Jak być dorosłą, gdy już się dorosło? A jak być dorosłą, kiedy ma się dziewięć lat? To książka o relacjach, których nie ma, ale które bardzo chciałoby się mieć. O kobietach zaskoczonych, że mają doświadczenie. O tym, że miejsce, w którym się wychowamy, podróżuje potem w nas. O małych dziewczynkach w latach 80., które są gnębione, ale zawsze trochę zwyciężają – choćby dorastając. O matkach i córkach. A język jest tu osobnym bohaterem.
Bardzo kiepska w moim odczuciu. Pierwszy raz spotkałam się z tym, by żadne opowiadanie nie miało sensu. Jestem bardzo otwarta na treści podobnych autorów oraz na formę jaką są opowiadania, ale tutaj nic oprócz rozczarowania nie doświadczyłam.
Zasiadam do "Klubu snów" z ogromnym entuzjazmem, bo taką formę literacką lubię i potrafię zauroczyć się nawet kilkustronicowymi opowieściami. Od razu w oczy rzuca mi się styl, który trafia w mój gust, a do tego każda historia jest mocno osadzona w polskich realiach, co również jest ogromnym plusem. Jest dobrze, dobrze, aż nagle wszystkie opowiadania zlewają się w całość, a ja zaczynam zastanawiać się, czy to są jeszcze oddzielne opowiadania, czy w pewnym momencie pogubiłam się, tracąc wątek i jest to jednak kontynuacja. To nie byłoby jeszcze najgorsze, gdyby nie fakt urwania każdej historii w momencie, który nie wyjaśnia dosłownie niczego. Autentycznie sprawdzałam, czy to naprawdę JUŻ i zastanawiałam się, jakim cudem można zakończyć opowieść w środku.
Zapowiadało się świetnie, ale niestety nie wyszło, a szkoda, bo potencjał w Katarzynie Michalczak tkwi ogromny. Jednak od zbioru opowiadań oczekuję czegoś więcej niż powtarzalności oraz niedokończonych historii.
[PL] Pierwsze opowiadanie mnie nie przekonało, ale z każdym kolejnym wsiąkałam w opowieści Michalczak coraz głębiej i były one dla mnie coraz bardziej przejmujące. Na podstawie pewnych przewijających się motywów zgaduję podobieństwo biografii autorki i mnie, ale myślę, że te historie - pisane poetyckim, czułym językiem - trafiłyby do mnie mimo wszystko.
„Klub snów” to prozatorski debiut Katarzyny Michalczak, socjolożki i autorki nagradzanego tomu wierszy. Umiejętność zatrzymania i opisania pojedynczych momentów codzienności, tak by oddać charakter opisywanych postaci i relacji między nimi, to największa siła tego zbioru. Niewiele tu przymiotników, komentarzy narratora czy przemyśleń bohaterów, a mimo to w głowie czytelnika kształtują się pełnokrwiści, wielowymiarowi ludzie. Na nieco ponad dwustu stronach i w 13 opowiadaniach przeplatają się historie kobiet oraz dziewcząt, a może tylko jednej kobiety i wyimków z jej życia. Wszystkie naznaczone samotnością w dzieciństwie lub borykające się z nią w dorosłości. Zapracowani, rzadko obecni rodzice, jeszcze bardziej odlegli w dorosłym życiu, i spadek po nich: trudność w nawiązywaniu nowych relacji i brak samoakceptacji. Nielinearny sposób opowiadania, przedstawianie tylko migawek z życia bohaterek, niedopowiedzenia i zagadki wymagają od czytelnika skupienia, ale powodują też, że wraz z czasem upływającym od lektury cały zbiór zamienia się w jedna historię, trochę jak ze snu. Niesamowicie udany debiut, czekam na dłuższą formę. 4+!
Zbiory opowiadań to jednak niebezpieczna materia nie tylko dla autora. Po pierwszych opowiadaniach z “Klubu snów” Katarzyny Michalczak byłem w stanie piać z zachwytu - język, temat, prowadzenie narracji, nieoczywiste wybory bohaterek, jeszcze bardziej nieoczywiste charakterystyki - wszystko mi grało. Tym bardziej byłem zadowolony, bo nie jestem najlepszym czytelnikiem opowiadań - montaż, który jest konieczny do stworzenia tej formy literackiej niekoniecznie mi odpowiada. Nie zawsze jestem w stanie przyjąć jednego dnia kilka historii, mózg mi się wtedy zapycha postaciami i sytuacjami. Czuję się trochę zaśmiecony. Z Michalczak układało mi się fantastycznie, jak z Lucią Berlin czy Pawłem Sołtysem. Naprawdę byłem zachwycony, czego wyraz tu nieopatrznie dałem.
Nieopatrznie, bo w pewnym momencie zamiast świetnych opowiadań zacząłem czytać przewidywalne wypracowania korzystające z tych samych motywów, rażące prostotą psychologię postaci, a opowiadanie o dziewczynie, która jedzie do cioci w Londynie poraziło mnie infantylnością. Nie rozumiem czemu po kilku świetnych historiach Michalczak poszła w tym kierunku. Podążyłem za nią i posmutniałem po lekturze. Autorka ma talent i niezły słuch do języka, ale gdy sięga po sztafaż współczesny (praca, studia) nie potrafi niczym zaskoczyć, a historie stają się przewidywalne i przez to banalne.
