W dworku wczesnych lat powojennych, w dystopijnej Polsce przyszłości, w baśniowym królestwie toczonym zarazą, w krzywym zwierciadle tu i teraz – ścierają się ludzkie namiętności. Każdy pragnie spełnić swoją powinność. Nikt nie chce być samotny. Każdego czeka ból.
„Nie wiem, czy człowiek rodzi się z pierwszym kłamstwem. Jeśli tak, to jakie ono jest? Płacz nakarmionego niemowlęcia, żeby przykuć uwagę matki? Płacząc, udawałem głód lub ból? Nie mam natomiast wątpliwości w kwestii kłamstwa głównego, kłamstwa towarzyszącego mi dzień i noc przez ponad trzydzieści lat. Kłamstwo główne zostało tak gorliwie i szeroko rozpracowane przez literaturę, psychologię i rozmaite nauki, że wstyd się do niego przyznawać. Kto nosi w sobie takie kłamstwo, wydaje się ułomny i tchórzliwy. Bo czego tu się bać? A taka jest natura tego kłamstwa – strach. I wstyd”. fragment powieści
„Retrofuturystyczna powieść, wyzwalająca od wstydu, strachu, niechęci”. Ryszard Koziołek
Born 1976, prose-writer, traveler, translator; he made his debut with the novel Uncool (2006), and then published another novel, The Miracle (2007), and a collection of impressions from his journeys around Ethiopia, The Emperor’s New Flower (and Bees) (2007); which was nominated for the POLITYKA Passport; he lives (mainly) in Warsaw.
The first part of Ignacy Karpowicz’s debut novel, Uncool, might seem to suggest that we have here another young prose-writer seeking to describe the various miseries of the provincial life, as the author brings us young and frustrated residents of Białystok who have difficulty making ends meet. But the second part of the novel clearly leans toward unhinged, no-holds-barred grotesque, in which the writer opens the floodgates of fantasy (the main protagonist speaks with animated monuments, the city becomes a battleground for various fractions, wallowing in total chaos). In his next novel, The Miracle, Karpowicz has clearly set his money down on the grotesque. The book’s protagonist dies in a car accident, but his body does not decay after death, on the contrary – it maintains a high temperature. The appearance of this unusual corpse throws the lives of the people who encounter it into confusion, and forces them to reevaluate their views on the world.
Karpowicz is a refined stylist, who skillfully uses the grotesque, irony and humor (unconventional, disarming, often black) to tackle stereotypical ways of thinking about reality. He makes light of patriotic and religious cliches in an intelligent and refined manner. But Karpowicz is no ordinary provocateur – this mockery is what allows him to gain some distance from the world. In The Emperor’s New Flower Karpowicz tackles reportage. He describes his travels through Ethiopia, giving us some insight into the history, culture and daily life of this exotic country. The author also tries to deconstruct the traditional model of reportage in his book, consciously bending genres, being neither reportage nor novel, but rather a unique sort of travel prose, thus stressing what he sees as the irreducible subjectivity of his descriptions of the country he encounters.
Przepraszam wszystkich, którzy lubią tą książkę. Jednak tego najzwyczajniej nie da się czytać. O ile „Sońka” Karpowicza, to książka, która naprawdę mnie poruszyła, tak tu ... To jest tak napisane, że drażni na każdym kroku. Język powoduje, że ta książka jest sztuczna, nadmuchana, dziwna. Zdrobnienia, które ciagle się przewijają w tej książce ... czajniczek, herbatka, rodzinka. No ... nieeee.
To się źle czyta, po prostu. Drażniący styl, sztuczny, na siłę stylizowany albo toporny język (a język było zawsze tym, co ratowało - nawet te bliskie grafomanii - powieści Karpowicza), dziwne i kiczowate pomysły na fabułę (tych fabuł jest tu kilka, każda dzieje się w innej epoce), a wszystko po to, by wygłosić Tezę. Ech. Jedyne fragmenty, które w jakiś sposób mnie poruszyły (i nie irytowały) to były te współczesne, otwarcie nawiązujące do prywatnego życia autora. Cała reszta - porażka. Rozumiem, co Karpowicz sobie wykoncypował, co chciał tu przekazać, i dlaczego takimi a nie innymi środkami. Ale chyba zabrakło umiejętności, aby ten pomysł zrealizować.
