Autorka bestsellerowych romansów historycznych Julia Mrok kieruje się dwoma pragnieniami: rozkoszy i opowieści. By je zaspokoić, z nikim się nie liczy i nie zważa na skutki swoich poczynań, ale kiedy posuwa się za daleko, w końcu musi zniknąć z własnego życia. Zmienia tożsamość i wygląd, opuszcza swoich dwóch kochanków. Z Warszawy wyjeżdża do Ząbkowic Śląskich – miasteczka, do którego bardziej pasuje dawna nazwa Frankenstein. Wszechobecna atmosfera grozy zagęszcza się zwłaszcza w jedynym hotelu w mieście, gdzie uciekinierka postanawia wynająć pokój. Jego tajemnicza właścicielka, Wiktoria Frankowska, prowadzi w nim spa "Pod Królikiem". Potworna tajemnica, jaka wiąże się z tym miejscem sprawi, że Julia Mrok będzie musiała na nowo zmierzyć się ze swoją przeszłością i podjąć decyzje, które po raz kolejny odmienią jej życie.
Joanna Bator is a Polish novelist, journalist and academic. She has written a number of books, both fiction and non-fiction. Her titles such as "The Japanese Fan" and "Sandy Mountain" have received wide acclaim in her native Poland. In 2010, she was nominated for the Gdynia Literary Prize for her book "Sandy Mountain". In 2013 her novel "Dark, Almost Night" has earned the Nike Award.
Jestem umęczona, a właściwie umordowana, czytaniem "Roku królika". Wszystkie negatywne opinie o tej książce są jak najbardziej słuszne. Chciałabym móc znaleźć choć jeden pozytyw, ale nie jestem w stanie. Czytanie "Roku królika" to MORDĘGA. Tu nic nie ma sensu, nic się nie zgrywa. Postaci są niepełne, utkane z dziwności, nierealne. Podobnie jak fabuła, która zdaje się być zaledwie szkicem. Najgorsza w tym wszystkim jest GROZA, która nie budzi LĘKU, lecz ODRAZĘ i NIESMAK.
Miejscami powieść porywała mnie jak wrąca rzeka, miejscami z trudem w niej brodziłam. Nie umiem też wskazać, co było takiego w częściach, które mnie wciągały, czym różniły się od tego, co mnie nudziło. Książka ma jednolite tempo i styl, można ją posiatkować na kawałki, zmienić ich kolejność i nie odbije się to znacząco na treści, co też z miejsca mówi nam, jaki to typ powieści.
Generalnie to książka o niczym, co nie jest żadnym zarzutem. Nie przyszłam tu po fabułę tylko po pretensjonalny, przeintelektualizowany bełkot Bator, który tak mi się podobał w "Wyspa łza". Dostałam to dziwnie przefiltrowane, jakby pisała "Rok królika" na mniejszych obrotach. A miałam spore oczekiwania, Frankenstein, Mary Shelley, gotycyzm. Taki kraj, taki gotycyzm, mogę tylko wzdychać z niezaspokojonej potrzeby gotyku. To gothic-baiting i czuję się personalnie zaatakowana.
W każdym razie fabuła wygląda tak: znana pisarka romansów historycznych, Julia Mrok, finguje swoje zniknięcie, bo jest przekonana, że jej kochankowie, Aleksander i Al, chcą ją zabić. Zamiast ich zamordować plagiatuje "Gone girl" i zostawia w domu partacko zatuszowane dowody jakoby popełnionej na niej zbrodni. Udaje się w podróż donikąd, która zaprowadza ją do Ząbkowic Śląskich. Tam składa sobie fikcyjne/magiczno-realistyczne biografie dla swojej nowej i poprzedniej tożsamości (jest sierotą o nieznanym pochodzeniu, więc może uskuteczniać freudowski romans rodzinny ile dusza zapragnie), rezydując w dziwnym Spa pod Królikiem. Akcja toczy się w świecie, w którym nagłówki brukowców (nawet to osławione "Nie śpię, bo trzymam kredens") są potraktowane dosłownie, prawdziwe, nieważne jak przesadzone i sensacyjne. To chyba najciekawszy element powieści i miałam sporo makabrycznego ubawu z tego, jak nagłówki układały się w przepowiednie co do losów postaci albo jak grecki chór komentowały poczynania bohaterki. Ach, jeszcze Anna, bo takie nowe imię nosi nasza bohaterka, zaczyna pisać nowy romans z fragmentów biografii napotkanych osób. Powieść w powieści. Jak widać wszystko jest poszatkowane jak potwór Frankensteina, ale w taki oklepany sposób. I mało krwawy ostatecznie. Nawet "Morderca Blondynek" z nagłówków gazet nie ratuje sytuacji.
