„Song nauczycielki” to moja pierwsza, ale coś wydaje mi się, że nie ostatnia, styczność z twórczością Vigdis Hjorth. Początek książki nastawił mnie sceptycznie do całej powieści, kolejne strony czytałam więc z dystansem, na kredyt zaufania. Nie miałam pewności, czy prosty język pełen powtarzających się zwrotów, to oryginalny styl autorki, czy też jej toporne pióro… Hjorth rozwiała jednak moje wątpliwości: „Song nauczycielki” to powieść napisana za pomocą oszczędnych środków wyrazu, ale jakże przy tym bezpośrednia, wyrazista, ostra w wydźwięku. Język narracji jest językiem głównej bohaterki, Lotte Bøk, zawiera w sobie esencję jej osobowości, jej bezpardonowość, zamaszystość gestów, surowość autokrytyki. Styl zrasta się z treścią książki, dopełniając ją do tego stopnia, że jedno przestaje istnieć bez drugiego.
Lotte Bøk jest postacią zaskakującą. Niesamowicie żywą, a jednak pustą w środku. Z łatwością można ją sobie wyobrazić, gdy żwawym krokiem przemierza Blåmanngata, ubrana w wygodne męskie spodnie i lnianą koszulę. Gdy gromi swoich studentów wzorkiem, mocnym głosem wykładając im uniwersalne prawdy o życiu. Gdy wrzuca drobne do kubka rumuńskiej żebraczki i gdy z premedytacją udaje, że nie dostrzega wycelowanej w nią kamery Tagego Basta.
Czy można powiedzieć, że Lotte w tych scenach jest mniej prawdziwa niż wówczas, gdy wybiega z sali, trzaskając drzwiami, gdy czerpie siłę i spokój z milczenia lasu, gdy płacze, wybucha, traci kontrolę? Czy to nie całokształt tych doświadczeń składa się na cudzą osobowość? Czy przestajemy być sobą tylko dlatego, że w niektórych sytuacjach udajemy? Czy udawanie i autentyczność nie stanowią o naturze ludzkiej egzystencji? Lotte zadaje sobie te pytania przez całą powieść, starając się jednak unikać równie napuszonych wyrażeń co „natura ludzkiej egzystencji”.
Wykładowczyni Brechta podejmuje kolosalny wysiłek, by odrzeć siebie z wszelkich złudzeń. By przyjąć prawdę o sobie, jeśli takowa istnieje. Pytanie tylko… Czy prawdę o nas samych może nam ujawnić osoba trzecia?
Lotte wydaje się równie prawdziwa, szczera, autentyczna, co pretensjonalna i pusta w swoich rozważaniach o moralności i codziennym humanitaryzmie. Jej rozterki dotyczą prezentowania się jako dobrze usytuowana, biała kobieta ze średniej klasy. Czy powinna ukrywać fakt, że posiada samochód, skoro mieszka w centrum miasta? Czy powinna się wstydzić, że po taniości kupiła dom od banku, który przejął własność zbankrutowanego człowieka? Czy wpłacanie na organizacje charytatywne to tylko próba uciszenia własnego sumienia, że robi się nie dość? Lotte stawia sobie powyższe pytania w sposób tak otwarty, że wręcz zakrawający o okrucieństwo. Równocześnie jednak stosuje liczne wymówki, tłumaczy się i uspokaja. Czy gdyby nie była winna, czy gdyby nie czuła się winna, to potrzebowałaby usprawiedliwień…?
Ostatecznie bohaterka podejmuje radykalne kroki, by zaakceptować głęboką prawdę o sobie. Sortując obuwie przeznaczone dla syryjskich uchodźców, wycisza swój rozgadany, wiecznie analizujący, krytyczny umysł. Po miesiącach jednostajnego trybu życia dociera do niej, że zmiana to proces. Przez lata obrosła skałą tłumaczeń i zaprzeczeń, czas jednak, jak woda drążąca kamień, jest w stanie sprawić, że „zwietrzeje twardość, którą czuje w piersi”.
Zgoda na udział w filmie Tagego Basta była okruchem, który wywołał oczyszczającą lawinę w życiu Lotte. Niemniej jednak uważam, że mężczyzna w pełni zasłuż na każdy cios butem, który pod koniec powieści zadaje mu wykładowczyni. Dokument? To śmieszne. Szesnastominutowe nagranie zostało poszatkowane, przemielone, przetworzone pod reżyserską wizję. Zawiera tezę, jest tendencyjne, a przede wszystkim… Subiektywne. Wybiórcze. Fałszuje rzeczywistość. Nie wspominając już o tym, że Lotte zgodziła się na udział w zupełnie innym projekcie. Ostateczna wersja filmu to siarczysty policzek. Tage Bast kryje się za kamerą, za złudnym twierdzeniem, że jedynie obserwuje, podczas gdy jawnie kreuje rzeczywistość za pomocą obrazu. Jest bezczelny i zuchwały, odgrywając rolę szczerego i twórczego. A może jest szczery. Może naprawdę jest twórczy. Może jest zagubiony, może wciąż szuka. Pozwolił jednak, by Lotte nagrana kamerą, by Lotte na kinowym ekranie stała się ważniejsza od Lotte siedzącej na sali, daleko w tylnym rzędzie.
Powieść Hjorth krąży wokół pytań o prawdę. Czy można ją poznać o sobie samej? Czy warto, nawet jeśli będzie to prawda niszcząca, druzgocąca? A czy prawda może mieć taki wymiar? Czy ostatecznie nie prowadzi do wyzwolenia? Jaką cenę trzeba zapłacić za prawdę? Ile warto poświęcić, by ją przekazać? Pisarka tworzy złożony i żywy obraz, bogate podłoże do dyskusji. W jej powieści próżno by szukać umoralniających tez czy zawiłych treści filozoficznych. „Song nauczycielki” tworzy skomplikowanych bohaterów, ale kluczowe zagadnienia podejmuje z prostotą i otwartością, jaka cechuje samą Lotte.