To jest książka o relacji matki z synem, który, tak się zdarzyło, jest w spektrum autyzmu. Jak akceptować swoje dziecko, kiedy się go zupełnie nie rozumie? Jak to zrobić, żeby widzieć je naprawdę? To jest książka o nieadekwatnych oczekiwaniach rodzicielskich, wielkim rozczarowaniu, pracy nad sobą dla dobra relacji i o wielkiej miłości. Odwzajemnionej. W książce gościnnie występuje syn, który zdecydował się nie ujawniać nazwiska.
Strasznie mi ta książka podniosła ciśnienie. Słowem wstępu i wytłumaczenia: uważam, że wszystkie te książki spod znaku „macierzyństwo non-fiction” są bardzo potrzebne i uważam, że o różnych trudnych, często niewygodnych uczuciach związanych z macierzyństwem można i trzeba rozmawiać. Natomiast to co tu się wydarzyło jest dla mnie nieakceptowalne z kilku powodów: przede wszystkim autorka zwraca się w tej książce do swojego dziecka i jej dziecko jest pierwszym odbiorcą tej książki i tu dla mnie została przekroczona granica i jest to dla mnie przemocowe. Druga sprawa, to fakt, że autorka pisze o spektrum autyzmu i pisze o tym w sposób moim zdaniem nieodpowiedzialny i krzywdzący. Było bardzo dużo rzeczy w tej książce, które strasznie mnie wkurzyły. Pierwsza to przekonanie autorki, że za wszystko, co było/jest nie tak w jej macierzyństwie, może obwiniać to, że jej syn jest w spektrum, a nie to, że sama miała/ma niezbyt zdrowe oczekiwania wobec macierzyństwa, które często są zwykłą parentyfikacją i mimo, że wydaje się, że sama już o tym wie, bo w którymś momencie książki pisze trochę z żartem o jednej swojej myśli „kolejny przejaw parentyfikacji z mojej strony”, to jednak chyba nie do końca jest to temat przerobiony, bo moim zdaniem cała ta książka i obarczanie swojego dziecka tą wiedzą jest też przejawem parentyfikacji. Dużo fragmentów tej książki to był dla mnie zupełny absurd, np. wypominanie nastolatkowi, że jak był w przedszkolu, to na spacerze się zatrzymywał i nie chciał dalej iść albo że nie chciał wyjąć na pikniku jabłek z torby, bo chciał dłubać kijkiem w ziemi (szok, moje dziecko by czegoś takiego NIGDY!). I to wszystko działo się oczywiście nie dlatego, że był przedszkolakiem i jest to coś, co przedszkolaki dosyć często robią, tylko dlatego, że jest w spektrum i zobacz jakie miałam z tobą od zawsze utrapienie, synu i jaka ze mnie bohaterka. Kolejna zupełnie absurdalna opowieść w podrozdziale o wiele mówiącym tytule: „Czy on mnie nie widzi?”, opisująca już bardziej niedawną sytuację, kiedy autorka dostała od swojego partnera naszyjnik z diamencikiem i postanowiła pokazać go swojemu synowi, uważając, że może go to zainteresować, bo kręcą go diamenty. Reakcją syna jest rozpoczęcie „wykładu na temat De Beers, którzy monopolizują sprzedać diamentów”, autorka jest sfrustrowana i musi tłumić łzy, bo oczekiwała, że syn „spojrzy na naszyjnik, powie „o!” i może będzie chciał go dotknąć, zważyć w ręce” (jak w domyśle) zrobiłby każdy NORMALNY człowiek, no ale wiecie jej syn jest w spektrum i dlatego nie zachował się w ten normalny sposób, na szczęście ona jest bohaterka i się nie rozpłakała (tylko opisała mu teraz, że chciało jej się płakać i że płakała przez to później w łóżku) i zamiast tego wytłumaczyła mu, że jej potrzeby były inne i że ich nie zaspokoił. Nie wiem, moje zachowania w takich sytuacjach są raczej bardziej podobne do zachowań jej syna i wkurwia mnie to, że autorka stawia się w tej książce w roli jakiegoś autorytetu i wzorca z Sevres prawidłowych zachowań społecznych. To jest takie ciągłe ciśnienie na tego syna, żeby wiecznie się dostosowywał do tych NORM SPOŁECZNYCH, które wyznacza głównie autorka i maskował, ale dlaczego niby? Autorka sama o sobie pisze, że jest osobą towarzyską, pewnie raczej ekstrawertyczną, ale nie wiem, kto jej powiedział, że to jest coś, do czego każdy powinien dążyć. Nie widzę w tej książce żadnej akceptacji dla