Oto literackie świadectwo naszego czasu. Powieść niewielka, ale gęsta, dużo się w niej dzieje. Bohater ma na imię Franciszek i jest malarzem. Zaczyna się starzeć, przeżywa artystyczny kryzys, nęka go dramat upływu czasu i problemy ze zdrowiem. Jego małżeństwo jest w ruinie, a wokół trwa zimna wojna domowa. Temat zatem nie wydaje się wesoły, mimo to książka pełna jest ironii i serdecznej kpiny. Bo też ironia i sztuka są jak modlitwa – nie tylko dla bohatera powieści, lecz także dla autora. We współczesność czasami wkrada się przeszłość, kiedy Franciszek wspomina swoją działalność opozycyjną, zastanawiając się, czy to wszystko nie zostało zmarnowane. Sprawy osobiste mieszają się z publicznymi. W efekcie otrzymujemy zapis odczuć polskiego inteligenta w chwili, kiedy kończy się jego świat, a on sam atakowany jest przez samotność, komercję i obłęd polityczny.
Był stałym felietonistą paryskiej "Kultury", gdzie publikował pod pseudonimami Witold Charłamp i Smecz. Na jej łamach, pod pseudonimem Smecz, rozpoczął serię felietonów "Z ukosa", które następnie kontynuował w "Rzeczpospolitej" i "Newsweeku" (od czerwca 2007). Pracował także w redakcji "Tygodnika Kulturalnego". Współpracował z Twoim Stylem (felietony "Notatnik erotyczny"). Obecnie (marzec 2009) pracuje w redakcji "Zwierciadła", gdzie publikuje felietony "Czułym okiem" oraz współpracuje z tygodnikiem "Newsweek".
Należał do "Solidarności". W stanie wojennym ukrywał się przez rok. Był internowany. Redagował w drugim obiegu pismo literackie "Wezwanie" (1982-1988). W latach 1990-1994 był dyrektorem Instytutu Polskiego w Sztokholmie oraz attache kulturalnym w Szwecji. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Piękna okładka i obiecujący tytuł. Na obiecankach się jednak skończyło. Miałam wrażenie, że autor chce tu stworzyć drugi „Dzień świra”, ale nie coś nie pykło. Główny bohater jest niezwykle negatywny, irytujący i męczący. Co by się nie działo, Franciszek jest na nie. Niestety wg mnie autor nie potrafi w ironię i czarny humor, więc wyszło po prostu wybitnie słabo.
Pseudo-filozoficzne przemyślenia głównego bohatera są okropnie płytkie. W całej książce głębi niestety brak, a napisana jest tak infantylnym, irytującym językiem, że czytanie jej wymagało ode mnie dużo cierpliwości. Nie spodziewałam się również po niej takiej ilości negatywnej energii. Czułam się zmęczona i przytłoczona rozwodzeniem się nad starością i opisywaniem jej w tak okropny sposób. Główny bohater jest strasznym człowiekiem. Cynicznym, pesymistycznym i w sposobie myślenia o świecie i innych ludziach ( w szczególności o kobietach) obrzydliwym. Do tego te wielkie wynurzenia na temat polityki czyli po prostu powtarzanie, że pis obrzydliwy, okropny i ze gdyby jego żona miała poglądy odmienne od niego to już by się z nią rozwiódł. I tyle. Bez żadnej głębszej analizy. Nie polecam.
Moja ocena to 3/5. Jest sprawiedliwa. Jedna gwiazdka za oprawę graficzną okładki, druga za lekkość czytania, trzecia za nietuzinkowy "język książki". Fabuła jest bardzo prosta, nie ma w niej zwrotów akcji, ani spektakularnych wzniesień. Mimo że wydarzenia są chronologiczne nie dawałbym temu dziełu łatki "powieść". Bardziej przypomina to zbiór opowiadań z bardzo krótkimi historyjkami. Nic one jednak nie wnoszą, są bardzo płytkie. Okładka ładna, taka powiedziałbym apetyczna. To właśnie przez okładkę sięgnąłem po tę lekturę. Pozory jednak mylą. Sprawdza się powiedzonko żeby nie oceniać książki po okładce. Podsumowując: polecam przeczytać dla zabicia czasu.
„Podobnie jak wielu ludzi, na których spadło nieszczęście, pytał Boga, w którego nie wierzył: "Dlaczego mnie to spotkało?". "A dlaczego miało cię nie spotkać?" - odpowiadał Bóg, w którego nie wierzył.”
Rak w czystej postaci, po przeczytaniu tej książki można od razu iść się kłaść na onkologię. Dawno nie czytałem gorszego gniotu. Marketing (bardziej oprawa graficzna) zrobił dużo bo było to najgorzej wydane 20 zł w życiu. Grafomańska tragedia!!! Jestem daleki od tak surowego oceniania pisarzy ale to co zrobił T.J. nie mieści się w żadnych ramach. Jeszcze raz powtórzę - grafomania po stokroć, a te wtręty polityczne (na początku książki leciutko, później już na każdej stronie) poniżej jakiegokolwiek poziomu. Gdyby była taka możliwość to dałbym tej książce -5.
1.5 ⭐ Miało być inteligentnie, filozoficznie i odkrywczo a było mdło, chamsko, nudno i momentami obrzydliwie. Część spostrzeżeń autora mogłoby nawet mieć ręce i nogi gdyby napisał je na nowo i z klasą ktoś inny 🥴 Wydanie bardzo ładne ale niestety nawet to mnie nie przekonało do zostawienia tej książki na półce.
2,5/5, na ocenę składa się ładne wydanie, zachęcający tytuł i mądre/refleksyjne zdania które pojawiają się co kilkanaście stron. Warto wspomnieć że pojawiają się mocno niesmaczne momenty ale przynajmniej szybko się czyta
Mimo tego, że w dużej mierze książka bawiła mnie (chociaż chyba nie taki był zamiar autora), to nie prowadzi ona do niczego. Niestety zgadzam się z większością negatywnych komentarzy, książka "taka se". Nie była bardzo zła, ale nie dała mi wiele emocji. Szkoda, bo dobrze się zapowiadała. 2,5.
Przemijalność, starzenie się, uciekający czas… zmieniające się ciało, zmieniająca się rzeczywistość, zmieniający się świat. Franciszek, artysta malarz, mierzy się z tymi problemami. Dopada go andropauza, której nie chce się poddać. Walczy też z żoną alkoholiczką. I z żoną, i z jej alkoholizmem. Perypetie Franciszka dają do myślenia. Prowokujące i cięte uwagi mężczyzny o smaku słodko-gorzkim niejednokrotnie wywołują uśmiech. Franciszek narzeka na niemalże wszystko: począwszy od rządu, na który jest straszliwie cięty, po najbardziej błahe rzeczy. Ironii, cynizmu i czarnego humoru tu nie brakuje. A język autora zachwyca i od razu widać, że to lektura cienka, lecz gruba. Proza Pana Jastruna warta jest polecenia. I choć marudzenia, narzekania i utyskiwania jest w niej mnóstwo, to jednak te historie uzmysławiają czytelnikowi, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Bywa ciężko, bywa bardzo źle. Czasem aż wychodzi się z siebie, a czy się wróci…? To zależy od woli walki.