Baranowski wraca do świata, który od dawna już szeptał tylko pod nosem. Diabły, czarownice, gusła i lęki – cały ludowy teatr dobra i zła, w którym prawda miesza się z plotką, a wiara z przyzwyczajeniem. Autor nie moralizuje. Raczej słucha, jakby siedział przy piecu i zapisywał opowieści ludzi, którzy jeszcze pamiętają, że z diabłem lepiej nie żartować.
Ten diabeł nie jest symbolem z katechizmu, tylko codziennym towarzyszem. Pomaga orać pole, psuje mleko, czasem prowadzi do zguby, ale bywa też swojskim kompanem. W jego obecności chłop staje się bardziej czujny, ksiądz mniej pewny siebie, a świat – trochę bardziej prawdziwy.
Baranowski rekonstruuje ludowe wyobrażenia z precyzją historyka i czułością etnografa. Nie ocenia, nie egzorczuje – raczej żegna. Bo „pożegnanie” w tytule to nie akt triumfu rozumu nad zabobonem, lecz ciche ukłonienie się światu, który miał swoje racje, choć dziś wydają się one zbyt irracjonalne.
To książka o końcu pewnej mitologii. O czasie, gdy diabeł jeszcze tańczył z ludźmi na rozstajach, a każde światło w lesie mogło być jego spojrzeniem. Czyta się ją jak zapis ostatnich rozmów z dawną Polską – tą, która wierzyła w więcej niż w to, co widać.