To pierwszy tom cyklu książek fantasy przez wielkie F! Opisane w niej wydarzenia oparte są na „faktach” i to autentycznych! Wszystkie one miały miejsce na sesjach RPG w Legnickim Klubie Fantastyki Gladius. Mimo że wiele lat minęło od tamtego czasu, to jednak nostalgia i wciąż przeżywana radość na samo ich wspomnienie zmotywowały mnie, by je spisać. “Obrońcy Ahury. Pasowanie” to książka, która już ponad trzy lata dojrzewa na dysku mojego komputera, niczym wino w piwnicznych czeluściach. Tylko jak WAM tu streścić wydarzenia w niej opisane? Napisać, że w siedemset osiemdziesiątym drugim roku po zwycięstwie Hakona nad Smokiem główny bohater, Aris Esnaf’ar, zmuszony jest uciekać z Dahaku do Górnego Hakonu? Czy to WAM coś wyjaśnia? Oczywiście, mogę brnąć dalej. Mogę napisać, że w Górnym Hakonie wraz z jarlem Noradów, Aris trafia do księstwa Ahury. A tu pojawiają się hrabia Bewier ze swoimi świnkami na krowach, smokowce, morza wypitego wina, kwiat pustyni – margrabina Diana, morderstwo króla i rozpoczynająca się wojna domowa. Ale czy to komuś z WAS pomogło? No, nie wydaje mi się. Wiem jednak, że nie ma powodu, by streszczać historię całego świata, w który WAS wrzucę. Nie zamierzam dać WAM również żadnego konspektu, ani legendy. Dam WAM się pochłonąć przez świat, którego powstanie owiane jest mgłą niepamięci, teraźniejszość przepływa niczym krople cierpkiego wina przez gardło portowego pijaczka, a przyszłość… przyszłość uzależniona jest od tego, na którym końcu miecza się ZNAJDUJECIE.
https://obroncyahury.pl
źródło okładki: https://nakanapie.pl/ksiazka/obroncy-...
Książka odsłuchana w aplikacji EmpikGo Czyta Wojtek Masiak
Styl pisania Mateusza Rogalskiego miałam już okazję poznać czytając jego opowiadania w antologiach Samowydawców "Własna ścieżka" i "Ślady na śniegu". Przyznam szczerze że czułam lekki niedosyt, i miałam wrażenie że gdyby autor mógł, to popłynąłby bardziej, ale wiadomo w opowiadaniach jest ograniczona ilość znaków ;-) .
Książkę oczywiście mam na półce, ale jak wyszła informacja że jest audiobook, to już wiedziałam że pójdę w tym kierunku. I chyba dobrze zrobiłam, bo gdybym czytała książkę, to zawaliłabym pewnie pracę i obowiązki domowe. Autor stworzył tak wartką akcję, suto zakrapianą dobrym jak i tym gorszym winem że ciężko było się rozstać z bohaterami książki. Niejednokrotnie wybuchałam śmiechem, i nie straszne było mi stanie w korku w tak doborowym towarzystwie. Możecie wierzyć, albo i nie, ale nawet jak poszłam z psem na spacer to tak zatraciłam się w akcji książki, że gdy wróciliśmy do domu okazało się że zrobiliśmy ponad 6km, i w ogóle tego nie odczułam. Dodam jeszcze że to rok siedemset osiemdziesiąty drugi, rycerze, potwory, dzieje się magia :-D Fantastyczna ta fantastyka :-D . I to kumkanie żab..... ;-) Drugi tom z chęcią też bym odsłuchała, ale jeśli autor każe długo czekać to sięgnę jednak po książkę, bo ciekawa jestem kontynuacji. Mam nadzieję że będzie równie dobra, o ile nie lepsza od pierwszej części :-)
Śledząc poczynania autora książki, Pana Mateusza Rogalskiego natrafić możemy na instagramowy profil „Mateusz Rogalski – pisarz”. Zaskakująco odważnie.
Może od początku. Mam nieodparte wrażenie (być może mylne, ale cóż, są to odczucia subiektywne), że autor w myśl „ależ ja bym chciał książkę napisać” popełnił niniejsze dzieło. Przeczytałem mnogo książek fantastyki, prawie wszystkie z Fabryki Słów, owszem cudownie zobaczyć swoje nazwisko jako autor, ale trzeba mierzyć siły na zamiary. Panu Mateuszowi przydałby się tak z roczek na ogarnięcie i szlify fabuły, postaci, charakterów, swojego chcenia pisarskiego i ogień! Autor za bardzo chciał, za bardzo się nakręcił i wyszedł taki trochę wydruk przedwczesny.