jakiejkolwiek inności, niektóre stwierdzenia są dla mnie w ogóle nieakcpetowalne: pisanie swojemu dziecku, że jego zachowania są dla ciebie rozczarowaniem, że ciężko jest ci dostrzec w nim człowieka, bo „nie jest łatwo widzieć człowieka w kimś, kto kiedy zrobi coś ewidentnie nie fair – dajmy na to: zje kanapkę, którą sobie przygotowałaś – zamiast przeprosić i zadośćuczynić […] zaczyna dyskutować”. No to powiem, że autorka ma bardzo dziwną definicję człowieczeństwa i to raczej świadczy nie za dobrze o niej, a nie o jej dziecku. Mogłabym wymieniać tych przykładów jeszcze dużo, bo zaznaczałam coś co chwila i naprawdę uważam, że przydałby się tu jakiś sensitivity reader, który by wyjaśnił dlaczego autorka nazywająca syna robotem (ze względu na jego neuroatypowość), to nie jest w książce najszczęśliwszy pomysł, nawet jeśli u niej w domu wszyscy są w tym ok i że w ogóle ta ksiażka, to może nie jest najszczęśliwszy pomysł. Przede wszystkim jednak cały ten projekt budzi mój sprzeciw moralny i wydaje mi się ogromnym nadużyciem wobec dziecka, które nadal mieszka z matką i jest od niej zależne na wielu poziomach, więc nie wiem, czy realnie można tu mówić o wyrażeniu świadomej zgody na powstanie tej książki. Na koniec zostawię tu ten cytat: „Trudniejsze od samego pisania okazało się przekonanie cię do czytania kolejnych rozdziałów, kiedy już były skończone. Wysyłałam ci je i wysyłałam, a ty wciąż się do tego nie brałeś. Zaczęłam mieć obawy, że nie zdążysz przeczytać całej książki przed terminem jej oddania, Zapowiedziałam ci nawet, że jeśli nie przeczytasz do deadline’u, podpiszemy dokument, w którym przyznasz, że miałeś tekst odpowiednio wcześniej, a jednak się z nim nie zapoznałeś. Bardzo chciałam uniknąć sytuacji, w której miałbyś do mnie żal, że napisałam coś, czego nie chciałeś publikować.” I odpowiedź jej siedemnastoletniego syna „Pisanie książki trafiło na bardzo pracowity okres u mnie w szkole, więc musiałem wcisnąć gdzieś te nasze spotkania pomiędzy nadrabianie polskiego i biologii.”
"Synu, jesteś kotem" Katarzyny Michalczak to opowieść o relacji matki z synem, który jest w spektrum autyzmu. To historia ich wzajemnego docierania się, uczenia siebie, swoich potrzeb, akceptacji i zrozumienia.
Ale autorka pokazuje, że nie była to prosta droga. Wymagała bardzo dużo pracy z obu stron, była pełna błędów, złych decyzji, trudnych momentów i niepowodzeń. Nie ma tu wybielania, czuć szczerość i autentyczność. Książka jest pełna obaw, wątpliwości, bezradności, braku wsparcia od otoczenia, zmierzenia się z oczekiwaniami wobec macierzyństwa.
Co ważne, autorka napisała tę książkę w zgodzie z synem, który przeczytał i zaakceptował całość. Bardzo cenne są fragmenty napisane z jego perspektywy, dobrze poznać jego punkt widzenia i podejście do wielu spraw.
To bardzo wartościowa lektura, która skłoniła mnie do wielu refleksji. Tylko nieliczne książki wywołują u mnie taki zachwyt i trafiają do mnie do tego stopnia. W przypadku "Synu, jesteś kotem" zaznaczałam cytaty jak szalona, podkreślałam fragmenty, które wyjątkowo do mnie trafiły, notowałam swoje przemyślenia. To bardzo "moja" książka, cieszę się, że powstała i miałam szansę ją przeczytać!
✨ Świetne cytaty: "Relacje pełne są oczekiwań, a ty nie tylko nie zawsze wiesz, jak je spełniać, ale też nie zawsze potrafisz zorientować się, że w ogóle istnieją jakieś oczekiwania."
"Jest różnica energetyczna pomiędzy relacją jednorazową a długotrwałą. Kiedy wiesz, że będziesz jakąś osobę widzieć tylko raz i ona cię niezbyt interesuje, to możesz zużyć dużo energii, żeby być miłym. Ona zapamięta cię dobrze i na tym się zakończy. Zupełnie czymś innym jest utrzymywanie takiego poziomu przez cały dzień w stosunku do osoby, którą widzisz bardzo często. Lepiej jest być dla niej średnio miłym cały czas niż raz bardzo miłym, a potem przez resztę czasu bardzo niemiłym."
