Zszokowałem samego siebie, jak bardzo mi się to nie podobało.
Męczyłem ten dramat dni trzy. Jestem bardzo skonfundowany. Rzekomo, mając szerokie podstawy do zrozumienia tego dzieła — w postaci chętnego zapoznawania się z literaturą romantyczną i biografiami twórców tego okresu — powinienem był się tymże dziełem zachwycić; szczególnie, jeśli mię porywa (i za każdym razem jeszcze znaczniej) "Wesele". To rzekomo miało być dzieło jeszcze więcej błyskotliwe od "Wesela", choć na tę samą nutę. W moim odczuciu, wartość literacka "Wyzwolenia" jest znacznie mniejsza. Nie wpada w ucho melodia tekstu tegoż; nie zapada w pamięć — pokusiłbym się o stwierdzenie, że mój mózg wręcz opierał się przyswojeniu go na stałe, wyczuwając w nim niejednokrotnie fragmenty zakrawające o grafomanię.
"(...) Ale "choć kurtyny zaklęte, widowisko zaczęte", bo wszedł Konrad, bohater Mickiewiczowskich "Dziadów", (...) którego Wyspiański świeżo odczytał, przemyślał i przetworzył, obdarzając nowym życiem, przepuszczając jego problem przez pryzmat własnego intelektu, aby wreszcie rozwiązać niepokojącą umysły Polaków zagadkę na swój sposób i własną sztuką na scenie Myśli Narodowej, z której, jak Szekspir w "Hamlecie", jak Mickiewicz w "Dziadach", uczynił zwierciadło własnego życia; i to tak, że czyny bohatera, występującego w tragedii, będące czynami Wyspiańskiego, katastrofa, którą ściągnął, spadnie na Wyspiańskiego, a wyzwolenie Konrada będzie wyzwoleniem Wyspiańskiego. Bohater, wszystkim dobrze znany, wchodzi w takiej postaci, w jakiej zszedł ze sceny z końcem Mickiewiczowskiego dramatu" — pisze Leon Schiller.
Ani świeży dla mnie ten Konrad nie jest, ani intelektualny, a przede wszystkiem jawi się karykaturalnie. Gubiłem się co rusz, czy Wyspiański tym pseudo-Konradem przemawia na serio, czy uprawia jakąś bardzo nieśmieszną farsę, kpiąc sobie bez pardonu z Mickiewicza. Do tej pory nie mam pewności, czy to jeden wielki sarkazm, czy realne obnażenie duszy Wyspiańskiego, co chyba nie najlepiej świadczy zarówno o tekście, jak i o autorze. Czy Wyspiański doprawdy “rozwiązuje niepokojącą umysły Polaków zagadkę na swój sposób i własną sztuką na scenie Myśli Narodowej”? Pompatyczniej ująć się tego już nie dało, p. Schiller. Przede wszystkiem wątpię, że ta zagadka rzeczywiście tak znacznie wszystkich Polaków zajmuje. Gdyby na tę wersję wydarzeń przystać — rozwiązania żadnego nie dostrzegam w tym tekście. W jaki sposób miałoby to być rozwiązaniem, skoro jest zawiłe i przegadane? Kręcenie się wokół jednej myśli o wyzwoleniu spod jarzma mitów narodowych włożone w usta romantycznego bohatera nie oznacza, że się rzeczywiście coś rozwiązuje. Porównanie do Mickiewicza czy Szekspira uważam za skrajnie chybione. Wyspiańskiemu w tym dziele brakuje nie tylko spójności, zrozumiałości prowadzonej myśli, ale też buzującej energii, która cechuje “Dziady” i “Hamleta”; tam bohaterowie są żywi, z krwi i kości, przejmujący — tu jest wydmuszka, puste widziadło, lalka bez ducha. Boga w kościele Wyspiańskiego nie ma, a gmach trzęsie się w swych fundamentach.