Kiedyś znalazłem włos w kanapce w KFC, którą bardzo, ale to bardzo lubiłem i nawet jeśli to nie było najgorsze, co mogło mi się przydarzyć (wszakże wiedziałem doskonale, na co się piszę), tak już nigdy więcej tej kanapki nie kupiłem i chcąc zjeść śmieci, odwiedzałem tylko konkurencję. Dlatego ja pana, panie Karpowicz, bardzo proszę: nie pisz pan więcej dystopii, bo to opowiadanie o Polsce to był właśnie długi, ciągnący się, przetłuszczony włos w ulubionym fast-foodzie.
Śmiesznie przejść z jakiegoś szlacheckiego dworku gdzie wzywa się duchy, przez piękny przerywnik o homoseksualizmie i akceptacji siebie i swojego ciała, do tragicznej wizji radykalnego świata, w którym brakuje nam wolności i zabija się nasza różnorodność.
A później po krótkim przerywniku dziejącym się we współczesności (równie dobrym przerywniku jak w rozdziale drugim, tym razem jednak miłym i mówiącym o odnalezieniu tytułowej miłości i szczęścia), znaleźć się na dworze zamkowym. Ten rozdział zamkowy był dla mnie chyba najsmutniejszy. Taki dziecinnie prosty, mówiący o dobroci i przeszywajaco smutny. Fantastyczne. Nie spodziewałam się niczego po tej książce, było to moje pierwsze zetknięcie z Karpowiczem, ale skradł mi serce.
Uwielbiam jak Karpowicz miesza czas wydarzeń i przedstawia jedno zagadnienie kompletnie zmieniając mu otoczenie. Jak dostosowuje do tego język i jak bawi się slowotworstwem. (I uwielbiam że używa nazwy Kattowitz, moje urbanistyczne serce po procesach osadniczych się raduje)
Bardzo doceniam subtelność z jaką pisze o seksualności. No bardzo.
Wahałam się między 2 a 3 gwiazdkami, ostatecznie niech będą 3. Książka jest bardzo nierówna: ma bardzo dobre fragmenty, ma fragmenty ocierające się o grafomanię. Autor łączy opowiadania za pomocą symboli, które przewijają się przez całą książkę, co chyba ma nadawać pewnej głębi. Jakiej? Nie mam pojęcia. Odniosłam jedynie wrażenie przerostu formy nad treścią, co - nawiasem mówiąc - jest nader częstą przypadłością współczesnych polskich pisarzy.
Widzisz tę piękną okładkę i spodziewasz się równie pięknej powieści. Zaczynasz czytać, trochę cmokasz, bo taka super stylizacja, bo jakieś tam odwołanie do Iwaszkiewicza. Baśniowa aura i się zastanawiasz co z tego będzie... i nagle się urywa.
Dalej już jest gorzej i nie tylko dlatego, że jest to zbiór opowiadań. Oczywiście wszystkie krążą wokół tematu miłości i dobra. Również wstydu związanego z miłością, cielesnością, coming outem. I tak skaczemy między wyznaniem-opowiadaniem, anty-utopią, przypowiastką.
Miłość to nie jest temat łatwy i wdzięczny. Niezamierzony patos, kicz, śmieszność - tak łatwo wpaść w banał. Nawet jeśli Karpowiczowi udaje się balansować na granicy - to pozbawione pazura, ironii, dystansu, opowiadania są mało przekonujące.
Wysłuchałam audiobooka i po przeczytaniu kilku recenzji - tutaj na Goodreads - myślę, że ta książka wiele zyskuje poprzez interpretację czytających ją aktorów.
Faktem jest, że każda część ma inną siłę oddziaływania. Rodział "Prawda" najbardziej mną poruszył. Wizja przyszłości, która według mnie jest prawdopodobna, wstrząsnęła mną.
Bardzo wciąga historia geja, czytana w formie wywiadu czy może opowieści przez Dawida Ogrodnika. .
W audiobooku jest też dodatek, rozmowa trzech literatów na temat książki, podają swoje interpretacje zastosowanej formy, użytego języka i poszczególnych zabiegów lterackich zawartych w opowieści, znaczenia. Rozmowa jest ciekawa to był dobry pomysł wydanie jej razem w jednym pliku z książką.
I zdecydowanie jest to książka o miłości, takiej która trwa przez wiele lat pomimo przeszkód, smierci, zakazów i prześladowań.
NIe jest to ksiązka, którą się dobrze czyta w każdym momencie, trzeba miec na nią nastrój i czas. Ja słuchałam w długich ciągach po ok. 2h każdy. Całość ma ok. 9u godzin.