"Bardzo identyfikuję się z kotem. Z takim kotem, który potrze buje ludzi, ale jest w stanie się bez nich obejść; ma swoje zainteresowania, ale też chce spędzać czas z ludźmi (...) Koty są tak samo zblazowane jak ja. I są samotnikami, a ja się świetnie bawię, kiedy jestem sam. Raz są przytulaśne, społeczne i chcą ci wejść na kolana, a drugi raz cię totalnie zignorują i nie będą chciały w ogóle z tobą przebywać. Mogą wejść pod łóżko i tam leżeć. No i wtedy nie masz jak się z nimi integrować. Możesz do nich mówić, nawet krzyczeć, a one i tak będą cię zlewać. Koty to jest mood. Mogą być bardzo zmotywowane, jeżeli polują na myszy, ale większość dnia są megaleniwe. Są w stanie wykrzesać z siebie dużo energii, ale rzadko im się to zdarza."
"Przynosi mi przyjemność spędzanie czasu samemu. Umiem się dobrze bawić bez innych ludzi wokół mnie. Nie chodzi o to, że mi tak super ze sobą, tylko o to, że nie ma innych ludzi wokół mnie."
"Było we mnie tyle buty, zero elastyczności, była pewność, że rozwijasz się świetnie, że jesteś zdrowy, zdolny, niczego ci nie brakuje, bo jesteś MÓJ, i to cię impregnuje na wszelkie problemy, trudności, na całe zło tego świata. Tak bardzo byłam o tym przeświadczona, że nie widziałam CIEBIE - tego, że chociaż jesteś perfekcyjny dla mnie jako moje dziecko, nie znaczy, iż nie masz żadnych trudności. I że moim zadaniem nie jest cieszyć się z ciebie z zamkniętymi oczami, tylko uważnie obserwować, jakie możesz mieć te trudności, po to, żeby móc cię w nich wspierać."
Jak napisać książkę o relacji z synem w spektrum autyzmu? I o relacji z matką, za którą podąża jej pełne problemów dzieciństwo? O trudnościach i sukcesach? Uczuciach, lękach i przywarach? Katarzyna Michalczak udowadnia, że najlepszą metodą jest szczerość i poproszenie tego syna o uwagi. O jego aktywny udział w tworzenie ich wspólnej opowieści. Dzięki temu zyskujemy tekst boleśnie szczery, niewygodny i ważny. Taki, który zwiększa świadomość o spektrum, nie wybiela relacji i wyjawia, jak trudno bywa, gdy matka pragnie dużo bliskości, a syn potrzebuje więcej przestrzeni. Gdy jedna osoba chce dopasować wszystko do swojego idealnego obrazu, a druga odstaje od niego bardzo mocno. Ale przede wszystkim, gdy obie wspólnie pracują, by znaleźć się gdzieś pośrodku.
Jestem zaskoczona odwagą autorki. Wyjawienie tak dużej prawdy swojemu dziecku (nawet dorosłemu) może być kontrowersyjne, a mówienie, że czasami trudno jest kochać autystyka (w dużym uproszczeniu, Katarzyna rozwinęła to lepiej) najpewniej wzbudzi kilka oburzonych głosów. I jestem zaskoczona odwagą Radka, który pozwolił ludziom częściowo wejść do swojej głowy. Ale. To największa siła tej książki. Ani relacja nie zostaje upiększona, ani autorka nie robi tego ze swoimi myślami na różnych etapach. Czasami jest jej wstyd, często wspomina zmęczenie, zwykle podkreśla ilość pracy syna oraz swojej własnej.
Dla mnie jest to książka WAŻNA i PIĘKNA, choć trudna. I jestem zachwycona tym, że Radek miał w niej istotne miejsce nie tylko w opowieści matki, ale i we własnych słowach czy autoryzacji rozdziałów. W końcu kto wie lepiej niż on, jak wygląda świat jego emocji? A to jedna z dwóch najważniejszych perspektyw w tek historii, czyż nie?
Dla rodziców dzieci w spektrum autyzmu to może być ważna książka. Ale ważna książka nie zawsze oznacza książkę dobrą. „Synu, jesteś kotem” jest napisana bardzo przeciętnie, mimo skromnej objętości wątki szybko zaczynają się powtarzać, a wtrącenia głównego bohatera niewiele już wnoszą. Szkoda, bo liczyłem na dużo więcej.
Mnóstwo miłości przeziera ze stron tej książki, ale jak wiadomo miłość bywa niełatwa, okupiona niejednokrotnie łzami i boleściami, zatem ta również jest taka. Katarzyna Michalczak podejmuje próbę zrozumienia siebie, swojego syna Radka i tego, co łączy ich oraz dzieli. Oboje mają nieco większą trudność ze względu na spektrum autyzmu, w jakim jest nastolatek.
"Synu, jesteś kotem" przedstawia perspektywę zarówno matki, jak i dziecka, które jest już prawie dorosłe, więc samo teraz lepiej wszystko rozumie, chociaż nadal jest to inne podejście do życia niż u osób neurotypowych. To cieniutka książka pozwalająca na chwilowe wejście w głowę człowieka ze spektrum, a także rodzica borykającego się z wieloma różnymi kłodami rzucanymi pod nogi.