Niewiele się dzieje, dzieje się dziwnie, głównie na planie neurotycznych wynurzeń bohaterki i starych obsesji Bator - podwójne życie jej bohaterek, zaginione bliźniaczki i sobowtóry są już stałym elementem jej twórczości i zaczynam się zastanawiać, jak ona mieści na strychu te wszystkie szalone kobiety.
Podsumowując, zapowiadało się to na lepszą (bardziej rozrywkową przynajmniej, bo dobrej książki się tu nie spodziewałam) lekturę niż wyszło w praktyce. Trójka za staranie.
Mam ogromny problem z tym książką. Ludzie, którzy są ze mną na tym koncie jeszcze z czasów pandemii wiedzą, że jestem Joanna Bator biggest fan #1 Dżoana pij ze mnom kompot. Ale co do ROKU KRÓLIKA mam bardzo mieszane uczucia. Nie wstrząśnięte. Zmieszane. Już mówię o co chodzi, ale po kolei. I ze spojlerami. Żeby nie było, że nie ostrzegałam. Jak zawsze Aśka zapodaje realizm magiczny z wdziękiem Smoczyńskiej i humorem Kolskiego. Jest ich odpowiednikiem na papierze, sprawia, że śląskie miasta zamieniają się w magiczne portale do innego świata, gdzie wszystko jest na opak, dialogi są pisane po batorowemu, nic nie jest prawdą, a kłamstwo na końcu okazuje się tym, co ukrywano sprytnie przed czytelnikiem. Kocham jej światy. Wciągają mnie jak odkurzacz pokruszone czipsy po jedzeniu ich na podłodze przed telewizorem. W Ząbkowicach Śląskich coś mi zgrzytało, ale poczułam to wyraźnie między zębami dopiero pod koniec. Mamy tutaj klasyczną gonegirl sytuację, tylko Julia vel Anna nie jest jebaną psychopatką. To po prostu kobieta mocno zagubiona, którą parajona zaprowadziła na sam skraj, więc uciekła. Powiedzieć, że Julia vel Anna (JVL w skrócie) jest trochę niesympatyczna to jednak mało. Można dostać zadyszki, próbując nadążyć za tym, co widzi, co czuje, o czym pisze. A mówi bardzo dużo, głównie o kobietach. I gdzieś na końcu, w tej trzeciej czwartej książki, ta narracja zaczęła mnie uwierać, bo po raz pierwszy Bator jebała mi lekkim "baby som takie durne", którego bym się po niej nie spodziewała. Wiem, wiem, myśli JVL nie muszą = myślom Bator, ale tekst strasznie zgęstniał od wniosków, że kobiety fujka, debilki trochę. Wszystkie villainki miały wielkie cycki. Nie było tu ani jednej pozytywnej postaci damskiej. Wszystkie JVL podsumowała po swojemu, zaczynając pozytywnie, kończąc na etapie ścieku. I hated this bitch. Jej ciemne okulary, kiedy patrzyła na kobiety, ba, pewien wątek z dziadkiem, który okazał się kobietą I SIĘ POWIESIŁ, po prostu mnie zirytował. Fajnie, burying your gays, gdzie jedna jest zaburzona i w końcu się wiesza, a druga od początku jest martwa i wypluwa ją rzeka. A potem znowu króliki, mgła, zero refleksji, nie wróciła do tego????????? aha Doceniam mocno mały diss na autorki tych wszystkich erotyków, gdzie doszli wspólnie i jęczeli razem do rana. Doceniam za ukazanie poliamoryczności jako czegoś zupełnie normalnego, jak jedzenie płatków na śniadanie. Ona chce mieć dwóch chłopaków, oni się zgadzają razem mieszkać, tylko potem ona jest przekonana, że chcą ją zabić, więc ucieka do Ząbkowic Śląskich, gdzie grasują mordercze króliki. Ale ogólnie wspomina ich bardzo naturalnie, z nostalgią, bez wykładania jak kretynowi co i jak. Doceniam humor i słowotwórstwo. Potrafiłam parsknąć śmiechem w tramwaju przy niektórych dialogach, a na pewno nagłówkach z gazet, które były jakby motywem przewodnim powieści. Główny villain okazuje się absolutnie nieoczywisty, co bardzo mi się podobało. Mniej scena gwałtu w ostatnim rozdziale. Ogólnie ostatni rozdział mi się nie podobał, bo zawierał tyle niepotrzebnej przemocy, która odbiła się jedynie na brwi głównej bohaterki, zero jakiegoś zastanowienia, cokolwiek, że zastanawiałam się, czy nie jest to sytuacja "nie mam pomysłu na końcówkę, blablabla, wyjechała w pizdu, pora na CS'a". Zawiodłam się, naprawdę się zawiodłam. A okładka jest taka ładna!!!
