu międzywojennym". Z edukacji szkolnej wynosimy bowiem obraz sielskiego życia w międzywojennej Polsce, który brutalnie został zdławiony we wrześniu 1939 roku. Na bazie lekcji polskiego i historii budujemy kiczowaty wizerunek Polski jako wypełnionej kabaretami, kawiarniami, śpiewającym Eugeniuszem Bodo, Hanką Ordonówną, poezją Skamandrytów i rozmaitymi pisemkami literackimi. Tej jednej stronie medalu Uniłowski przeciwstawia drugą, tę bardziej wstydliwą, z wszechobecną biedą, wegetacją, "życiem od pierwszego do pierwszego". We współczesnej narracji, w której dominuje sentymentalne odwoływanie się do Polski przedwojennej i gloryfikowanie postaci Piłsudskiego, warto pamiętać, że życie wówczas bywało dużo bardziej prozaiczne, w czym w sukurs przychodzi Uniłowska proza.
świetna proza, wulgarna i kolokwialna tam gdzie potrzeba, a jednocześnie pełna głębokich przemyśleń o braku perspektyw na życie. ogrom nawiązań do kawiarnianego życia międzywojennej warszawy, postacie stworzone w oparciu o poetów kwadrygi, krytyka skamandrytów, kadena-bandrowskiego i całego nihilistycznego społeczeństwa, odważna rzecz
Nieczęsto trafiam na powieść, która nie tylko pozostaje aktualna niemal sto lat po publikacji, ale i uderza z siłą, jakiej próżno szukać u wielu dzisiejszych twórców. Wspólny pokój Zbigniewa Uniłowskiego to literacka kapsuła nędzy, marzeń i rozkładu, zamknięta w czterech ścianach warszawskiej stancji, w których ścierają się głód z pychą, ambicja z rozpaczą, a słowo z milczeniem.
Uniłowski był skandalistą nie dlatego, że chciał prowokować, lecz dlatego, że nie potrafił kłamać. Jego proza – brutalna, miejscami wręcz ordynarna – to jedno z najbardziej autentycznych świadectw egzystencji inteligenckiej klasy niższej II Rzeczypospolitej. Młodzi literaci, poeci, wykładowcy, wykolejeńcy i szaleńcy dzielą wspólną przestrzeń, lecz tak naprawdę dzieli ich wszystko: poglądy, cele, temperamenty, a nade wszystko – bezradność wobec życia.
To nie jest powieść o fabule – to powieść o trwaniu. O trwaniu w stanie zawieszenia, oczekiwania, rozkładu. Narracja pełna przerywników, strzępów dialogów, rozmów o wszystkim i o niczym – niepokoi i wciąga, bo przypomina realną dynamikę życia wspólnotowego. Autor doskonale operuje kontrastem między tym, co wzniosłe, a tym, co trywialne, między poezją a fekaliami.
Największą siłą Wspólnego pokoju jest brak złudzeń. Uniłowski nie idealizuje biedy, nie stwarza mitologii głodujących poetów. Przeciwnie – pokazuje ich żałość, małość, wzajemne zawiści i próby dominacji. A mimo to czuć w jego słowach ciepło i współczucie – nie tanie politowanie, ale głęboko ludzką empatię wobec tych, którzy próbują coś znaczyć, choć świat im na to nie pozwala.
Dlaczego nie 10/10? Bo choć książka ma siłę dokumentu epoki i mistrzowską atmosferę, momentami przytłacza swoją formą – wymagającą, duszną, wręcz odpychającą. To jednak zabieg celowy, który nie każdemu przypadnie do gustu. Ale może właśnie dlatego ta powieść nie zestarzała się ani trochę – bo nie została napisana, by przypodobać się komukolwiek.
Wspólny pokój to nie książka dla tych, którzy szukają pocieszenia. To książka dla tych, którzy chcą zrozumieć – człowieka, epokę, siebie. Uniłowski daje nam lustro – szorstkie, popękane, ale prawdziwe. I za to go cenię. Głęboko.