Trudno mi ocenić całość, pierwsze i przedostatnie opowiadanie były wręcz cudowne, natomiast reszta bardzo przeciętna. Podobało mi się jednak, że wszystkie zbierały się chaotycznie w całość, aczkolwiek nie jestem pewna na ile dobrze zostało to ukazane.
W różnym czasie, w różnych konwencjach i stylach zawiązują się w książce homoseksualne romanse, jedne opisywane wprost, inne półsłówkami i aluzjami. Najciekawsze wydają się fragmenty współczesne, opisujące chorobę bohatera. Traumatyczne przeżycia jakby dodają odwagi bohaterowi, do przełamania społecznych uprzedzeń, którymi sam jest również ograniczony. Obserwujemy psychiczny coming out, sposób w jak się rodzi, ile wymaga wewnętrznej siły i wiary. Wszystko to przypomina Platońską triadę: Prawda=Piękno=Dobro, którą trzeba przejść od akceptacji własnej osoby, przez dostrzeżenia piękna i tego, że nie czyni się niczego z złego, oraz że rodzi się z tego tytułowa miłość. Niepokojący, choć stylistycznie nieco drażniący dziwaczą nowomową, jest fragment homofobicznej dystopii. Przez swoją polityczną aktualność czyta się go trochę jak political fiction, wcale jednak nie niemożliwą do realizacji.
Jeszcze przed premierą ogłoszona jedną z najlepszych książek roku, wspaniale wydana (zalałem kawą) “Miłość” Ignacego Karpowicza, to powieść, w której autor stosując pozornie skomplikowaną i ambitną konstrukcję w połączeniu z zabiegami stylistycznymi, nie powiedział o świecie nic nowego, a tego oczekuję od książki, która posługuje się takimi słowami, jak “piękno”, “prawda”, “dobro” i… “Miłość”. Pod fajerwerkami czysto technicznymi jest treść wątła i smutna w efekcie.
Najpierw jest “Piękno”, w którym Karpowicz opowiedział historię pojawienia się w dworku znanego pisarza Jarosława i jego żony, Anny, brata jego nieżyjącego już kochanka wraz z żoną. Szekspirowska z ducha tragedia rozgrywa się między bohaterami wśród niedopowiedzeń i psychicznych manipulacji. Z pewnością ciekawy materiał na sztukę w średnim teatrze w średnim mieście, ale czy na otwarcie powieści o takich ambicjach? Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami (to niezły mashup jest) opowieść wydaje się być przeszarżowana językowo - pretensjonalna stylizacja na pretensjonalny język godny pensjonariuszki nie pasuje ani do twórczości Iwaszkiewicza, ani nawet do listów jego żony. Karpowicz dokonał mitologizacji Stawiska, które nie wiadomo po co staje się Stokrocią, i napisał opowieść wydającą się mieć źródła raczej w literaturze wieku XIX niż czasów współczesnych postaciom, o których pisze. Bycie bardziej iwaszkiewiczowskim od Iwaszkiewcza to z pewnością ciekawe ćwiczenie dla pisarza, które niekoniecznie trzeba było światu pokazywać. Cały ten zabieg z pomieszaniem elementów realistycznych (związek Iwaszkiewiczów, Stawisko, jego kochankowie i tragiczne z nimi czasem rozstania), by opowiedzieć o tym jak do homoseksualizmu Iwaszkiewicza podchodziło jego otoczenie, jak wyrażało się wtedy niewyrażalne, jest w efekcie niepotrzebne i niestety dość publicystyczne. Jednocześnie Karpowicz zdaje się być tak zachwycony samą możliwością pisania o urokach życia w dworku (bez “nadanej wsi”) i wyższych sferach, że kompletnie nie dostrzega otoczenia. Można to tłumaczyć tym, że jego bohaterowie też nie gustują w zaglądaniu do chłopskich chat, ale czytanie o arystokracji bez jej krytyki to już chyba nie dla mnie. Jest w tym coś oczywiście z teatralnej sztuki, w której w jednym pomieszczeniu spotykają się bohaterowie i najważniejsza jest gra pozorów, ale mamy 2017 rok i wydaje się to mocno koturnowe.
Niczego wstrząsającego Karpowicz nie odkrył. Podobały mi się za to elementy groteskowe i dramaturgiczne - nie można odmówić autorowi pomysłowości i ambicji, jak i umiejętności samego pisania, ma Karpowicz zdolność tworzenia takich zdań, że aż chciało się robić wypisy cytatów dla wikiquote. Choć jak w każdej z jego powieści - goszczą one raczej na starcie niż w finale.