Widziałam wiele zachwytów nad tą lekturą i miałam ogromną nadzieję, że i ja do nich dołączę. Cóż, dobrze mi się czytało, ale początkowy entuzjazm zaczął opadać wraz z dość licznymi powtórzeniami i coraz większym chaosem wkradającym się w ową opowieść. Jest to na pewno książka warta uwagi i godna polecenia, natomiast mnie niczym nie zaskoczyła, a także nie dowiedziałam się z niej niczego nowego, więc w moim odczuciu jest dość przeciętna. Za to na pewno otuli rodziców mających dzieci w spektrum, dodając otuchy.
Możliwe, że opublikuję później obszerniejszą recenzję, ale na razie krótka. Miałam mnóstwo obaw i uprzedzeń, z powodu których planowałam nie czytać tej książki. Nie znoszę opowieści "autism moms", nie lubię porównania osób autystycznych do kotów, mam obawy co do pisania przez rodziców o dzieciach, i jeszcze więcej... Ale jednak zajrzałam i zaczęłam czytać. Bardzo doceniam transparentność tej opowieści, to, że autorka sama opowiada o własnych wątpliwościach i intencjach dotyczących tej publikacji. Że opowiada o własnej drodze i perspektywie, unikając (zazwyczaj) generalnych wywodów o autyzmie. Owszem, jakieś tam są i one mi czasem nie pasowały, ale to zdecydowanie marginalny problem. Ogromnie polubiłam Radka i jego wypowiedzi w książce były dla mnie najbardziej wartościową jej częścią. Pomogły mi lepiej zrozumieć i moją Córkę, i mojego Męża i mnie. Myślę, że mogłabym się z autorką dogadać, ale z Radkiem byłoby mi łatwiej 🥰 Chwilami trudno mi czytać o neurotypowej perspektywie na osobę autystyczną. Ale nie żałuję.
Edit: Bardzo chciałam znaleźć w tej książce jak najlepsze rzeczy i mieć empatię dla autorki, ale z czasem, także dzięki rozmowom z innymi osobami, które przeczytały tę książkę, coraz trudniej mi ją zaakceptować. Myślę, że jako autystka sama siebie zgaslightowałam, czytając ją.
Bardzo ważna książka: dla rodziców i bliskich osób neurodmiennych, dla nich samych i dla każdego czytelnika przyjmującego postawę wkluczającą.
Nie tylko dołącza do tak ważnej grupy tytułów o neuroróżnorodności, ale: - daje bezpośredni wgląd w inny mózg, - pokazuje, jakim wyzwaniem dla człowieka, jest mieć taki odmienny mózg, i jakim gigantycznym wyzwaniem jest być matką takiej osoby, szczególnie gdy jest się matką samodzielną. - uczy otwartości na zachowania neurodmiennych dzieci spotykanych w przestrzeni publicznej.
Mam nadzieję, że w przyszłości bohater nadal będzie czuł się z OK z upublicznieniem swojej historii, dostrzegając, że pomogło to wielu osobom poza jego mamą.
Bardzo (dla mnie aż za bardzo) osobista książka - myślę, że może mieć wartość większą dla autorki (i jej syna) niż dla czytelników. Owszem, jakaś wiedza, wskazówki dla rodziców dzieci w spektrum autyzmu tu są, ale też nie jakoś specjalnie dużo. Dużo natomiast emocjonalnej wiwisekcji autorki, zagłębiania się w swoich uczuciach, tak aż do znużenia. W tonie, który nie bardzo mi się spodobał. Sporo tu też powtórzeń i zapętlania się w kółko na tych samych aspektach. Duże rozczarowanie. (I być może niepotrzebnie, ale porównuję do przed chwilą czytanej książki „Emil i my” Magdaleny Moskal - podobnej, bo też będącej monologiem matki dziecka z niepełnosprawnością, a jednak napisanej dużo lepiej i o niebo ciekawiej).
Od początku czytania było coś dla mnie off. I kurcze przez cały czas się zastanawiałam: Czy ta książka w ogóle powinna powstać? Niby syn się zgodził na jej wydanie, ale czy on sam i czytelnicy tacy jak ja powinni się dowiadywać o takich rzeczach, które moim zdaniem powinny zostać dla rodzica? Bo to przecież relacja rodzic-dziecko. Tym bardziej, że sam syn w trakcie publikowania powieści był niepełnoletni. Był... nastolatkiem.
I hmm czy jest to książka wspierająca? Totalnie nie. Czy jest tu subiektywna opinia, a brak wiedzy psychologicznej, owszem!
Autorka zwraca się przez całą książkę do syna. Czułam się jakbym czytała ich prywatne listy!
,,Tak strasznie bałam się, że jesteś psychopatą" ...
Oj dużo wybielania się mamy Radka za mało autorefleksji.
Bolało mnie jak wiele razy Katarzyna trafiła na niekompetentnych psychologówch, którzy wypowiadali tak absurdalne słowa! I czuję jakby napisanie ,,Synu, jesteś kotem" było dla niej formą terapii.