Akcja goni tak, że nie sposób ogarnąć wydarzenie, które miało miejsce przed… bieżącym, tworzona jak w serialu, jak w grze komputerowej, jak podczas sesji RPG. Za dużo na raz rozgrzebanych wątków. Upchane duże ilości przygód, niczym questów w grze. Kilka na raz, dokończone dwa. Fantastyka oprócz pięknych dam, wojowniczych dam, magów, rycerzyków i łotrzyków potrzebuje charakterów, których w tej książce niestety nie ma. Nie ma ich historii, mentalności, osobowości, szczegółów krain, nic. Co chwilę się dowiadujemy, że członkowie mają wiedzę i coś się dzieje „dzięki mojej wiedzy”, albo „dzięki mojemu doświadczeniu”. No na litość bogów! Zapamiętałem, że co chwilę muszą odpoczywać, co 10 stron „udajmy się na zasłużony odpoczynek” i więcej tego odpoczywania jak walki. Oprócz tego balie z ciepłą wodą co chwilę ktoś gdzieś wnosi, żeby nasz bohater się umył czy tam zasnął w tej balii z antałkiem/kielichem wina. W koło Wojtek Macieju.
Sympatyczny główny bohater też nie może się zdecydować czy być chaotyczny dobry, czy neutralny zły i tak dalej jak to tam w RPGach jest z tym podziałem dusz. I trochę to nudzi, taka nijakość głównego bohatera, który przybył z daleka, zza wielkiej wody i trochę ma tajemnicę, a trochę nie ma.
Mimo mojego uwielbienia dla fantastyki jakoś mnie męczy nieudolna narracja autorska. Czytanie tej książki powodowało wręcz fizyczny ból. Albo opowiadamy o sesji gry RPG, albo piszemy powieść, która musi mieć język dopasowany (a nie współczesne udawanki rycerskich uprzejmości) a tutaj? Esy floresy fantasmagorie. Tony błędów stylistycznych, składniowych, „statków wyładowanych drewnem trawionym przez ogień” albo perełeczka „nasze nagie ciała poczęły się żarzyć”. No matko i córko ciała się żarzą, to chyba trzeba straż zamkową wołać, z toporami, z bosakami, słowem z całym inwentarzem używanym przy pożarze! Ja rozumiem, że jest dużo do powiedzenia, ale jest coś takiego jak warsztat pisarski, literacki itp. Nie wystarczą zachęty współgraczy RPG czy poklepywania znajomych. Książkę po wydaniu ma przeczytać więcej osób niż 15.
Żeby była jasność, książka mi się (tak wiem, teraz będzie dobre) nawet podobała. Tak, pomimo tych braków warsztatowych opisanych wyżej, historia jest wymyślona bardzo dobrze, choć autor wymyślając kolejne wątki jakby potem o nich zapomina. Bo lubię fantastykę, nowe królestwa, ziemie i przygody mniej lub bardziej mitycznych czy nieudolnych bohaterów. I cała historia gdyby nie ta tragiczna narracja i kalanie języka byłaby dużo lepsza. Z każdej strony, z każdego zdania bije pasja autora do gier RPG, do świata fantastyki, do tego wszystkiego co dało podwaliny tej powieści. Czytałem, chcąc poczuć ducha gry, ducha przygody, którą przeszli bohaterowie, czy gracze którym Autor dał życie na kartach powieści. Wziąłem tą książkę do recenzji, z nadzieją ponownego rozpalenia w sobie fascynacji fantastyką jak na studiach, za czasów dobrego jeszcze Piekary, Ziemiańskiego czy Żambocha. Niestety zawiodłem się.
Póki co, przed edycjami, podszkoleniem się autora i być może ponownym, mocno poprawionym wydaniem - powieść ewidentnie przeznaczona dla zagorzałych fanów fantastyki ze skrętem do sesji gier RPG. Ode mnie solidne 4/10.