Rozdział drugi to prowadzona w pierwszej osobie spowiedź pisarza, który opowiada o swoim homoseksualizmie, braku akceptacji (także tej własnej). Uwikłanie w odkrywanie własnej seksualności, wychodzenie z ukrycia, widziane z perspektywy człowieka pamiętającego przykre życie homoseksualistów za czasów PRL, a niedojrzałego do współczesnej, pełnej emancypacji, wybrzmiewa mocno, choć nie unika Karpowicz pisania poetyckich truizmów, jak choćby to, że “prawo do kochania i kochania się niektórym z nas zostało odebrane, a przez to ograniczono nam prawo do bycia dobrym”. Rozumiem rozedrganie bohatera, rozumiem jego afektowany styl, ale to jest taka filozofia jednak do poduszki w różowe serduszka. W ogóle wiele w tej opowieści takich znanych, przetworzonych tropów, ilu to już było pisarzy, którzy “żyli, ponieważ pisali”, ilu nieszczęśliwych, ilu Oscarów Wilde’ów? Dalej jest tajemnicza choroba, “zabiła mnie literatura” wspomina narrator, a miłość to “literacki koncept”. Na koniec wprowadzony zostaje element futurystyczny, a mianowicie “uchwalono Paragraf 22, czyli tak zwany zakaz promocji homoseksualizmu, połączony ze wspieraniem chrześcijańskich wartości narodowo-rodzinnych”. “Hiacynty znowu zakwitną” pisze Karpowicz, co jest dość prostym odniesieniem do PRL-owskich prześladowań osób podejrzewanych o homoseksualność.
Dalej mamy “Prawdę”, która jest futurystyczną opowieścią o świecie, w którym (spoiler!) homoseksualizm jest zakazany i osoby, które odczuwają takie inklinacje poddawane są przymusowemu leczeniu. To w takim dużym skrócie, bo nie rozumiem po co Karpowicz wymyślił te wszystkie futurystyczne dekoracje. Mocno one są plastikowe, dodatkowo bywają tam jakieś komiczne pomysły nazewnicze, sporo odniesień do polskiej polityki aktualnej, co czyni opowieść przypowieścią i parabolą kompletnie niezjadliwą. O prostocie tych skojarzeń i celowaniu w czytelnika, który poczuje, że ktoś łechce jego oczytanie i inteligencję, niech świadczy imię głównej bohaterki; Albertyna. No to albo futuryzm, albo Proust. Chce Karpowicz powiedzieć coś w stylu Hellera, Goldinga z dawką Prousta i Wilde’a, ale umieszcza to w dekoracjach, które jako żywo przypominają “Seksmisję” - niby fantasy, a i tak wiemy, że to kartony w studio filmowym. Jako gratis dostajemy dwójkę narratorów - wszystkowiedzącego i główną bohaterkę, nie odkryłem po co, ale doceniam kolejne wyzwanie pisarskie. Mam prośbę do pisarzy i pisarek - piszcie o Polsce zza okna, nie twórzcie statków kosmicznych, my tu mamy swoje odloty i kosmosy, dekoracje są niepotrzebne.
W czwartej części znowu mamy historię miłosną, niby współczesną, tym razem o miłości dosięgniętej i spełnionej. Z silnym nawiązaniem do części pierwszej, bo jeden z bohaterów nazywa drugiego “Psem”, podobnie jak Anna wołała (w aktach sympatycznych) Jarosława. To uroczy kawałek książki, w której bohater odkrywa, że może kochać i że miłość ma sporo do zaoferowania. Przypomina to wszystko mocno “Tatarak” Wajdy, w którym próbowano uwspółcześnić Iwaszkiewicza. Podobne zabiegi stosuje Karpowicz i zdecydowanie pozytywnie wpływają one na moją lekturę “Miłości”.
Kończymy “Dobrem”, szczęśliwie krótką historią bajkową o księciu Zbyszku i jego - przymusowo wcielonym w rolę - przyjacielu, zwanym Jedwabnym. Te kolejne metafory Karpowicza i ćwiczenia ze stylizacji tutaj poszły jak dla mnie za daleko i tak historia, jak i wszystko, w co ją przybrano, wydały mi się miałkie, męczące i byłem rad, że zbliża się zakończenie. Zakończenie całkiem udane i będące mocą klamrą.
