Co jeszcze postawią ci przed oczami, żeby przesłonić prawdę?
W TYM ZADZIWIAJĄCYM ŚWIECIE PRZYSZŁOŚCI KAŻDY CZYTELNIK ZNAJDZIE COŚ DLA SIEBIE!
2076 rok. Polska – zniszczona w wyniku wojny, a następnie odbudowana – zostaje przyłączona do bloku zachodniego. Obywatele Zachodu nie wyznają żadnej religii, są stale podpięci do sieci i szczepieni przeciwko złu. Wschód uważają za miejsce przerażające, a jego mieszkańców za godnych współczucia i oczekujących wyzwolenia. Zadaniem Nikodema, który szkoli się na openmindera – wojownika umysłu – nie jest walka ze Wschodniakami, ale ich nawracanie. Chłopak zostaje pilotem mecha, bierze udział w szalonych wirtualnych starciach i eksploruje skażone obszary dawnego Krakowa.
Powieść łączy kilka gatunków, w tym postapokalipsę, cyberpunk i społeczne science fiction. Bogactwo nawiązań i odniesień jest potęgą Openmindera, dzięki czemu fani Lema będą tak samo zadowoleni, jak miłośnicy anime czy Obcego.
Pisarka, redaktorka, badaczka twórczości Stanisława Lema. Nagradzana w konkursach poetyckich oraz prozatorskich, nominowana do nagród literackich (Nagroda im. J.A. Zajdla, Nagroda im. Macieja Parowskiego). Pisze głównie fantastykę naukową, postapo, weird fiction. Współtworzy Polską Fundację Fantastyki Naukowej, Grupę Wydawniczą Fantazmaty, organizuje konkursy, wspiera debiutantów.
Niezła budowa świata, te wszystkie Lemowiska, dobrozmysł i związane z tym rozkminy o wolnej woli, mechy (choć już walka z barbarzyńskim Wschodem jest meh ;) ), zmutowane zwierzaki na krakowskim Starym Mieście, a zwłaszcza kotostwory i koty w Bagateli. Ale: dużo wątków, rozpoczynanych nagle i niedoprowadzonych donikąd (tak, wiem, że to pierwszy tom cyklu; chyba jednak zaczynam być zmęczona wielotomowymi cyklami...), a przede wszystkim postacie, z których przynajmniej dwie powinny chyba budzić jakąś sympatię czytelnika, a przynajmniej zainteresowanie - ale nie, nie budzą i co gorsza nie przekonują do siebie. Jedyna, przy której coś drgnęło w czytelniczym sercu - Antek - pojawia się na 3 strony i znika. Gdybym więc miała oceniać tylko według moich czytelniczych gustów, raczej 2-2,5 gwiazdki. Ale za światotwórstwo i porządny język polski niech będą trzy.
Miałam troszkę obaw po zerknięciu na blurba - i niestety, potwierdziły się. Widzę wiele dość entuzjastycznych opinii, moja jednak będzie negatywna. "Openminder" po prostu mi się nie podobał.
Pomysł na świat - czyli Polska w niedalekiej przyszłości, cywilizacja po wielkiej wojnie, spolaryzowanie Zachodu i Wschodu, mechy, sterowanie społeczeństwem za pomocą fal itp. - był ryzykowny, ale ciekawy. Nie wyszedł.
Autorka nie poradziła sobie z udźwignięciem masy wątków, które wprowadziła. Większa część tej książki to ekspozycja - wykładana albo łopatologicznie, jako "wykłady" nauczycieli czy maszyn, albo prezentowana przez wyżej postawione w hierarchii postaci. Kontrasty, na których opiera się konstrukcja, są tak ostre, że zahaczają o satyrę, ale całość pisana jest na poważnie. Bohaterowie, chociaż początkowo dawali nadzieję na ciekawy rozwój, ostatecznie niewiele wnoszą do całości - miałąm wręcz wrażenie, że oni działają sobie, a autor sobie.
Świerczek-Gryboś nieźle sprawdza się w krótkich formach, ale powieść najwyraźniej nie jest tym, co dobrze jej wychodzi.
Podobała mi się budowa świata, konstrukcja historii była jednak miejscami chaotyczna i utrudniała mi śledzenie wydarzeń i pełne zrozumienie niektórych teorii leżących u podstaw mechanizmów rządzących tym światem. Mimo to świetna lektura, czekam na kolejne części.
Szybka akcja, kulturowy miks, żelazna kurtyna po trzeciej wojnie światowej, dobrozmysł - system hamujący agresję i negatywne reakcje, antyutopia, interesujący miks motywów i nawiązań. Ale także zagmatwanie fabularne, zbyt duża ilość wątków pod koniec i miejscami irytujący główny bohater. Po więcej zapraszam do recenzji, o, tutaj: https://kajmanzzaokladki.pl/2019/05/0...