Wyczuwam, rzeczywiście, wiele Wyspiańskiego w tym “Konradzie” — co z góry przekreśla uznawanie tej postaci za Konrada mickiewiczowskiego. “Bohater, wszystkim dobrze znany, wchodzi w takiej postaci, w jakiej zszedł ze sceny z końcem Mickiewiczowskiego dramatu” — czyżby, drogi Schillerze? “Konradowi” Wyspiańskiego brakuje pokory. Ducha brakuje! Pustem jest naczyniem, w które nie zostaje wlana żadna myśl ożywcza. Jego pycha oddziela go od ludzi. Konrad rozmawiający z polskimi robotnikami mnie już zupełnie na kolana powalił w swym bezsensie, ale przede wszystkiem absurdzie. Wyspiański nie wydaje mi się specjalnie połączony z ludem polskim, pomimo jego małżeństwa z chłopką. Wygląda na odseparowanego od ludzi (wszystkich); pogardliwego, nastawionego negatywnie. Tę niechęć odczuwa się w tekście.
“Czy jesteś, Polsko — tylko ze mną?” — czy wyszedłeś, kiedy, Stanisławie, poza ściany swego umysłu, do ludzi? Czy uważasz siebie za jedynego oświeconego, który WIE, cóż to znaczy: być Polakiem? Poezjo wszelka — precz… ale nie moja! — rzecze Wyspiański.
Warcholstwo jest — mówi, słusznie, Wyspiański. Nie jest to wniosek zadziwiający — jeżeli się kto jakkolwiek orientuje w świecie, to raczej nie trzeba mu tego wystawiać. Komentarz autora dotyczący różnych sylwetek usiłujących zbawiać ludzi jest trafny (grzmienie z ambony czy też zza dyrektorskiego stołu), lecz “nie zachwyca”. Jest zbyt krótki, by oddziaływać, zaś gdyby był dłuższy, to nie byłoby wiadome, w jakim celu. Nie poruszył mię, nie oburzył. Obeszło mię to mniej, niżeli śnieg zeszłoroczny.
Wyzwolenia spod jarzma mitów narodowych nie uczułem ani w trakcie lektury, ani po. Wręcz przeciwnie — uczułem, że mnie Wyspiański zadusił powtarzaniem po milijon razy tegoż samego, nie wywołując tem jednakowoż żadnej reakcji — prócz znużenia. "Konrad" w rozmowie z maskami zapętla się i plecie to samo, tylko inaczej, zaś Maski "odpowiadają" niemal wyłącznie zdziwieniem (pogardą?). Równie dobrze mógł to być monolog, a reakcje Masek mogły zostać zawarte w, obszernych przecie w innych fragmentach, didaskaliach, miast powtarzającej się, nieangażującej interpunkcji. Niczego by to nie zmieniło, ale wydawca by miał sporo oszczędności z tych niezadrukowanych kartek. Dzięki temu również Wyspiański uniknąłby mojego szyderstwa à propos formy, która łudząco przypomina wydziwiania norwidowskie i właśnie nadużywanie myślników, pytajników oraz wykrzykników. Nie dodaje to powagi temu dziełku.
Jeżeli celem Wyspiańskiego było “pobudzać do czynu duchy opieszałe”, to osiągnął był efekt wręcz odwrotny, zniechęcający do jakiegokolwiek działania. Nie był, nie jest i nie będzie Mickiewiczem ni Szekspirem. “Konrad” rzekomo wzywa do czynu, rozpala go jedynie myśl o czynie — i w tej myśli on pozostaje, jak w bursztynie. Sam pada ofiarą własnych rozważań o tem, że “dzieje się tak dużo, co nie zależy od nikogo”. Od “Konrada” pióra Wyspiańskiego również nic nie zależy. “Konrad” Wyspiańskiego nie jest w stanie popchnąć ni ludu, ni jednego nawet człowieka, do czynu. Co najwyżej — utuli go do niezbyt przyjemnego snu.