Widziałam i przeczytałam sporo opinii na Goodreads o niej. I hm zgadzam się też z tym, że autorka traktuje spektrum autyzmu jako przeszkodę? Przeszkodę do spełnienia jej wygórowanych oczekiwań. Nie sądzę, żeby ta książka była wspierająca. Dla mnie zdecydowanie męcząca, chaotyczna, nudnawa poprzez dużą ilość powtórzeń i przede wszystkim wywołująca dużo myśli o tym, czy w ogóle powinna powstać.
,,Tak naprawdę w przyszłości mogę się znaleźć w sytuacji, że będziesz miał do mnie żal o coś, co napisałam w książce."
"(...) A mnie pewnie nigdy nie opuszczą obawy, czy cały ten projekt nie jest czasem nadużyciem władzy rodzicielskiej."
2,25 uważam że nadużyciem jest już sam fakt że odbiorcą tej książki ma być syn autorki i ksiazka jest pisana "do niego". mam wrażenie że autorka próbowała się wybielić, a refleksja typu "co ja w tobie w ogóle widzę", czy wręcz oczernianie syna, bo zachował się w pewien konkretny sposób, ale nie taki jak określają ustalone normy (co to znaczy w ogóle??) jest nie na miejscu. brak tu ukazania że nie wszystkie rzeczy, które dziecko robi wynikają ze spektrum, część to może po prostu jego osobowość. z resztą, ktoś tu wczesniej juz wytknął więcej złych rzeczy w tej książce, w zupełności się z nimi zgadzam
Trudno jest mi ocenić gwiazdkami książkę, która była pisana przez konkretnych ludzi o ich konkretnej relacji. Miałam momenty wzruszenia, rozbawienia, kilka fragmentów mnie podniosło na duchu, inne rozczarowały bądź zdenerwowały. Wątpię, by dało się pominąć bulwersujące tematy czy słowa tak, by książka pozostała sensowna i autentyczna. Autorka sama wyraziła obawy, które towarzyszyły mi w trakcie lektury. Również obawiam się, co Radek będzie o niej myślał w przyszłości. Z drugiej strony, jako osoba z zewnątrz nie dziwię się, że myśli tam przedstawione pojawiały się w głowie matki - nie tylko dziecka nieneurotypowego. Wiem natomiast, że widziałam w "Synu, jesteś kotem" kawałek siebie (jako czyjejś córki, siostry i po prostu człowieka) oraz planuję pożyczyć tę pozycję kilku osobom - a to chyba świadczy, że cel został osiągnięty (przynajmniej w moim przypadku).
Cóż mogę rzec o tej książce. Momentami bardzo trudno i ciężko mi się ją czytało przez emocje jakie we mnie wzbudzała, ale to nie czyni ją złą książka - co to to nie! Jest dla mnie to mega dobra pozycja ukazująca realia relacji matka-syn gdzie syn ma autyzm, w sumie to pierwsza taka pozycja, nigdy wczesniej się nie spotkałem z książką odsłaniającą kulisy takiej relacji. Polecam bardzo taką lekturę.
Boleśnie szczera opowieść o życiu z synem w spektrum autyzmu. Trafiło do mnie zwłaszcza zestawienie oczekiwań odnośnie macierzyństwa z realnymi problemami, pokazujące, że matka też człowiek i w relacji z dzieckiem też ma jakieś oczekiwania i potrzeby oraz swoją własną osobowość. Autorka pisze o sobie i swoich doświadczeniach, jej syn właśnie zdał maturę (w realu) w książce ma 17 lat i jego głos też się pojawia, co jest rzadką okazją usłyszenia perspektywy autystyka. Tekst ma charakter raczej publicystyczny niż literacki, prostą i krótką formę. Jego mocą jest szczerość i wiwisekcja rodzinnych relacji.
Pięknie pokazuje, że relacja (każda relacja, również ta matka-dziecko, która czasami jest postrzegana jako taka naturalna, bezproblemowa i samokształtująca się) wymaga pracy obu stron, kompromisów i docierania się, a najtrudniejsze w tym wszystkim jest prawdziwe zaakceptowanie różnic perspektyw i potrzeb.
