Autor Bezsenności w Tokio tym razem zabiera Czytelników do Singapuru - nie tylko o czwartej rano... Bohaterami powieści są Paweł - polski perkusista-hobbysta, jego przyjaciele z zespołu i ich dziewczyny. Różnią ich kolory skóry, języki, religie, temperamenty, łączy wspólna pasja: muzyka. Jak potoczy się kariera Pawła i Highway 69?
Dowcipnie, zaskakująco i przewrotnie Autor pokazuje realia życia w Singapurze. Posługuje się potocznym językiem muzyków, a jednocześnie bezpiecznie przeprowadza przez zawiłości Singlish. Dla smakoszy - nie zabraknie opowieści o miejscowych przysmakach i przepisów kulinarnych.
Martin Bruczkowski was born in 1965 in Warsaw. From 1983 to 1986 he studied at the English Department of the Warsaw University, then moved to Tokyo to read comparative culture. He intended to live in Japan for a year, instead, he stayed for ten. In 1996 he got so cold in an unheated Japanese flat that he decided to move to the Equator and spent the subsequent five years in Singapore. He worked as a teacher, IT consultant, translator, sound engineer, actor, graphic designer and... a drummer. In 2001 he returned to Warsaw, where he lives happily ever after with his wife Kit and son Alexander.
Sprezentowałem tę książkę bratu, który właśnie wyjeżdżał do pracy w Singapurze. Sam przeczytałem zaś po tym, jak go odwiedziłem. Miałem już własne wyobrażenie o tym mieście, w dużej mierze ukształtowane przez opinię brata, który ma z kolei perspektywę podobną do bohatera / autora (nie szukałem odpowiedzi na pytanie, czy można ich utożsamiać, ale stanowcze zastrzeżenie o przypadkowym podobieństwie wskazuje, że raczej tak ;)
Łapałem więc brata na tym, że opowiadając mi o Singapurze posługiwał się cytatami z książki i może dlatego traktowałem ją bardziej jak przewodnik, niż powieść. I dobrze, bo jako powieść nie jest warta uwagi. Fabuła żadna, jedynym zwrotem akcji są przejściowe kłopoty zawodowe bohatera. Główny wątek - personalne zawirowania w składach kapel grających rockowe standardy w bardzo nielicznych pubach - jest potwornie nudny. Nie ubarwiają go nawet opisy romansów bohatera. W dodatku autor cały czas popada w śmieszność, gdy z emfazą rodem z pamiętniczka nastolatki pisze o geniuszu produkujących się na jego oczach chałturników. Wrażenie infantylności pogłębiają jeszcze "wklejone" przepisy kulinarne czy schematyczne rzuty wnętrz pubów.
Nie sposób też zbyt poważnie traktować faceta, który emocjonuje się Perfectem i Lady Pank. A w każdym razie dziś już nie sposób. Sama książka traktuje bowiem o latach 90. Ale opis Singapuru jest na tyle aktualny, że i dziś pomaga zrozumieć to miasto. Choć to nie znowu aż takie trudne - państwo, które w całości da się objechać metrem, to taka Azja dla początkujących. Nie ma problemów z językiem, komunikacja działa jak w Europie, handel nie wylewa się na ulice, ruch jest spokojny, nie ma nawet robali - nie trzeba się pryskać ani używać moskitiery. Ale coś za coś - nie ma też egzotyki, nie pachnie azjatyckimi potrawami, nie czuje się, że to drugi koniec świata.
Centrum to wielka galeria handlowa, a reszta to bloki, bloki, bloki... Nie ma się wrażenia, że to miasto przyszłości; nie jest ani przesadnie nowoczesne, ani oparte na technologii. Nie jest też wcale tak sterylne, jak głosi legenda, podtrzymywana chyba tylko po to, by razem z wizją rujnującego życie mandatu działać prewencyjnie na turystów. Wrażenie zrobiło na mnie tylko zoo, gdzie zwierzęta naprawdę biegają na wyciągnięcie ręki. I hawker center - wielkie jadłodajnie, przypominające dawny plac Konstytucji, tylko pod dachem i w każdej budzie dają żarcie z innego zakątka Azji!
Między grafomańskimi opisami koncertów kapel, które nie przebiły się poza Singapur, Bruczkowskiemu udaje się jednak przemycić trochę wiedzy, której nie ma w przewodniku. I kilka obserwacji dotyczących kulturalnej pustyni, jaką jest Singapur. Rolę instytucji kultury pełnią tam centra handlowe, a potrzeby wykraczające poza spędzanie w nich czasu traktowane są jak niegroźne, ale jednak fanaberie. Możliwe zatem, że wobec osamotnionego ekspaty z czasów, gdy łączności z ojczyzną nie zapewniał internet, z emfazą opisującego muzykę własnej młodości, należy mieć trochę więcej wyrozumiałości.
Nie jest to Bezsenność w Tokio. Za mało tutaj o samym Singapurze a za dużo o miejscowych kapelach i perypetiach naszego perkusisty. Czy to fikcja? czy lużny pamiętnik czy jakaś dziwna krzyżówka. Czyta się szybko i łatwo bo nie ma tu nic nad czym można by pomyśleć, przetrawić - dialogi bezdenne. Porażka.
Po raz pierwszy przeczytałem "Singapur" prawie 20 lat temu. Pamiętałem go jako miłą lekturę, której chociaż daleko do bycia wybitną (czy choćby dorównującą "Bezsenności w Tokio" tego samego autora), to w niebagatelnym stopniu przyczyniła się do mojego zainteresowania tą częścią świata. Lata mijały, o Azji czytałem coraz więcej, w końcu w niej zamieszkałem. Jakiś czas temu, przeglądając tytuły polskich książek o Singapurze postanowiłem książkę Bruczkowskiego sobie przypomnieć: tym razem z nieco innej perspektywy - mieszkańca Singapuru.