Karpowicz wyszedł z założenia (słusznego), że w literaturze wątek homoseksualny pojawiał się przeważnie przebrany - za baśń, metaforę, niedopowiedziany, zakryty. “Wraz z amputacją seksualności amputuje się emocje, współodczuwanie. Stajesz się nieosobą”. (...) Przestajesz być osobą, a stajesz się.. nm cóż, automatonem”. Miłość, która nie zna imienia - słyszeliście kiedyś takie określenie? Karpowicz chciał napisać wielowątkową powieść, w której podróż przez czasy odkryje przed nami, że walka o miłość jest najważniejsza i choć życie bywa ohydne, to wciąż warto żyć, bo gdzieś tam jest “miłość”. Jest w “Miłości” wiele tropów, inspiracji, odwołań, fascynacji, doprawionych tonami egzaltacji, kosmicznych ambicji, pretensjonalnych telenowel i wyświechtanych mądrości, w których tonie to, co w pisarstwie Karpowicza najlepsze - umiejętność pięknego pisania, ale tylko wtedy, gdy ogranicza on rekwizyty i nie udaje, nie kusi nas pięknymi strojami, nie przebiera w czyjeś ubranka, a wierzy w siebie i to, co ma do powiedzenia. “Balladyny i romanse”, choć były zdecydowanie rozwleczone, to jednak miały urok campowej powieści przygodowej, “Ości” mimo wielu wad, opowiadały jakąś tam prawdę o nas, “Miłość” opowiada prawdy już znane, a jej potencjał emancypacyjny jest niewielki (oprócz autoterapii). Zamiast “Miłości” przeczytajcie wpis Iwaszkiewicza z “Dziennika” o Błeszyńskim po jego śmierci (“Śmierć Jurka”, drugi tom “Dzienników”) lub ich listy - to jest wielka literatura, ubrana jedynie w miłość i rozpacz. Do niej wiele Karpowiczowi brakuje.
" Nie wiem czy człowiek rodzi się z pierwszym kłamstwem. Jeśli tak, to jakie ono jest? (...) Kłamstwo główne zostało tak gorliwie i szeroko rozpracowane przez literaturę, psychologię i rozmaite nauki, że wstyd się do niego przyznawać. Kto nosi w sobie takie kłamstwo, wydaje się ułomny i tchórzliwy. Bo czego tu się bać? A taka jest natura tego kłamstwa - strach. I wstyd."
Ludzkie kłamstwa, ucieczka przed bolesną prawdą oraz oszukiwanie własnej natury to główne motywy przewodnie w najnowszej powieści polskiego pisarza Ignacego Karpowicza pt. "Miłość".
Książka ta porusza temat miłości zakazanej, piętnowanej i społecznie nieakceptowanej. Uczucia, które jest bardzo często powodem do wstydu, ciągłego zakłamania i prowadzenia tzw. "podwójnego życia".
Ignacy Karpowicz kreując głównych bohaterów doskonale podkreślił ludzką naturę, jej namiętności, pożądania i obsesje. Nikt z nas nie chce być bowiem samotny, każdy z nas chce odnaleźć w życiu osobę, która okaże się kimś ważnym, dla której będziemy po prostu mogli żyć.
Całość książki podzielona jest na rozdziały - Dobro / Prawda / Piękno. Fabuła toczy się na różnorodnych płaszczyznach czasowych - w czasach szlacheckich / w teraźniejszości / w Polsce futurystycznej / w baśniowej krainie.
Język oraz styl autor w bardzo umiejętny sposób dostosowował do ram czasowych, które są ze sobą splecione jednym głównym motywem - miłością homoseksualną.
Tworząc tak odległe, ale także przyszłe wizje naszej rzeczywistości, autor stawia przed nami pytanie - jak problem odkrywania własnej seksualności wyglądał kiedyś, jak przedstawia się teraz oraz jak będzie on ewaluował.
Otóż, problem miłości zakazanej to temat poruszany wielokrotnie w literaturze, który był "rozbierany" na wiele czynników pierwszych, a także szeroko komentowany i niejednokrotnie negowany.
Osobiście "Miłość" Karpowicza zrobiła na mnie duże wrażenie. Dość powiedzieć, że książkę chciałem sobie dawkować w należytych ilościach, ponieważ nie chciałem przeczytać tej pozycji w jeden zimowy wieczór.
Autor z wielką zręcznością porusza się po różnorodnych płaszczyznach czasowych, tworzy doskonale tło wydarzeń, ich głównych bohaterów oraz problem zmagania się z odkrywaniem własnej seksualności.
