Wielu porównuje "Blueberry'ego" do spaghetti westernów, ale takie porównania są jednak powierzchowne. Włoskie kino rozrywkowe lat 60. i 70. nie było przecież kinem realistycznym, raczej zgoła postmodernistycznym. Natomiast ambicje twórców "Blueberry'ego" były chyba inne - co prawda od początku był to też przygodowy western, ale zbyt wiele miejsca zajmował w nim komentarz historyczny i społeczny i zbyt wielki nacisk położono na realizm, aby można było uznać, że autorzy bawią się tylko tym gatunkiem. "Blueberry" również podążał koleinami wytyczonymi przez kinematografię, jednak – przynajmniej z początku – były to raczej koleiny klasycznego westernu, niż popisów formalnych Sergio Leone. I mogło by tak być przez wiele lat, gdyby Giraud był tylko dobrym, lecz nie wybitnym rysownikiem. W czasie, w którym ukazywały się albumy zebrane w tym tomie, zaczął on już jednak publikować również pod swoim słynnym pseudonimem, a każdy, kto miał okazję zapoznać się z ówczesnymi pracami Moebiusa (np. "Szalony erektoman") nie miał wątpliwości, że oto pojawił się w medium komiksowym twórca nietuzinkowy. Musiało to odbić się też jakoś na "Blueberrym". Giraud zaczął eksperymentować z formą – choć nie mógł oczywiście wyjść poza wyznaczone prawem serii ramy (z których jako Moebius kpił na potęgę). Niemniej mocne, jaskrawe kolory finałowej "Trumiennej ballady", które istotnie mogą kojarzyć się z estetyką spaghetti, są zdecydowanym sygnałem – Gir nie miał już ochoty oglądać się za siebie. A biorąc pod uwagę, że Charlier stworzył w tych trzech albumach historię jak dotąd najbardziej złożoną nie zapominając jednocześnie o prawidłach gatunku, w którym szybkość akcji jest wyznacznikiem jakości, dostaliśmy w rezultacie dzieło może nie przełomowe, ale na pewno stanowiące punkt odniesienia dla późniejszych pokoleń scenarzystów i rysowników.