W „Roku Królika” dociekliwi odnajdą wszystko to, co sprawia, że twórczość Joanny Bator jest tak wyjątkowa na tle innych historii. Czarny humor, jeszcze czarniejszy niż zwykle, bo operujący językiem umierających. Miasteczko grozy, które w polskim wydaniu ciągle się zmienia, przekształca, a coś nad nim czuwa i nie jest to ręka Opatrzności. Bohaterowie, którzy w niczym kultowym Twin Peaks za błękitnymi oczami skrywają najmroczniejsze sekrety. I bohaterkę u progu największej zmiany, larwę w trakcie przepoczwarzania się, kobietę zagubioną i odnalezioną na nowo.
Czy „Rok Królika” to powieść kalibru „Ciemno prawie noc”? Nie taki był jej cel. A może więcej tutaj „Wyspy Łzy”, która stanowi preludium do całej opowieści? Jeśli decydować się na porównanie, to jest to intrygujące połączenie obu tych różnych, a jednak tak podobnych w szczegółach powieści. Joanna Bator lubi żonglować tematami, które osaczają jej twórczość, które hipnotyzują jej pisarki umysł, drażnią wyobraźnię. Robi to pięknie, robi to strasznie i niepokojąco.
Nie umiem ocenić nowej ksiażki Joannny Bator. Na pewno czekałam na ksiażkę w klimacie Chmurdali. Nie dostałam tego, na co czekałam. Zamiast tego otrzymałam opowieść przedziwna i niepokojaca. Na pewno nie można jej postrzegać dosłownie. To raczej rodzaj krzywego zwierciadła, w którym czasami udało mi dię dostrzec odbity obraz rzeczywistości. Jeżeli ktoś szuka wrażeń w stylu Twin Peaks, a nawet doktora Caligari nie zawiedzie się. Zastanawia mnie czy autorka zgrabnie balansuje na granicy pretensjonalności, czy jednak ja przekroczyła.
Bardzo lubię bohaterki Joanny Bator. "Rok królika" to zły sen, który dzieje się w Ząbkowicach Śląskich. Podobała mi się narracja o dwóch partnerach i poszukiwaniu siostry i opis Dolnego Śląska. Mniej podobał mi się element fantastyczny.
Ta historia miała potencjał, sam koncept skrzętnie wyreżyserowanej ucieczki od swojego dotychczasowego życia wydał mi się świetny, pojawiło się też kilku interesujących bohaterów w stylu Joanny Bator. Niestety coś poszło nie tak. Książkę czyta się ciężko, jest przegadana, pojawiają się natrętne wątki "mrocznej siostry", które nużyły już w "Wyspie Łza". Główna bohaterka nie wzbudza sympatii ani jako Julia Mrok, ani po zmianie tożsamości jako Anna Karr. Tajemnica rodzinna pozostaje niewyjaśniona, rozpoczęte wątki wielu bohaterów - porzucone, pisana przez główną bohaterkę książka - niedokończona. Całość jest trochę groteskowa, ale są dobre momenty.
Szalona lektura! Miejscami możliwe, że zbyt mocno ocierająca się o kicz totalny. Niemniej dostarczyła mi śmiechu i rozrywki, choć domyślam się, że na pewno nie każdemu przypadnie do gustu humor tej powieści.
Książka jak zły sen, z którego wcale nie chcesz się obudzić. Jak szalona jazda na zardzewiałej karuzeli w opuszczonym wesołym miasteczku. Jak rzut oka na wykrzywioną, ociekającą czymś paskudnym podszewkę rzeczywistości. Podwójność, tożsamość i maska, światło i mrok, życie i opowieść przechodzące jedno w drugie tak, że zacierają się granice. Jazda po bandzie, czasem może grafomańska, wariacka, ale porywająca. Gdybym miała się czegoś czepiać, to tylko nadmiaru tanich złośliwości z gatunku Polska A spotyka Polskę B i się jej dziwi. Trochę za łatwo dworować sobie z czytania tabloidów, z tych antresoli paznokci i szmateksów.
Naprawdę bardzo nie lubię być ciężko rozczarowana książkami autorów, których tak bardzo lubię, ale "Rok królika" nie zostawił mi za dużego wyboru. Po tym, jak rzuciłam nią przeszło pół roku temu, w końcu zmęczyłam tę książkę w nadziei, że gdzieś znajdę coś, co ją ratuje, ale końcówka była jeszcze gorsza od początku. Nie było tu właściwie nic innego, jak 400 stron pokazujących, jak narratorka gardzi całym światem, tendencja, która wychodziła miejscami z "Ciemno, prawie noc", tylko tutaj spotęgowana i (w moim skromnym odczuciu) pozbawiona jakiegokolwiek celu.
