„Została mi tylko melodia...” - nucę. Nie zgadzam się z tym, ale te słowa cały czas do mnie wracają. Nie zgadzam, bo zostało mi coś więcej. Po „Melodii mgieł dziennych” zostało mi trochę smutku, szczypta goryczy, kilka zachwytów i pół ciuta własnych wspomnień, które powróciły dzięki niej. Została mi cała gama emocji. Zostało spojrzenie, które biegło wzdłuż wersów i chciałoby biec dalej. I jeszcze.
-
Przeczytałam ją na raz. Zaczęłam w ciszy, jednak melodia szybko pojawiła się sama. Gdy na początku fragmentu, który wyjątkowo mnie dotknął, zobaczyłam wzmiankę o Debussym, od razu włączyłam wspomniane „Światło księżyca”. I tak moją melodią, która niosła mnie aż do ostatniej strony, stał się właśnie ten utwór.
-
Ta książka to układanka, którą chce się układać. Układanka o wysokim poziomie trudności. Jestem pełna podziwu dla konstrukcji. Niektórzy mówią - chaos. Ja mówię - potrzeba dużej wrażliwości, żeby zrozumieć, że tak naprawdę wszystko jest na swoim miejscu. Że jest genialnie przemyślane. Że tak myśli się, gdy czuje się dużo i czuje intensywnie. I tak się wtedy pisze. Tka się sieć drobnych powiązań, tak subtelnych, że niemal niezauważalnych.
-
Po przeczytaniu zapisałam sobie: bezpośrednia, surowa, boląca.
Te trzy słowa dobrze oddają treść. Są też jednymi z moich ulubionych, które mogę odnieść do książki. Szczególnie „boląca”. To określenie nie wpada mi do głowy często, chociaż ciągle szukam książek, którym mogłabym je przypisać. Dźwięki „Melodii mgieł dziennych” nie niosą ukojenia. Raczej rozdrapują rany. Nie otulają do snu. Raczej każą śnić jeden z tych smutnych snów, które często powracają. Jednocześnie nie są tymi niechcianymi. Raczej sprawiają nieco masochistyczną przyjemność.
-
To debiut, który gra z tą częścią mojej wrażliwości, która wcale nie jest krucha. Gra z tą jej częścią, która w środku nocy krzyczy to „Wszystko, czego boję się powiedzieć.”
-
Ig: Zaczytana Querida