Życie w nieustającym kłamstwie, oszukiwanie własnej rodziny i przyjaciół, ucieczka przed społeczną niechęcią oraz brak akceptacji własnego siebie - to tylko niektóre tematy, które możemy spotkać w "Miłości".
W tej książce wszystko ma swoje miejsce, wszystko jest przemyślane i starannie dopracowane - sentymentalizm i wzruszenie mieszają się z ludzkimi namiętnościami i cielesnym pożądaniem.
Autor potrafił jednak wstrzymać się od wulgaryzmów, ostrego języka i uniknął zbędnego erotyzmu. Ukazał motyw przewodni w bardzo subtelny, aczkolwiek wyrazisty i dający się zapamiętać sposób.
To z pewnością nie było moje ostatnie spotkanie z literaturą Karpowicza - polecam!
Wielokrotnie próbowałam przełamać się i w końcu przeczytać tę książkę od początku do końca, jednak styl jakim posłużył się autor jest na tyle sztuczny, że muszę przyznać się do porażki w tym przedsięwzięciu. Nie lubię mówić o pracy, że jest źle napisana, jednak o tej nic innego powiedzieć nie można. Chwilami co prawda zdania układają się dość ładnie, ale jest to raczej rzadkość. Było to moje zaznajomienie z autorem i gdybym nie poznała przez całkowity przypadek innych pozycji pana Karpowicza, raczej nie sięgnęłabym po nie z własnej woli. Podsumowując, "Miłość" chciałaby być zbiorem historii z głębokim przekazem i napakowanym artyzmem, jednak niestety wychodzi ona dość sztucznie.
Mogę tylko powiedzieć, że jest to bardzo dziwna książka. Początkowo przypominały mi się dramaty Mrożka, dziwne sztuki Witkacego i Gombrowicz. Posłowie mogło naprowadzać na Iwaszkiewicza ale, jest to dziwna opowieść. Symbole wzajemnie się poganiają wykluczając możliwość normalnego śledzenia fabuły. Warte grzechu dla studentów polonistyki, zatwardziali wyznawcy autora, do jakich się zaliczam przeczytają i zadumają się nad wątkiem miłości i dobra. Ot i tyle
Mam mieszane uczucia co do tej książki. Wszyscy wieszają psy na tej książce, że słaba, że beznadziejna że w ogóle z czym do ludu.... Z takim właśnie nastawieniem zaczęłam czytać i zostałam mile zaskoczona bo książka jest naprawdę fajna. Nie jest to NIEHALO ani SOŃKA bo jest to coś zupełnie innego, ale warte przeczytania/uwagi dla fanów pana Karpowicza.
Narracją zbliżona do Atlasu Chmur, jednak dużo bardziej jednowymiarowa i monotematyczna. Myślę, że książka zyskałaby dużo na tematyce, gdyby nie była nakierowana wyłącznie na miłość między dwoma mężczyznami.
W powojennym dworku mieszkał sobie pan KICZ, który bardzo chciał być Iwaszkiewiczem i Małym Życiem, ale mu nie wyszło. Tak NIEMIŁOSIERNIE się starał, że aż się przestarał i wymęczył coś takiego. Że niby miłość. Wielki minus za bardzo nieetyczną promocję.
Rozumiem, naprawdę rozumiem założenie stojące za tą książką, doceniam symbolikę i niechamskie nawiązania, doceniam wielowarstwowość i sprytną strukturę, ale całość jest jednak zbyt pretensjonalna żeby się z książki należycie cieszyć. A tak gęsto polecali w "Książkach"!
Jeśli ktoś niestety musi już sięgnąć po jakąś powieść Karpowicza, to chyba najlepiej, by sięgnął po ten tytuł. Kto to zaliczył do 10 najlepszych powieści 2018? ;)
Podchodziłam do pana Karpowicza z wielkim entuzjazmem, a tu bach! Twarde lądowanie. Niemiłe rozczarowanie. Pitu pitu. Czy naprawdę warto poświęcić czas na (podobno piekną) "Sońkę"?
Ciekawe ujęcie, podkoloryzowana dość mocno współczesność i problem jaki opisuje książka pozwala odczuć ból z jakim zderzają się osoby nieheteronormatywne.
Okropne. Ta książka jest o niczym. I nawet szczery wątek Zbyszka i niezły miejscami styl jej nie ratuje. Szkoda każdej sekundy poświęconej "Miłości" Karpowicza.