Recenzję Openmindera można by zawrzeć w jednym zdaniu: Neon Genensis Evangelion w Krakowie. Byłby to jednak trochę za duży komplement. Dla tych co Evangeliona nie oglądali – to anime, uważane za jednego z klasyków gatunku wielkich robotów. Serial zyskał status „kultowego” i ma rzesze oddanych fanów, mimo mieszanych recenzji – zwłaszcza w kontekście psychiki postaci i psychoanalizy. Jeśli poszukać inspiracji Evangelionem w czymś trochę łatwiej dostępnym dla polskiego odbiorcy, to bardzo wyraźnie widać odbicia serii w Pacyfic Rim. Evangelion jest jednym z głównych problemów – poza wyglądem i imionami mechów autorka nie dodała od siebie za wiele. Zaczynając od umiejscowienia baz, przez machiny wpadające w szał, po rzeczy, które mogą się stać z pilotem i specyficzne wymagania co do samych pilotów. Wszystko to było w Evangelionie. Naprawdę wszystko. Jedyna nowość to modele. W ilości… zdecydowanie za dużej. Wygląda to tak, jakby zamiast seryjnej produkcji każdy był indywidualnie tworzony. Ekonomia właśnie umarła. Do tego dostajemy świat podzielony murem – dosłownie. A wiecznie skonfliktowane Wschód i Zachód odgrodziły się akurat na granicy Polski. Ci „dobrzy” mają wywołany sztucznie „dobrozmysł” – sztuczne sumienie nie pozwalające czynić zła na dowolnym poziomie, zaczynając od myśli, przez przeklinanie, po… cokolwiek innego. Wschód to ci, którzy się nie zgodzili, uciekli lub nigdy nie chcieli przyjąć sztucznego sumienia – w dużej mierze fanatycy religijni. Nasz główny bohater, Nikodem, jest początkującym openminderem – pilotem mecha mającym „nawracać” Wschód na racjonalizm. „Dobrozmysł” jest niestety jednym z pomysłów, na których konstrukcja fabuły zaczyna się mocno sypać. Zresztą autorka ma słabość do tajemniczego promieniowania wywołującego sumienie – podobny pomysł znajdziemy też w Dzieciach burzy. Jednak tam był to wątek z jednej strony bardziej poboczny, z drugiej bardziej spójny. Zresztą nie tylko ten pomysł się powtarza – również imiona bohaterów wyglądają dziwnie znajomo: Niki, Igor, Mróz. Ale wracając do „dobrozmysłu” – na początku jeszcze nie jest źle. Ot, przyjmujemy na wiarę, że takie coś jest i działa. Tak trochę na zasadzie magicznych pigułek z Seksmisji. I generalnie większa wiedza nie jest jakoś bardzo potrzebna. Schody zaczynają się, kiedy autorka zaczyna tłumaczyć jak to wszystko niby działa. I wtedy logika ucieka z krzykiem, bo im więcej się dowiadujemy, tym bardziej wynika z tego, że to nie ma prawa działać zgodnie z opisem. Nijak i w żaden sposób. Bohaterów też mocno czuć Evangelionem, a poza tym są makietkami. Niki jest absolutnie nijaki, nieprzekonujący i snuje się bez celu płynąc z prądem. Autorka nie była w stanie mnie przekonać nawet do ambicji, która podobno go napędza. Reszta to imiona i tło, na dodatek niezbyt wyraźne. O dziwo, najciekawszy i najsensowniejszy wydaje się Antek – brat naszego nieszczęsnego herosa, który pojawia się na dosłownie kilku stronach. Początek czyta się kiepsko – głównie przez brak dialogów. A kiedy już się pojawiają dostajemy filozoficzny bełkot, ekspozycję albo tyrady. W rozmowach brakuje jakikolwiek interakcji, każdy wygłasza swój monolog ignorując resztę. Język, który nie przekonał mnie do historii, bo bardziej przypomina naukową rozprawkę niż powieść. A potem jest niestety tylko gorzej – historia skacze od sceny do sceny, urywki nijak się ze sobą nie kleją, a autorka co chwilę dorzuca jakiś wątek o wątpliwej oryginalności i równie wątpliwej istotności dla fabuły. Tu sztuczny smok, tam egzotyczna i zabójcza roślinność ( przed oczami stawali mi nie wiadomo dlaczego Nieludzie), tu eugenika godna Hitlera, tam jakiś Giger. Obcy, hakerzy, Radio Wolna Europa, Huxley, Lem, narkotyki… i tak dalej, i w tym stylu. Jak marudziłam na wtórność SeeIT, tak Openminder wypada dużo gorzej – nie znajdziemy tu nic oryginalnego. Naprawdę nic. Wszystko jest przetworzone, przemielone i podane po raz kolejny, w dodatku w nadmiarze pourywanych wątków i w chaosie fabularnym. Jakby tego było mało to pierwszy tom. Co jest starannie zakamuflowane w stopce redakcyjnej i ani na okładce, ani na stronie tytułowej nie ma podtytułu. Autorka zdążyła w międzyczasie wydać wyjątkowo złe Dzieci Burzy i nową powieść (a w zasadzie przerośniętą nowelkę, bo to raptem 200 stron), a drugiego tomu na razie nie widać.
