"Tata ma w brzuchu latarnię."
Może to tytuł, intrygujący opis fabuły albo sama tajemnica tego, jak dane dotyczące tej powieści (z dopiskiem "przeczytaj!!") znalazły się w moich notatkach na telefonie, nie potrafię sobie tego przypomnieć, może to wszystko po trochu sprawiło, że podeszłam do "Zazdrości i medycyny" (albo jak moja droga przyjaciółka przechrzciła tę powieść na "Zemstę i upokorzenie") jako potencjalnej ulubionej dziwnej książki... i tak się stało. Chociaż nie spodziewałam się, że Choromański uderzy mnie tak emocjonalnie.
Ścisła akcja "Zazdrości i medycyny" dzieje się na przestrzeni fabularnego tygodnia - dostajemy małą zajawkę, czego możemy się spodziewać w ostatnim dniu, i odkrywamy kolejne fragmenty układanki, kim są nasi bohaterowie, czemu ich dostajemy, jaka intryga kryje się za tym wszystkim, i dlaczego, dlaczego ostatni dzień stanie się taki apokaliptyczny. Poznajemy Widmara, jego żonę Rebekę, która rok temu przeszła przez niejasną jej mężowi operację, która być może wpłynęła na jej zachowanie, krawca Golda, który pomaga Widmarowi w zrozumieniu ostatnich przemian w jego małżeństwie oraz chirurga Tamtena, blisko związanego z Rebeką. Widmar próbuje zrozumieć i również usprawiedliwić żonę... która już nie wydaje się być jego.
Ojejku, jestem zakochana w tym, jak Choromański stworzył ten świat. Miasto nie jest realistyczne, miasto jest zbudowane na obłokach bujających w umyśle autora, przez szklany sufit sali operacyjnej widać nocne niebo (btw, podobno Choromański spędził trochę czasu w szpitalu i jestem ciekawa, jak to wpłynęło na jego odbiór tego miejsca, lekarzy oraz świata medycyny). Autor nie postrzega miasta ani postaci tak jak... tak jak ja. W jego mieście wszystko wydaje się bardziej upiorne, czarodziejskie, nie z tego świata, dzikie, i przez to miałam wrażenie, że naprawdę wyjaśnienie i zakończenie książki poniesie mnie w świat fantasy, autor zrobi dłonią gest "stop" i pośpieszy z wyjaśnieniem jak asystent magika. Ale nie. Tutaj wszystko oprócz fantastycznych widoków jest jednak na wskroś ludzkie, tylko, że w wyjątkowy sposób, bo może dla Choromańskiego jesteśmy, a raczej byliśmy wyjątkowi, dzicy, nieokiełznani, magiczni, i cieszę się, że tak nas postrzegał. Cieszę się, że mogę być kiedyś dla kogoś przyciągającym oko upiorem.
I nie spodziewałam się jeszcze takich uczuć ze strony Choromańskiego. Spodziewałam się paradoksu, śmiechu, pogardy, ostrego spojrzenia, krytyki, przechodzenia z pewną wyższością i litością dla społeczeństwa, a to było coś zupełnie innego. Podoba mi się, jak szczerze autor postępuje ze swoimi postaciami i chyba ludźmi w ogóle, jak... jak nie ocenia, jak szeroko otwiera oczy, jak pięknie buduje napięcie, łagodnie przedstawia zachodzące w ich uczucia, bawi się torebką latającą nad ulicą, wybacza i tak... tak ogromnie łamie mi serce na końcu, ale w poczuciu pokoju i kończącej się burzy. Czuję się w dziwny sposób... trochę zrezygnowana, ale bezpieczna w tej powieści. I cieszę się, że sama mogę zdecydować, co oznacza dla mnie latarnia w brzuchu.
No chyba, że nic nie oznacza, i Choromańskiemu to po prostu przyszło do głowy. Wtedy mu to zabiorę.
A historia miłosna jest tutaj przepiękna i... przepełniająca do głębi. W cudownej postaci medycyny.
Cieszę się, że mogłam "Zazdrością i medycyną" rozpocząć 23 rok życia. To najlepsza możliwa lektura na rozpoczęcie. I na pewno wrócę jeszcze do Choromańskiego.
"Sama zaś czuję dokładnie, że to, co jest przeznaczone, leży w nieuniknionej linii tworzenia się rzeczywistości miłosnej, to znaczy samej miłości i niechybnego powrotu jednego do drugiego."