W największym skrócie: "Singapur, czwarta rano" to książka bardzo słaba, która paradoksalnie stanowi bardzo wartościowy, chociaż pełen nieścisłości, opis Singapuru sprzed ćwierć wieku.
O Singapurze w Polsce pisze się tyle co nic: choćby pod tym jednym względem nadal jest to książka wyjątkowa. Z drugiej strony - o ile "Tokio" było książką o Japonii, z Tokio jako bohaterem, o tyle "Singapur" to powieść, w której Singapur stanowi zaledwie tło. Bardzo nudny wątek główny składa się w zdecydowanej części z opisów koncertów, romansów i rozterek życiowych niezwykle bezpłciowego bohatera. Ta zdecydowanie najbardziej znacząca część książki jest jej najsłabszą stroną: sporo tu czystej grafomanii, kuriozalnych dialogów ("O dziwo, jedna z miejscowych świątyń cholesterolu jest całkiem niedaleko mojej kwatery" i inne zdania, których w realnym świecie nikt nigdy by nie wypowiedział). Całość osiąga wyżyny żenady, gdy pogrążony w depresji, bezrobotny główny bohater zostaje uratowany przez... autora książki! ("- Przecież... ty mnie prawie nie znasz! Dlaczego to robisz?! - Cóż, ten typ tak ma. Gajdzin przychodzi, uzdrawia i odjeżdża w zachodzące słońce. Czasem zostawiając parę złamanych serc..."). Słowem - tragedia, którą czyta się strasznie słabo.
Nie da się jednak ukryć, że to nie z powodu głównego wątku sięgnąłem po książkę. Dużo bardziej interesowało mnie tło - warstwa "singapurska". Warstwa ta składa się z kilku elementów. Pierwszym jest język - to, jak piszący po polsku autor stara się "symulować" singlish stosując niepoprawną polską składnie. Efektu można się było spodziewać - ani nie przypomina to angielskiego używanego w Singapurze (prędzej mowę Yody), ani nie czyta się dobrze. Co nieco do zarzucenia można mieć też warstwie merytorycznej. Autorowi zdarza się coś poplątać, uprościć, napisać imię Lee Kuan Yew przez "Q" zamiast "K", podobnie z Char Kway Tiau (które zapisuje jako char quay tiao - może to japońska transkrypcja chińskich znaków?). O liczącej ponad 100 lat sieci Cold Storage pisze "niedawno otwarty sklep z egzotyczną żywnością europejską", a zamawiając kawę w usta przyjaciół bohatera wtyka "z mlekiem!" chociaż słowo "Kopi" to z definicji "kawa z mlekiem" więc nikt nigdy o mleko nie prosi (chyba że w Starbucksie). Wyjątkowo dziwne są też przemyślenia na temat pandanowca - autor określa jego zapach jako "smród" przez który "przez tydzień nie mógł wejść do kuchni". Cóż, może to kwestia gustu, ale to tak jakby opisać tak zapach wanilii. To co najbardziej chyba doskwiera, to jednak spora powierzchowność w opisach mieszkańcow Singapuru. Niby autor wspomina o Hokkien (4 razy) czy Hakka (2 razy), ale gdzie indziej zastanawia się w jakich językach mówią ludzie, którzy nie mówią po chińsku ani po angielsku. Teochew - trzecia największa grupa na strony książki się nie załapała. Opisując sposób jedzenia rękami, autor twierdzi, że to zwyczaj malajski, tak jakby miliard indusów nie miał w tym temacie nic do powiedzenia. Takich nieścisłości jest w książce sporo, ale co najważniejsze - mimo tego wszystkiego ma ona pewną wartość. Opisuje Singapur, którego już nie ma i chociaż robi to w wyjątkowo słaby sposób - interesującym się tym miastem polecam się przemęczyć (szczególnie, że polskojęzycznych książek o Singapurze jest tyle co kot napłakał).
Pamiętam jak śmiałem się przy Bezsenności w Tokio. Potem była kontynuacja albo dwie i każda gorsza. Dlatego pomyślałem że Bruczkowski skończył się na Kill'em all i postanowiłem nie wracać.
Ale że niedawno wróciłem z Singapuru to stwierdziłem że porównam swoje wrażenia z jego. I w sumie było ciekawie, aż żałowałem że przeczytałem po wyjeździe a nie przed bo lepiej bym rozumiał pewne rzeczy na miejscu.
Jak dla mnie trochę za dużo o bębnieniu ale do przeżycia.
Bardzo klimatyczna, dzięki niej daje się poczuć klimat Sngapuru. Stanowi też całkiem ciekawy przeowdnik, choć najwięcej uwagi skupia się tu na muzyce. Przeczytałam tuż przed wizytą w Singapurze i bardzo zachęciła mnie do odwiedzenia niektórych z tych miejsc i zrewidowania, czy po 20-tu latach Singapur jest nadal taki, jakiego opisał go Bruczkowski.
Początkowo nieco irytująca, przepełniona slangiem muzycznym z niewielką ilości informacji o samym Singapurze, jednak z każdą kolejną stroną coraz bardziej wciągająca. W subtelny, niezauważalny sposób przybliża tamtejsze realia. warta przeczytania
Excellent follow up to "Bezsennosc w Tokio", although that one was non-fiction. The book, besides having an interesting story describes the culture and customs in Singapore.