Lucjan Salis, początkujący pisarz, po powrocie do Warszawy z kuracji dla gruźlików w Zakopanem, wprowadza się do pokoju zamieszkanego przez podobnych mu młodych, biednych i zbuntowanych. Czy mają nadzieję, że kiedyś poprzez swoje wiersze i powieści przyczynią się do zmiany świata na lepsze? W każdym razie chętnie o tym rozprawiają, szczególnie gdy wpadnie trochę grosza na alkohol, a i cielesne męskie potrzeby też mogą zostać rychło zaspokojone. Jedni na brak życiowego fartu okazują się nieodporni i biorą przeznaczenie we własne ręce, inni ciągle się miotają, a jeszcze inni leżą i spokojnie oczekują końca …
Książka, mimo że jej pierwsze wydanie z 1932 roku zostało skonfiskowane przez cenzurę, przyniosła Zbigniewowi Uniłowskiemu spory rozgłos - dzięki naturalizmowi opisu, słownictwu i śmiałości scen erotycznych. Jest to powieść z kluczem, rozgrywająca się w warszawskim środowisku tzw. Drugiej Awangardy „Kwadryga”, z Lucjanem będącym alter ego autora. Choć młodzi awangardyści uważali się za przeciwników Skamandrytów, powieść Uniłowskiego także w środowisku ich nieco starszych i sławniejszych kolegów nie przeszła bez echa, co znalazło również wyraz w żalu na wieść o śmierci pisarza, który umarł nie dożywszy nawet trzydziestu lat.
Przyznaję, że nazwiska innych pisarzy, rozszyfrowanych jako bohaterowie „Wspólnego pokoju” oraz w ogóle twórców z kręgów Kwadrygi niewiele mi mówią, oprócz paru wędrowniczków między różnymi literackimi nurtami na czele z K.I. Gałczyńskim, a także niejakiej panny Leopard, która odegrała paskudną rolę w życiu biednego Lucjana. W życiu artystów międzywojnia biegała ona podobno, czyli Izabela Czajka-Stachowiak za ich muzę, a ja czytając w bardzo wczesnej młodości jej powieści nie miałam oczywiście o tym pojęcia.
Okazuje się, że w roku 2011 Grzegorz Damięcki nagrał dla radia 32 odcinki „Wspólnego pokoju”. Obecnie można całość odsłuchać np. w Spotify (jest też podobno na YouTube). Gorąco zachęcam, nie tylko z powodu rewelacyjnej interpretacji radiobooka, jako dzieło literackie też warto książkę poznać.
Okeej, moja droga z tą książką była bardzo długa. Na początku nie mogłam się do niej przekonać – miałam wrażenie, że czytam czyjś pamiętnik w niektórych momentach przerobiony na powieść (i było ono całkiem słuszne, bo ,,Wspólny pokój'' ma elementy autobiograficzne). Ta forma mi się nie podobała i z tego powodu nie miałam ochoty sięgać po tę lekturę. Gdy w końcu do niej przysiadłam, okazało się, że wcale nie jest taka zła. Za największy plus uważam to, że utożsamiałam się z głównym bohaterem – młodym mężczyzną, który marzył o tym, by zostać pisarzem, ale trochę brakowało mu zapału, by popracować nad swoim tekstem. Momentami było gorzko, ale częściej bohaterowie doprowadzali mnie do śmiechu. Końcówka trochę mi się dłużyła.
Realia XX lecia międzywojennego z pełnym pakietem dekadentyzmu, alkoholizmu, problemów ekonomicznych i mówienia o byciu artystom przez większość czasu, zamiast robienia sztuki. Poza tym książka o chorobie i w pewien sposób obojetnosci wobec śmierci
Też dość zabawne, że już wtedy ktoś mówił "Panu się sperma rzuciła na mozg, to jasne"
Jak góra lodowa powoli rozjeżdża czytelnika, zostawiając po sobie teren zmieniony i przeorany. Książka ponura, warstwowa, męcząca. Pewna nienaturalność w przydługich dialogach każe mi myśleć, że autorowi się chciało wrzeszczeć, wyraził to nadmiarem liter.