Zaburzenia ze spektrum autyzmu to bardzo trudny temat dla czytelnika, a tym bardziej autora, który opisuje swoje przeżycia. Dlatego podziwiam Panią Katarzynę i Radka (jej syna), którzy zdecydowali się opowiedzieć nam swoją historię i przedstawić relację, która mimo ogromnych trudności dojrzewała wraz z upływem czasu i postępami w terapiach. Przede wszystkim tytuł – co on w rzeczywistości oznacza? Każdy kto miał do czynienia z kotami zdaje sobie sprawę z ich specyficznego zachowania. Koty chodzą swoimi drogami, często nie mają ochoty na kontakt z człowiekiem i same decydują kiedy to zmienić. Tak samo jest w przypadku osób neuroróżnorodnych. Forma książki to trochę dialog z synem, trochę pamiętnik. Katarzyna Michalczak opisuje w niej swoje wątpliwości, oczekiwania, walkę o relację, popełniane błędy, a przede wszystkim towarzyszące jej emocje. Czasami może wzbudzić podziw, czasami niezrozumienie i kontrowersję. Jednak nie jesteśmy od tego, aby oceniać jej zachowania, podważać metody wychowawcze czy wytykać palcami i zawstydzać. Wystarczająco czuje się winna. Dla mnie największym progresem była wypracowana po czasie pokora – zarówno Pani Katarzyny, jak i Radka. Droga jaką pokonali od napadów agresji, kompletnej dezorientacji i wzajemnych starć do szacunku, zrozumienia i troski. Choć nadal nie jest idealnie, jest coraz lepiej. Najbardziej boli postawa osób postronnych. W edukacji, w znajomości, w sąsiedztwie. Jak łatwo nam wyrażać opinię i osądzać nie znając kontekstu. Jak odwracamy wzrok, gdy ktoś potrzebuje pomocy lub nie spełnia naszych oczekiwań. W ogóle dużo w tej książce o oczekiwaniach. Bo chyba każdy rodzic ma takie w stosunku do swojego dziecka. Nawet podświadomie. Czasami trudno im sprostać i to może być dla nich zderzeniem ze ścianą. Szczerość. Niektóre fragmenty są naprawdę trudne w odbiorze, jeśli nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji. Na przykład jak matka może powiedzieć „Co ja w Tobie w ogóle widzę?” do swojego dziecka? Jednak jesteśmy tylko ludźmi. Ludźmi podatnymi na emocje, mającymi swoje granice i traumy. Osoby neurotypowe potrzebują wzajemnego wsparcia, a tutaj go brakuje, co również jest podstawą frustracji. Autorka stara się również przemycić nam trochę wiedzy na temat zaburzeń ze spektrum autyzmu i to mi się bardzo podoba. Jak sam opis mówi – to ma służyć jako wsparcie dla innych rodziców. Ponadto znajdziemy wiele zagadnień potwierdzonych w przypisach konkretnymi badaniami. Oczywiście nic nie dzieje się tu bez zgody Radka. On sam wplata w tekst swoje spostrzeżenia, odpowiedzi i uwagi. Nie ma problemu z faktami. Sam żałuje niektórych scen.
"Synu, jesteś kotem" to nowość Wydawnictwa Cyranka napisana przez Panią Dr Katarzynę Michalczak.
O czym opowiada? O niełatwej relacji neurotypowej matki z nieneurotypowym synem będącym w spektrum autyzmu. Jak się porozumieć, jak się dogadać, jak ZROZUMIEĆ, kiedy się kompletnie nie rozumie.
Byłem niezwykle ciekawy książki tak silnie nacechowanej emocjonalnie opisującą osobę w spektrum, gdyż jako nauczyciel mam dość często kontakt z najrozmaitszą gamą uczniów z najróżniejszymi potrzebami edukacyjno-wychowawczymi. Jednak w dni codzienne, kiedy mam w sumie do ogarnięcia ponad 450 uczniów trudno poświęcić każdemu należytą indywidualną uwagę na jaką zasługuje. Dzięki książce Pani Kasi mogłem w bardzo ciekawy sposób poznać jeden typ uczniów, co wciąż będzie dużym niedopowiedzeniem przy najrozmaitszych osobowościach ludzkich. Ale mogłem czegoś się nauczyć o tym zaburzeniu, doświadczyć w małym ułamku z czym autorka musiała borykać się na co dzień i poniekąd trochę zrozumieć inny sposób myślenia osób w spektrum.
Była to emocjonalna podróż o przepięknej miłości rodzicielskiej. O codziennej pracy nad relacją z synem i walce o swój dobrostan. Książka napisana w sposób piękny językowo, ale ciężki emocjonalnie. Wciągająca ale pozostawiająca po sobie trwały ślad. Ciekawa i zajmująca uwagę. Książka do której się będzie wracać myślami.
Szczerze to z tej jednej książki nauczyłem się więcej o spektrum autyzmu niż ze studiów pedagogicznych. I chciałbym w tego typu humanistycznej otoczce przeczytać też książki o innych zaburzeniach rozwojowych.
Polecam książkę tym, którzy na co dzień pracują z ludźmi w spektrum autyzmu, a także czytelnikom chcącym poznać mocne życiowe historie, które mogą spotkać każdego z Nas.
"Synu, jesteś kotem" (Wydawnictwo Cyranka, 2023) Katarzyny Michalczak to książka z rodzaju autoterapeutycznych, które nie powstały po to, by pochłonąć czytelnika w sposób charakterystyczny dla literatury. To rozliczenie z własnymi myślami i doświadczeniami, które ma na celu powiedzieć odbiorcy „Hej, ja też byłam w tym miejscu” i uświadomić mu, że nie jest samotny w przeżyciach.
