2,5/5
Są książki mało znane, po które sięgają tylko nieliczni, i są książki niesamowicie popularne, które prawie każdy zna. Są lektury krytykowane na każdym kroku, mające bardzo wąskie grono fanów i są takie zbierające niemal same pozytywne opinie, przy których ze świecą szukać tych mniej entuzjastycznych. Są powieści takie, które chwytają za serce i znajdują sobie w nim miejsce na zawsze, ale są też takie, po których nie zostaje nawet wspomnienie.
"Trzy godziny ciszy" to tytuł, na temat którego nie widziałam żadnej słabszej opinii. Wszyscy go zachwalali, trafiał do książkowej topki wielu osób, aż nakład się wyczerpał, a w sieci można było znaleźć tę lekturę za grube pieniądze. Doszłam do wniosku, że i ja dam się namówić na tę perełkę - jednak nie byłam tak zdesperowana, żeby mieć ją na swojej półce (zdjęcie papierowej wersji wklejone). Na szczęście Legimi wykupione, więc zabrałam się za czytanie i... klops.
Patrycja Gryciuk stworzyła historię, którą ciężko sklasyfikować, bo wiele gatunków miesza się tu ze sobą. Jakby dobrze się zastanowić, to jest tu niezły miks, ale jak wiadomo - co za dużo, to niezbyt zdrowo. Kiedy dochodzi jeszcze do tego irytująca bohaterka zadufana w sobie, której całe życie kręci się wokół jednego - nawet po wielu, wielu latach, kiedy powinna odciąć się od przeszłości, skoro wie, że myślenie jej nie służy i coraz bardziej zanurza się w toksycznej brei. Mało tego - rozwiązanie sprawy z jej chorobą niby ciekawe, ale takie to wszystko... miałkie było. Same ostatnie zdania - świetne. Tylko czy to nie za mało przy pierwszej połowie ciągnącej się jak flaki z olejem, kręcącej się wokół tych samych wydarzeń, oraz drugiej połowie, w której dzieje się więcej, ale jeszcze mniej sensownie?
Szanuję, że ta powieść to ulubieniec znacznej większości czytelników. Ja niestety nie zaliczam się do tego grona, bo w zasadzie nawet po dłuższym zastanowieniu się, nie mogłabym wskazać czegokolwiek, co mogłoby mnie łapnąć za serce