Książkę otrzymałem z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl
Ta książka to była męka. Nie wiem jak można napisać 400 stron jednym schematem, który ciągle sie powtarza. Przez pierwszą połowę książki jedyne co się działo to potyczki i KOLACJE. W pewnym momencie myślałem, że jak zobaczę jeszcze raz słowo "kolacja" to wyrzucę książkę przez okno a zaraz za nią ja sam polecę. Najgorsze w tych kolacjach było to, że w 90% przypadków nie wnosiły one nic oprócz ewentualnego najebania sie winem, bądź innym trunkiem. To kolejna rzecz, która tylko i wyłącznie odpycha. Jeśli nie ma wzmianki na jakiejś stronie o tym, że nasz główny bohater wypiłby sobie wino, że pije wino, albo bardzo lubi wino to był to normalnie cud. Poza tym główny bohater nie ma w sobie nic co zachęciłoby mnie do polubienia go, bądź zrozumienia - nie dość, że jest nudnym opijusem, to jeszcze jest skrajnie głupi (zresztą jak większość postaci w tym uniwersum). Sporadyczny opis cycków jednej z sojuszniczek głównego bohatera (który kompletnie nic nie wnosi!) nie był konieczny, a stał sie jedynie ohydny, tak jak po czasie i sama książka. Mimo to największym problemem jest wielowątkowość, której autor nie zdołał unieść - cały czas pojawiają się jakieś niby duże wątki, które po jakimś czasie idą w zapomnienie, bo pojawiają się kolejne. Niestety, ale czeka mnie jeszcze przeprawa przez drugą, już zakupioną, część chociaż nie zachęca mnie ona w żaden sposób.
3,5 ⭐️ Od samego początku jesteśmy rzuceni w wir przygody i przechodzimy od jednego wyzwania do kolejnego. Razem z głównym bohaterem spotykamy tajemnicze postaci, ratujemy pokrzywdzonych, zdobywamy magiczne przedmioty i umiejętności, a także zgarniamy cenne nagrody za dokonania. Ogólnie całkiem przyjemna książka, chociaż nie każdemu się spodoba, bo główny bohater jest momentami takim trochę nieogarem, trochę ignorantem, aż zaczynałam zgrzytać zębami i przewracać oczami z niedowierzania.
Świetna fantastyka, mroczna, krwawa i ze sporą dawką niebezpiecznych przygód. Aris Esnaf'ar pojawił się w Ahurze z zamiarem wzbogacenia, by odzyskać utraconymi przed laty zmieniamy w swej rodzinnej krainie Dahaku. Stali się jednak coś czego się nie spodziewał, wpadł w wir wojny, stał się bohaterem i uzyskał własną chorągiew 😁 Nie planował tego i do końca nie jest pewny czy warto narażać życie dla nie swojego władcy.
Jednak w tytule mamy Obrońców, więc muszę wspomnieć o reszcie drużyny Lord Vissen dzielny młodzieniec, który w trakcie przygód mężnieje a swoim ciętym językiem nie raz wywołał mój śmiech. Lord Albert, rycerz-kapłan który wierzy, że wygrana i pomoc diukowi pomoże, również w szerzeniu wiary w Aduna. Lady Shu, nieustraszona Rycerka, która swym orężem pokonała nie jednego, a jej pokaz marszu wielbłąda mnie rozbroił 🤣 Miltez niepozorny mag, który ma wiele ukrytych talentów, oraz pani Klaudia z pozoru delikatna, aczkolwiek niesamowicie dzielna.
Czytało mi się tą książkę niesamowicie przyjemnie, czasem było ostro i poważnie a czasem tak zabawnie, że zdarzało mi się wybuchnąć śmiechem. Spotkania naszych Obrońców przy kubku wina, za każdym razem obfitowały w świetne dialogi. Po prawdzie zazdroszczę Arisowi tak mocnej głowy, to ile "chlał" pod koniec książki było niesamowite, a mimo tego pijaństwa potrafił naprawdę dobrze walczyć.
Pisarz przenosi nas w świat rycerzy, dam, rycerek, magów i smokowców. Jednak nie lękajcie się! Aris Esnaf'ar - prawie szlachcic, który pokaże nam swój świat pełen wina, dam, wrogów i walk. Co się stanie, gdy w Górnym Hakonie wybuchnie wojna o pokój? Czy Aris stanie po właściwej stronie miecza? Od pierwszy stron jesteśmy wrzuceni w świat wykreowany przez autora. Jest on pełen wina (oj, naprawdę dużo), rycerzy, dam i smokowców. Opisy przyrody i bohaterów, działają bardzo fajnie na fantazję. Bez problemu możemy oczyma wyobraźni, zobaczyć każdy detal. Natomiast sceny walk, są opisane ze staranną dokładnością, przez co czułam się, jakby stała u boku Arisa i patrzyła na jego poczynania w boju. Jestem również pełna ogromnego podziwu, jeśli chodzi o mowę, która pojawia się w tekście. Szyk przestawny w zdaniach oraz specyficzne, stare słowa, które kunsztownie zdobią tekst. Mogę Was zapewnić, że nie będziecie się nudzić z tą książką, gdyż akcja się tam szybko zmienia. Jedyne czego mi brakowało, to może za mało magii. Jestem bardzo zadowolona z tej lektury, gdyż pozwala oderwać się od rzeczywistości i przenieść się w świat Górnego Hakonu. Z niecierpliwością czekam na kontynuację powieści!🌺
Ostatnio czytam wiele książek samowydawców. "Obrońcy Ahury: Pasowanie" to kolejny dowód na to, że selfpublisher może wydać na świat naprawdę dobrą powieść! 💪
Nie dajcie się zwieźć okładce - w środku czekają Was bitwy, pojedynki, wino, kobiety i śpiew. Mówi się, że opowieść Mateusza to "książka ADHD" i ja się z tym całkowicie zgadzam 😁. I tylko początek trochę mnie zmęczył, bo od razu wpada się w środek przygody, tak bez gry wstępnej 😅.