To nie jest książka, która ma zachwycać walorami estetycznymi, choć obojgu autorów zdarza się napisać ważne słowa w piękny sposób (bo ważnych napisanych zwyczajnie, tak po ludzku, jest wiele). Ta swojego rodzaju spowiedź matki przed synem i światem porusza do żywego nie formą, ale treścią – przejmującym bólem i poczuciem winy, ogromem miłości okazywanej w sposób nieadekwatny do wzajemnych potrzeb, oczekiwaniami i założeniami, które w tej sytuacji nie mogły się zrealizować. Desperacja matki i trudny do okiełznania opór dziecka a z czasem nastolatka to mieszanka wybuchowa, która na szczęście nie zniszczyła relacji narratorów.
Bardzo się cieszę, że Michalczak znajdowała w sobie siłę, gdy ze środkami na tę walkę był problem – a bez pieniędzy niewiele można w kwestii diagnoz i terapii zdziałać. Wzrusza mnie także to, że nadal w obojgu jest to samozaparcie, aby dążyć ku lepszemu. Bez wątpienia autorce o wiele łatwiej zrozumieć i dostosować się do potrzeb syna, niż jemu do jej wyobrażeń, ale wierzę, że i Radkowi z czasem zacznie przychodzić to lepiej.
"Synu, jesteś kotem" to ważna lektura zarówno dla rodziców nieneurotpowych dzieci, jak i dla wszystkich osób mieszczących się w normie. Ta książka nieco zbliża nas do żyć wielu osób, o których możemy nawet nie wiedzieć, że mają podobne doświadczenia.
Warto zaznaczyć, że historia Katarzyny i Radka w żaden sposób nie romantyzuje autyzmu, choć K. zdecydowanie romantyzowała swoje rodzicielstwo.
Kot jaki jest każdy wie. Ma swój charakter, swoje rytuały, swoje ścieżki. Czasem mruczy, czasem wystawia pazury. Zawsze jest "po jego". Tak właśnie jest z Radkiem, teraz juz nastolatkiem z zespołem Aspergera. Jest sobą chociaż nie zawsze wie dlaczego. I w tym wszytkim jego mama, która najpierw próbuje Radka "oswoić ", żeby był taki jak go sobie wymarzyła. Jednak Radka, jak kota, nie da się uszyć na miarę. Za nim trzeba podążać, bardziej rozumieć niż czuć. Owszem, można pewne zachowania "wytrenować " ale...
"Synu, jesteś kotem" to spotkanie dwóch dusz. Neurotypowa mama i atypowy syn. Te same zdarzenia z dwóch stron. Wydawałoby się, że te dwa nieprzystające do siebie światy nie mają szans współistnieć. A jednak. To się może udać tylko dzięki uważności i otwartości na drugiego człowieka. Zrozumienie i akceptacja to słowa klucze. Niby proste a jednak cholernie trudne i frustrujące...
Czy to książka tylko o spektrum autyzmu? Nie. To książka, która przede wszystkim pokazuje, że o relację trzeba dbać. Czasem trudno ją zbudować a łatwo zburzyć. Relacje żyją swoim życiem, gdzieś pomiędzy dwoma duszami. Zostawione same sobie nie mają szans przetrwać. Obudowane schematami zaczynają się dusić. Gdzie jest złoty środek? Nie wiem, bo też jestem trochę kotem...
Ciężko jest mi coś o niej powiedzieć, ponieważ trudno jest oceniać książkę o takiej tematyce. Myślę, że jest to pozycja która jest bardzo prywatna (czasami, aż za bardzo). Widzimy wspólne życie matki, której syn jest w spektrum autyzmu. Obserwujemy ich zmagania, naukę wspólnego zrozumienia i dochodzenia do kompromisów. Jest to historia pełna, niepowodzeń, nerwów, żalu i wyrzutów sumienia, ale także miłości i wzajemnego szacunku. Myślę, że jest to fajna książka dla rodzin które same zmagają się z takową chorobą. Niestety wydaje mi się, że zwykły czytelnik nie odnajdzie w niej tyle pozytywnych aspektów. Dla osób interesujących się tematem autyzmu, niestety nie znajdzie się w tej książce nic odkrywczego, ani nowego. Wydaje mi się, że ta pozycja ma być trochę taką spowiedzią autorki. Niestety wraz z przebiegiem książki, zaczyna się robić ona coraz bardziej chaotyczna i mam wrażenie, że coraz mniej przemyślana, o czym świadczą często powtarzające się zdania.
"Synu, jesteś kotem" to bardzo osobista książka - swego rodzaju uzewnętrznienie się matki i syna. Ich wypowiedzi się przeplatają. Opowiadają o wzajemnych relacjach, ale także o faktach, uczuciach i doświadczeniach. Wszystko na przestrzeni 17 lat (od pierwszej klasy podstawówki do trzeciej klasy liceum).
