Postać Elinaare na nowo zaskarbiła sobie moją sympatię, a Mads już nie przypomina tego irytującego pana wszechwiedzącego, którym wydawał mi się na samym początku. Jest coraz bardziej ludzki i okazuje pełną gamę emocji. Poboczne postacie (gdzie jest Gwaine? :<) są autentycznie ciekawe, a główne postacie nie są kartonowe, mają w sobie trochę więcej głębi, a ich czyny są poparte jakimiś motywami.
W moim odczuciu cała seria jest bardzo powtarzalna — w każdej są dynamiczne i bardzo obrazowe sceny walk, Mads wpada na coraz to bardziej szalone pomysły i ma swoje odchyłki, następują nagłe zmiany planów, humor dalej bawi tak samo, ale to działa, przez co w dalszym ciągu jestem zaangażowana w historię i chcę wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterów. Dlatego trochę ciężko mi oceniać poszczególne części, bo z jednej strony wiem, czego się mogę spodziewać, ale z drugiej strony, nawet jeśli coś przeczuwam, to i tak mnie to bawi.
Na uznanie zasługuje też jak najbardziej sposób, w jaki te książki są wydawane. Bardzo dopracowane, z cudowną grafiką na okładce, ale udało mi się znaleźć błąd, który umknął aż trzem korektorkom (poza miejscami, gdzie brakowało mi interpunkcji, to na stronie 323 zamiast pierwsi jeźdźcy są piersi jeźdźcy, co mnie autentycznie rozśmieszyło), ale to pewnie tylko moje czepialstwo o szczegóły.
Nie mniej jednak jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą serią, bo, mimo że ma zupełnie inny klimat od mojego ukochanego Kociołkowego, to trzyma poziom i daje świetną rozrywkę. Podoba mi się kierunek jaki autor obrał dla tej historii i robi mi się trochę smutno z myślą, że do końca dzielą mnie tylko 2 tomy.
„[…] na martwienie się jeszcze żadnego leku jeszcze nie wymyślono. Podobno lepiej człowiekowi się robi, kiedy się wygada”