Książka zaimponowała mi bogatym słownictwem jednakże głównemu bohaterowi zawsze się powodzi i wszystko wychodzi na dobre co z czasem staje się nużące. Ponadto sądzę iż byłaby ciekawsza gdybyśmy mogli zobaczyć sytuację także z punktu widzenia innych bohaterów nie tylko Arisa. Ogółem pan Mateusz ma potencjał tyle że do dopracowania pewne kwestie.
Plotka głosi, że nadchodzi drugi tom, dlatego w umiarkowanym popłochu zabrałam się za pierwszy. Rozrywka była to zacna, aczkolwiek nie pozbawiona słabych stron.
Fabularnie rozchodzi się o to, że nasz główny bohater, Aris Esnaf’ar, jest przybyszem z obcego kraju, który chce się wykazać na dworze diuka Edwarda. Żeby dorobić się zaszczytów i wynikających z nich korzyści, zgłasza się (no może niekoniecznie tak to wyglądało) do pierwszej misji i jego kariera szybko rusza z kopyta. W blurbie możemy przeczytać, że pomysł na książkę powstał podczas sesji rpg i to faktycznie czuć, zwłaszcza na początku - taki charakter kolejnych questów, które stają przed bohaterami. A to upiór w zamku, to znowu ratowanie dzieci, czy polowanie na grubego zwierza. Później jednak przestaje być tak beztrosko, sytuacja w Ahurze robi się gorąca i dostajemy porządny kawał bitwy. A potem jeszcze jeden. Stabilnie natomiast trzyma się ilość (duża) przelewanego w trakcie historii wina i okazjonalnie innych trunków.
Zdecydowaną zaletą książki jest dla mnie to, że łatwo się dzięki niej zanurzyć w klimacie średniowiecznego rycerstwa, zamków, biesiad, podróży traktami, no i oczywiście mniejszych i większych potyczek. Elementy fantasy nie przytłaczają tego odczucia, zwyczajnie ktoś czasem poczaruje, ktoś pomacha gorejącym mieczem, natkniemy się na krasnoluda albo smokowca, posłuchamy legend o bogach i artefaktach. Podobało mi się to i uważam, że nadawało powieści wyrazistości.
Co do ilości lordów, baronów, diuków, wicehrabiów, a także herbów i chorągwi, to przyznaję, że mnie to pokonało i w pewnym momencie porzuciłam próby zapamiętania kto, skąd, czy z kim trzyma. Owszem, na końcu znajdziemy słowniczek, ale zorientowałam się … no na końcu xD
“Pasowanie” trafiło w moje poczucie humoru i nie mogę się oprzeć przed wrzuceniem Wam przykładu, jakim jest opis wina, które nie podeszło Arisowi: “Już po pierwszym łyku byłem w stanie stwierdzić, że jego figlarna kompozycja bazuje głównie na świeżo wyciśniętym soku z utopionej ropuchy. Wytrawną cierpkość błotnej wody podkreślało zapewne wielodniowe leżakowanie wina w beczkach zrobionych z drewna wyłowionego z lokalnego bagna, pokrytego nigdzie indziej nie występującą pleśnią.” Fajne, prawda? I jest tego duuużo.
Natomiast solą w oku były dla mnie opisy takich detali jak wzory i kolory haftów na ubraniach, czy informacje o ilości rubinów w naszyjnikach. Sceny, w których nasi bohaterowie uczestniczyli w różnych naradach także uważam za niepotrzebnie rozwleczone i nie wnoszące niczego szczególnego (poza uśmiechem Arisa na widok wina). Te dwie rzeczy spowalniały fabułę i gdyby nie one, to zostałaby soczysta akcja z humorem.
Podsumowując, dobre to było. Wierzę, że w kolejnym tomie uda się zredukować to, co należy zredukować, no i że humor się autorowi nie stępił, bo mocno liczę na solidną dawkę śmiechu, przynajmniej na zaprezentowanym tutaj poziomie.