Co sprawia, że pozycja jest wyjątkowa? Po pierwsze Radek, który jest w spektrum autyzmu. Po drugie brak koloryzowania, czyli całkowita - i nie zawsze wygodna - prawda 😻
Książka to istny rollercoaster emocji - od smutku i nierozumienia, przez gniew, rozpacz i żal, aż po przeogromną miłość i wsparcie.
Polecam przeczytać każdemu, żeby lepiej rozumieć otaczających Nas ludzi, budowanie relacji i spełnianie oczekiwań 🗣 A przede wszystkim rodzicom, nauczycielom i pracownikom publicznym, którzy mają styczność z osobami nieneurotypowymi ❤️
Jestem pod wrażeniem. Pierwsza książka w moim życiu, która tak uczciwie traktuje o macierzyństwie z perspektywy matki. Na kolejnych stronach jesteśmy świadkami w zasadzie trochę wymiany zdań, czy bardziej myśli matki i syna, który nie jest neurotypowy. Mnie jednak ta książka ujęła tym, że chyba pierwszy raz w życiu miałam okazję "doświadczyć" macierzyństwa i tego jak jest to unikatowe doświadczenie. Bez przekoloryzowania ani nadmiernego dramatyzowania. Więź a także droga do stworzenia tej więzi między bohaterami, oczekiwania, rzeczywistość bycia rodzicem sprawiły, że moja myśl na koniec to: rodzicielstwo jest niesamowite, relacja między matką a synem/córką to coś unikatowego. A to że coś jest unikatowe, nie znaczy że jest proste.
Relacja matki i jej syna w spektrum autyzmu, o życiu, oczekiwaniach, próbie zrozumienia i akceptacji. Bardzo osobista. Matka opowiada, syn komentuje.
Ważna dla osób, które zetknęły się z jakimkolwiek zaburzeniem i nie do końca je potrafią zrozumieć. Także dla osób, którym to, co się wydaje lub być powinno, mija się z tym co jest.
🐈 Radek (syn) bardzo identyfikuje się z kotem, który potrzebuje ludzi, ale potrafi się bez nich obejść, oraz świetnie bawi się, gdy jest sam. Matka na początku mocno egocentryczna, z masą oczekiwań, zderza się z rzeczywistością, jakiej się nie spodziewała. Udaje się jej w końcu dostrzec syna, takim, jakim jest i uczy go dostrzegać ją.
Książka „Synu, jesteś kotem” to trochę monolog, a trochę rozmowa matki z synem. Cały tekst skierowany jest do Radka, syna autorki, który jest w spektrum autyzmu. Książka nie jest długa, ale bardzo przejmująca, do 50 strony popłakałam się dwa razy. Opowieść Kasi jest pełna szczerości, a także zderzeniem rodzica nerotypowego, który ma w sobie mnóstwo czułości i miłości z neoróżnorodnym dzieckiem, które ma zupełnie inne potrzeby. Piękne jest to, że Katarzyna jako mama pamięta to wszystko i złożyła w ręce swojego syna jej wspomnienia o jego dzieciństwie. Najważniejsze jest to, że Radek przeczytał cały tekst, zaakceptował go. Wielu miejscach dodał swoje komentarze, a nawet jeden rozdział jest pisany przez niego, aby odpowiedzieć na wiele pytań swojej mamy. „Synu, jesteś kotem” polecam każdej osobie zainteresowanej spektrum autyzmu, a przede wszystkim rodzicom.
Dużo się nauczyłam dzięki tej książce. Nie tylko o spektrum, ale także o pisaniu, o oddawaniu głosu drugiej osobie, o dzieleniu się z innymi swoimi obawami i projekcjami. Bardzo jestem autorce za to wdzięczna.
podszedłem do tej książki sceptycznie i wyszedłem z niej sceptyczny, z wrażeniem, że większość narracji opierała się na motywie przezwyciężania - autorka mimowolnie, mimo dobrych chęci, nieugięcie traktuje autyzm jak przeszkodę stojąca między nią a dzieckiem; i nawet w momentach, w których zauważa szerszy kontekst osobowości Radka, mam wrażenie, że nie próbuje zagłębiać się w jego świat i woli mówić o potknięciach, górach do pokonania, maskach, które nauczyła go zakładać, traktując przy tym powierzchownie jego rzeczywiste zainteresowania, ponieważ woli skupiać się na tym, dlaczego dziecko nie interesuje się szkołą albo rozpoczynać raz po raz tyrady, w których jednocześnie tłumaczy się i narzeka na to, jak trudno przychodzi jej zrozumienie syna, jak bardzo odbiega od jej oczekiwań - i na każdym kroku widzę, jak wiele kosztuje ją nienazywanie tytułowego kota rozczarowaniem