Bohaterka „Grip” zostaje obdarzona nadzwyczajnym darem, który uwalnia niezwykłą energię płynącą z jej rąk. Coś, co zaczyna się jak typowa (choć niema) historia o superbohaterce, przeistacza się w metaforyczną opowieść o drzemiącej w kobiecie sile, pozwalającej dokonywać czynów na pierwszy rzut niewykonalnych. Dynamiką, jaką zaprezentowano w „Grip”, można by obdarzyć co najmniej kilka innych tytułów. Energia wypływająca z sekwencji kadrów, pędząca na złamanie karku fabuła, wyraziste kolory, będące wynikiem pracy z risografem i formalne zabiegi stosowane w celu wysunięcia na pierwszy plan ruchu, wydają się na tyle osobne, że oryginalność tej pozycji nie podlega dyskusji. Idea pędzenia naprzód skojarzyła mi się z niektórymi pracami Yuichiego Yokoyamy, ale również dziełami pozornie bardziej odległymi, jak „Piasowa opowieść” – Pereza czy „Przygody pewnego japońskiego urzędnika biurowego” – Jose Domingo. Nad wszystkim czuwa jednak mocny feministyczny duch zwieńczony wymownym ostatnim kadrem.
„Grip” odczytuję jako gloryfikację kobiecej pracy i zdolności przekraczania barier, ale też postulat potrzeby jedności w dążeniu do własnych celów. Jednocześnie to hołd dla starych komiksów superbohaterskich i popis wspaniałych umiejętności nieznanej niestety u nas twórczyni