“Klub snów” to opowiadania o kobiecości, ich bohaterki odkrywają, że są spętane społecznymi wymogami, stereotypami, powinnościami wynikającymi z zewnętrznych, ale też wewnętrznych oczekiwań. Najciekawsze są dwa momenty - gdy Michalczak odwołuje się do przeszłości swoich bohaterek pokazując, że istnieje jakieś matrylinearne fatum, od którego właściwie nie ma ucieczki i drugi, kiedy portretuje swoje bohaterki jako osoby indyferentne, może nie tyle złe, co niekoniecznie dobre. Sympatyczna bohaterka, która nagle będzie wyrywać skrzydełka motylkowi ma u mnie zawsze jakieś poważanie. Brak taryfy ulgowej, współczucia, a brutalne odsłanianie tego, że każdy ma prawo być zły i dokonywać wyborów egoistycznych, albo po prostu ranić innych - to wydaje mi się ciekawe, nieoczywiste i jakoś świeże. Niestety gdy przechodzimy do prozy życia codziennego, Michalczak staje się nagle nadmiernie programowa i oczywista. Autorka lubi zabieg, w którym świat dorosłych widziany jest oczami dziecka i byłoby to ciekawe, gdyby nie fakt, że za każdym razem są to opowieści tak oczywiste i dla dojrzałego czytelnika proste w odczytaniu, że gubi się cała tajemnica, którą dziecko-narrator przeżywa. Stosowanie kilku perspektyw czasowych (narracja osoby dorosłem przeplatana narracją dziecka) to dzisiaj zabieg bardzo popularny i o ile bywają u Michalczak momenty, gdy wydaje się, że znalazła na nią nowe rozwiązanie, tak w pewnym momencie po prostu powtarza ten sam zabieg bez dodatkowych komplikacji, co nie przynosi sukcesu artystycznego. Podoba mi się, że Michalczak sięga na przykład po temat aborcji, bo dzisiaj on się jakoś rzadziej pojawia, ale.. W opowiadaniu “10.45” Magda z Darią jadą do frankfurckiej kliniki. Daria sama wejdzie do budynku, Magda będzie na nią czekać. I gdzie ląduje Daria? Na placu zabaw. Kiczowatość tej sytuacji mnie odrzuciła.
Po lekturze “Klubu snów” mam wrażenie, że autorka “de facto” pisze cały czas o tej samej bohaterce, pojawiają się te same motywy - opuszczenie przez mężczyzn, chorobliwa nadopiekuńczość matek, czy babcie, które niekoniecznie znajdują chęć na uczestniczenie w życiu rodzinnym. Do tego kilka wątków z biografii bohaterek jest zbyt często wspólnych (wybór szkoły, zawód matki itp.) przez co mam poczucie, że przeczytałem ułożone w zbiór opowiadań wprawki do całkiem ambitnej powieści. Jednak najciekawiej prezentują się zbiory opowiadań, w których autor/autorka wielorakością spojrzeń, bohaterów i sytuacji udowadnia swoją literacką maestrię.
Opowiadanie bywa nazywane najtrudniejszą z form literackich właśnie dlatego, że wymusza na osobie piszącej kreowanie różnych światów na niewielkiej przestrzeni, umiejętność różnicowania języka, bohaterów, narracji jest cechą najlepszych tomów opowiadań.
W przypadku Michalczak mamy udany debiut, ale do zapowiadającej się w pierwszych opowiadaniach wybitności to jednak jej daleko.
Nie wiem za bardzo, co powiedzieć o tej książce. Długo ją czytałam, więc czuję się słabo upoważniona, żeby pisać full-on recenzję. Ale te opowiadania miały bardzo ciekawą narrację. Ciekawe postacie. Nie zawsze rozumiałam, co się dzieje, ale myślę, że każde opowiadanie było wypełnione sporą dozą emocji i w sumie, nie potrzebowałam wiedzieć, co się dzieje. Podobało mi się to, że te opowiadania często zostawiają przestrzeń, żeby dopisać czy dopowiedzieć sobie część tych historii.
Zbiory opowiadań przemawiają do mnie językiem nieco trudnym, urwanym gdzieś w połowie, wypowiedziami skończonymi jeszcze zanim zdążą się rozkręcić. Klub snów miga gdzieś na granicy między "za mało" a "dobrze". Na plus gra ta niemożliwość rozszyfrowania przy pierwszej lekturze każdej z historii. Michalczak umiała wywołać emocje, szczególnie takie wspinające się po kręgosłupie, zostawiające dreszcze. Ale też nie zawsze osiągała ten cel. Widziałam zarzuty, że opowiadania zbyt płytkie, zbyt niezrozumiałe, i trochę to widzę. Chociaż jeśli miałabym się do tego odnosić, to ta zagadkowośc byłaby bardziej na plus niż minus.
Takie 2,5 ★, bardzo nierówne opowiadania, może lepiej by było jakby było ich mniej i były bardziej rozwinięte - wydaje mi się że to bardziej poszło w stronę ilości tych opowiadań upchniętych w te 200 ileś stron niż w jakość.
3.5 Ciężko mi ocenić tą książkę. Nie umiem powiedzieć w stu procentach, że mi się podobała, ale równocześnie nie mogę też powiedzieć, że mi się nie podobała. Jest w niej coś intrygującego i na pewno sięgnę po kolejny zbiór opowiadań Katarzyny Michalczak. A okładka to cudo.
Krótko, zwięźle i dowcipnie. Fragmenty z życiorysów różnych postaci, łączy ich jedno - codzienny zawód czekający ich od ludzi, którzy powinni dawać wsparcie, spełniać potrzeby i rozumieć, że to właśnie z nimi jest coś nie tak. Ale po co? Lekki niepokój odczuwa się przez całość narracji. I wkurw.
To nie były złe opowiadania, ale praktycznie w każdym brakowało mi jakiejś puenty. Za każdym razem po przeczytaniu myślałam: "to już koniec?". Jednak lubię, gdy historia do czegoś zmierza, tu tego nie dostałam.