Większość materiału stanowią fragmenty z „Dziennika 1954”, zbliżona jest też forma: tu i tam krótkie, nieprzekraczające kilku stron wypowiedzi skupiające się na jednym temacie naraz, ale przeskakujące od opisu osób do poglądów na różne aspekty życia. Dziwi mnie, że mimo tak dużego podobieństwa zupełnie inaczej odbieram „Alfabet” i „Dziennik”. Od tego drugiego nie mogłem się oderwać, tu byłem przez większość czasu znużony.
Może kluczem jest mało trafny wybór wypowiedzi Tyrmanda. Nie wiem, jaki jest sens umieszczania w wydanej w 2020 roku książce rozliczeń tego czy tamtego literata za działalność za Stalina, gdy nazwisko to współczesnemu czytelnikowi nic nie mówi. Z kolei wypowiedzi Tyrmanda na różne tematy są jak gdyby wybrane pod kątem jak najbardziej kontrowersyjnych i kategorycznych. Małżeństwo – proszę bardzo, krytyczna wypowiedź na dwa zdania i koniec sprawy. Kobieta – strona wyliczeń przywar. Dużo mętnych wywodów, mało trafnych albo dawno nieaktualnych analiz.
W opisie na okładce ekscytowała mnie zapowiedź wydobycia materiałów z niepublikowanych notatek oraz z podsłuchów u Tyrmanda. Ostatecznie wypowiedzi z tych źródeł nie były specjalnie ciekawe ani błyskotliwe. „Dziennik” broni się jako rzecz osadzona w konkretnym czasie, „Alfabet” sprawia wrażenie niespójnego zlepku.
Nie mogę dojść, dla kogo właściwie jest ta książka. Nie polecałbym jej nieznającym Tyrmanda – gdybym nie miał wcześniejszej styczności z twórczością pisarza, to po „Alfabecie” uznałbym go za męczącego, monotematycznego bufona. Dla umiarkowanych fanów Tyrmanda chyba też nie jest, bo czemu kogoś takiego miałaby interesować wypowiedź na 4 strony o przedwojennym piśmie „Wiadomości Literackie”. Mnie nic a nic nie zainteresowała. Poza tym, tak jak wspominałem, jeśli ktoś czytał „Dziennik”, to w „Alfabecie” będzie ciągle trafiał na powtórki. Może to miało być opracowanie dla historyków – czemu w takim razie obrażające inteligencję czytelnika przypisy, np. objaśniające co to „image”albo „deus ex machina”. Plus irytuje mnie, gdy ktoś tak jak pan Pachocki we wstępie obwieszcza, co jest najlepszą książką Tyrmanda. Kto temu panu dał na to papiery i co to wnosi do „Alfabetu”? Jeśli intencją książki było, żeby czytelnik mniej bezkrytycznie podchodził do Tyrmanda i jego poglądów – to w porządku, zadanie wykonane.