Eine junge Frau und ein junger Fuchs – eine wahre Tier-Geschichte aus Norwegen über die Faszination, mit einem wilden Tier zusammen zu leben.
Ayla ist fünf Wochen alt, als Silje den Fuchs-Welpen auf einer Pelztierfarm in ihr Herz schließt und ihn freikauft. Fortan leben die beiden zusammen auf einem abgelegenen Bauernhof in Norwegen zwischen Fjell und Fjord. Der Alltag mit einem wilden Tier ist nicht immer einfach, aber oft vergnüglich. Etwa wenn der Fuchs-Welpe Siljes Kleidung versteckt. Oder nachts ein Zelt in sich zusammenfallen lässt. Oder Käsebrote stibitzt.
Mit vielen anrührenden Bildern und einfühlsamen Texten erzählt dieses Sachbuch von Siljes Leben mit Ayla, dem geretteten Fuchs: wie sie ihn an Menschen gewöhnt und ernährt und pflegt und die beiden Ausflüge in die Natur unternehmen, gemeinsam mit Loke, einem Hund. „Wenn Aylas ungezähmte Wildheit durchkommt, sehe ich die Natur mit anderen Augen“, sagt Silje über ihre Erfahrungen mit diesem Fuchs.
Ihre Erlebnisse gehen zu Herzen und bringen den Lesern einen der geheimnisvollsten Bewohner unseres Walds nahe: den Rot-Fuchs.
Das Geschenk für alle Natur-Liebhaber und Tier-Freunde und die Leser von Penguin Bloom und Gustav und Nele.
Problematyka oswajania dzikich zwierząt nie jest przeze mnie nawet w części zgłębiona, dlatego poniższe żale wynikają raczej z użycia chłopskiego rozumu (i sporych pokładów charakterystycznej dla współczesności wrażliwości).
W pierwszym kontakcie z tą książką okropnie się rozczuliłam. Tak prosto, po ludzku. Jednak im dalej w las (a przypomnijmy, że mamy do czynienia z tworem, w którym grafika przyćmiewa tekst), tym bardziej wzmagało się we mnie przykre poczucie dysonansu. Coś podobnego towarzyszyło mi już przy okazji spotkania z „Wydrami pana Gavina”. O ile wcześniejszy przypadek broni się datą wydania (1970), a ja – przy odrobinie dobrej woli – jestem w stanie zrzucić nieprzyjemny ucisk w dołku na karb dawnych czasów, tak historia Ayli, uwspółcześniona w każdym calu, rozgrywająca się pod czujnym okiem social mediów, należy do zupełnie odrębnej kategorii.
Nie trzeba tłumaczyć mi, jak działa mentalność ludności wiejskiej w stosunku do żywego inwentarza – znam ją aż nazbyt dobrze. Wspominam o niej, gdyż silnie zaznacza się w życiorysie i wyborach właścicielki rudej piękności. „Chcę mieć psa? Właściwie... Pamiętam, jak w dzieciństwie odwiedzałam po sąsiedzku lisa. Chyba jednak wolę lisa. Co może pójść nie tak?”. Wyrwanie Ayli ze szponów przemysłu futrzarskiego stanowi piękny gest, problem mam z towarzyszącą mu motywacją.
Cieszyłam się, odnajdując niejakie potwierdzenie własnych wątpliwości w wątpliwościach innych – przyjaciółki głównej bohaterki, a nawet współautora książki. Szkoda tylko, że fragmenty te każdorazowo urywały się w rozstrzygającym momencie, fundując zerową refleksję. Skory do podjęcia rękawicy czytelnik będzie jednak usilnie drążył, nawet jeżeli tylko w obrębie własnej wrażliwości (to o mnie). Nie zaszkodziłoby, gdyby główna zainteresowana zechciała stawić czoło niewygodnym tematom, których w oczywisty sposób trudno uniknąć, zwłaszcza gdy przykłada się rękę do zaszczepienia wśród dziko żyjących zwierząt pierwiastka domowego ciepła.
Sama narracja pozostawia wiele do życzenia. Wyjątkowo przymykam oko na wszelkie powtórzenia i inne usterki językowo-tłumaczeniowe, gdyż jest to zaledwie kropla w morzu moich narzekań. Niepokojące wydaje się nadmuchanie balonu relacji człowiek/zwierzę (dzikie!) do granic jego wytrzymałości. Tak, jakby usilnie starano się nam wtłoczyć skalę podziwu, którym obdarzyć trzeba autorkę, nie ma innej możliwości. Pompatyczny styl jednak zwyczajnie kłóci się z fragmentami, w których widoczny jest brak wiedzy czy zwyczajna ludzka nieudolność. Absolutnie nie sugeruję działania w złej wierze. Przed oczami jawi mi się Hagrid wraz ze swoją wesołą menażerią. Sami dobrze wiecie, jak to wyglądało... W pewnych sytuacjach fakt, że autorka chciała jak najlepiej niespecjalnie ma znaczenie. Zakładam, że każdy by chciał (wyłączając uczestników rynku zbytu milutkich okryć i jeszcze paru innych). Sęk w tym, że ludzkie poczucie „najlepszości” nie zawsze pokrywa się z potrzebami braci i sióstr mniejszych.
Jestem tylko człowiekiem, nie mogę przestać wpatrywać się maślanymi oczami w załączone fotografie. Świadomość podszeptuje krwawe szczegóły losu, jaki czekałby istotkę wygodnie drzemiącą pod kocykiem, tulącą swoją maskotkę (liska, a jakże). Kaprys wybawicielki okazał się przepustką, biletem do wolności, nadal jednak nosi znamiona kaprysu. Azyle oraz wszelkiego rodzaju ośrodki o podobnym przeznaczeniu nie powstają, by ładnie prezentować się w krajowych rejestrach. To właśnie tam, osobniki bliźniaczo przypominające swym życiorysem Aylę mogłyby zakosztować nieprzerastającej ich wolności.
Ayla the Fox is a well-written, albeit short, Norwegian reportage-like book, filled with some excellent photographs. Ayla's story came to an abrupt and unfortunate end, but Grøtte made sure she was remembered. I admit I've never heard about Ayla, even though I follow some "famous" foxes on instagram or facebook. Luckily, the book has something to say regarding the fame of unusual or wild animals as pets.
At first I thought that younger readers might be the target audience, but surely this is not the case. I think there is a book about Ayla for kids specifically, and this one, thankfully, is not it.
It would be a sin to rate it any less than 4.5*; rounding up for the stunning photographs inside.
Oh Gott.. Das zerreißt mir echt das Herz. Noch nie zuvor musste ich schon im Prolog eines Buches weinen. Das ist so tragisch ... Aylas Geschichte berührt mich wirklich sehr. Wunderschöne Fotos , die die Seele des jungen Fuchsmädchens eingefangen haben.