Po raz pierwszy postanowiłam w zeszłym roku przeczytać wszystkie powieści nominowane do nagrody Zajdla. Prawie się udało, bo zabrakło mi czasu tylko na Dzieci burzy. Openminder to ostatnia z przeczytanych przeze mnie Zajdlowych pozycji, więc, nie przedłużając, chciałam Wam o niej skrobnąć słów kilka.
Druga połowa XXI wieku, Polska zniszczona wojną, a potem odbudowana wspólnymi siłami narodu. We wciąż częściowo zdewastowanym Krakowie, a częściowo ukrytym pod ziemią, młody Nikodem uczy się w specjalnej szkole na openmindera – ma nawracać tych ze Wschodu, którzy wciąż jeszcze wierzą w jednego Boga. Jego towarzyszem w tej misji będzie mech – wielka maszyna, w której toczy kolejne bitwy generowane w wirtualnym świecie, zanim wyjdzie w niej na powierzchnię, by wyruszyć na Wschód. Jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem, a Nikodem zaczyna się zastanawiać czy to, czego uczą go w szkole, to faktycznie prawda.
Dystopie i różne wizje przyszłości naszego świata, czy to po katastrofach ekologicznych, czy po wojnach cieszą się niesłabnącą popularnością. Sama czytałam bardzo mało tego typu pozycji, dlatego w dwójnasób byłam zainteresowana Openminderem od Magdaleny Świerczek-Gryboś, nominowanej do Zajdla za 2019 rok. I muszę przyznać, że się nie zawiodłam. Mnogość nawiązań popkulturowych, powkładanych w fabułę smaczków i nawiązań intertekstualnych była dla mnie nie do ogarnięcia – wciąż za słabo liznęłam science-fiction, żeby je wszystkie wyłapać. Wierzę jednak innym osobom, których recenzje przeglądałam w różnych miejscach, że faktycznie tak to wyglądało.
Świat przedstawiony to Europa po wielkiej wojnie, która zniszczyła świat, jaki znamy. Z jednej strony mamy dobry Zachód, oparty na najnowocześniejszej technologii, całkowicie ateistyczny i taki, w którym nie ma możliwości na popełnienie złego uczynku. Wynalazek zwany Dobrozmysłem blokuje wszelkie myśli o morderstwach, kradzieżach i mniej lub bardziej występnych czynnościach. Po drugiej stronie mamy zacofany Wschód, w którym panoszy się zło oraz nienaruszona wiara w jednego Boga. To dobrze znany motyw z literatury i właściwie z życia codziennego współcześnie, świetnie przeniesiony w realia roku 2076. Poznajemy ten świat wraz z głównym bohaterem, dla którego jest on domem, ale i tak wiele rzeczy potrafi Nikodema zaskoczyć.
Niestety, książka cierpi na wybitny syndrom tomu pierwszego – ekspozycja świata przedstawionego momentami się dłuży, wywody starszych od Nikodema postaci ciągną się w nieskończoność, wyjaśniając zawiłości geopolityczne tego świata. Pierwsza część książki nie ma właściwie żadnej akcji, bardziej poznajemy Kraków i jego okolice, to, jak żyją ludzie w zniszczonym wojną świecie. Dopiero w drugiej części mamy więcej wydarzeń, wraz z Nikodemem szkolimy się na openmindera i dowiadujemy się stopniowo, że świat opanowany przez Dobrozmysł wcale nie jest taki idealny, jak wszyscy by chcieli. Po tym wszystkim jasno widać, że większej akcji możemy spodziewać się w drugim tomie, gdy już powstanie, a ten tom jest tylko wprowadzeniem w świat openminderów i mechów.
Mimo pewnych niedociągnięć uważam, że Openminder to książka, która w pełni zasłużyła na nominację do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla. Ciekawy świat przedstawiony, interesująca relacja openmindera z mechem i niejasne cele, które stoją za poczynaniami wielu bohaterów – to wszystko składa się na powieść nietuzinkową i interesującą. Mam nadzieję, że drugi tom będzie jeszcze lepszy i wypełniony bardziej akcją, której brakowało mi w tej części.
Książka zapowiadała się genialnie i pierwsze jej strony sprawiły, że wciągnąłem się niemiłożebnie. Potem fabuła się tak komplikuje, że już totalnie nie wiadomo co z czym i dlaczego. W drugiej części jest po prostu zbyt trudna a przez to również nudna. Można by rzec, że miało być fajnie a wyszło jak zwykle... ale potencjał jest, druga część musi powstać bo fabuła się po prostu urywa w pewnym miejscu więc te trzy gwiazdki na zachętę.