Autorka książki sama strzela sobie w stopę niemal na każdym kroku. Język jest bujny i ciekawy, na dłuższą metę niesamowicie męczący. Historia na początku wciąga i zastanawiamy się co będzie dalej po czym wpada w wir niepotrzebnych zdarzeń żeby zakończyć się jedną sceną akcji przyklejoną do pierwotnej idei strzępkiem taśmy klejącej porzucając w pełni wszystkie doświadczenia zebrane po drodze. Cieszę się, że skończyłam tą książkę.
Po zmęczeniu pierwszych 100 stron zaczęłam mieć nadzieję, że coś się w tej książce rozkręci. Pojawiło się parę ciekawych wątków i niestety żaden z nich nie został porządnie rozwinięty. Zakończenie też rozczarowało. To była pierwsza książka Pani Bator, którą przeczytałam i chyba ostatnia na jakiś dłuższy czas.
To nie jest książka dla każdego. Tak samo mroczna, jak „Ciemno, prawie noc” czy „Chmurdalia”, które są jednymi z najlepszych przeczytanych książek, ale jest jeszcze bardziej...dziwna? Nie umiem powiedziec, czy mi się podobała. Nie zostanie mi w pamięci, jak inne książki autorki.
Przeczytałam 94/480 stron. Brawo pani Bator, dzięki pani zrobiłam coś co mi się prawie nie zdarza: odpuściłam sobie książkę przed dobrnięciem do ostatniej strony.
Przedziwna hybrydowa metapowieść, chaos i dłużyzny początku wynagradza druga połowa. Znaki, obsesje, upiorny gęsty klimat, surrealizm zdarzeń i postaci. Ciekawy dyskurs o tożsamości.
Totalna strata czasu. Kiedyś myślałam, że wszystko co wyjdzie z pod pióra pani Joanny, łyknę jak młody pelikan i będę nasycona i zadowolona. A tu taki gong. Nie skreśliłam pisarki, GORZKO GORZKO mnie zwaliło z nóg CIEMNO PRAWIE NOC również. Przede mną jeszcze UCIECZKA NIEDŹWIEDZICY.
Zostawiłam tę książkę w połowie. Nawet za połową - bardzo rzadko mi się to zdarza; pozostaję do końca optymistką, że kolejna strona przyniesie choćby jedno czy dwa ładne zdania, które pozwolą uratować całość.
Tu jednak każda kolejna strona przynosiła kolejne zawirowania historii, kolejne postaci, z których każda ma swoją własną, zawirowaną historię. Są dzieła, w których się to udaje - robi to u siebie Jonathan Safran Foer, Jaume Cabre czy Michael Chabon. Fundują swoim czytelnikom kalejdoskop postaci, które mienią się wszystkimi barwami, ale rozbłyskują tylko na chwilę. U Bator tego nie znalazłam - choć postaci pojawiały się na dość długi czas, nic w ich historii mnie nie przytrzymało; kiedy natykałam się na kolejną rewelację dotyczącą głównej bohaterki mogłam tylko westchnąć - żadne ze zdarzeń z jej przeszłości nie zostało na tyle umiejętnie zarysowane ani na tyle pogłębione, żeby cokolwiek wnieść: czy to do historii, czy do mojego życia. Przez te pierwsze 200 stron książki miałam wrażenie, że Bator chciała napisać coś w rodzaju polskiej Gone Girl, ale wyszło to właśnie tak, jak może wyjść w zamierzeniu polska Gone Girl i mocno pachnie polskimi gangsterskimi filmami z Milewiczem czy Kukizem z lat dziewięćdziesiątych - sceny pościgu ze starym, białym Golfem i steki przekleństw to tylko część przepisu na dobry film akcji.
Bardzo podobne odczucia nadmiaru wrażeń do niczego nie prowadzących miałam czytając Siódemkę Szczerka. Tam jednak główną wartością była satyra na współczesną Polskę, więc kolejne fantastyczne zdarzenie było przez mnie traktowane jak platforma do celnych uwag o polskim społeczeństwie. W Roku królika tego nie ma, bo trudno w ten sposób traktować kolejny wymyślony, tabloidowy tytuł.
Być może popełniłam błąd, być może na kolejnej stronie były te dwa zdania, na które czekałam. Być może wszystko udaje się Bator na koniec pochwycić i wszystkie, wydawałoby się zbędne wątki i postaci, nie były tylko zaśmiecaczami, a starannie przemyślanymi elementami całości. Ale kiedy otwieram książkę i dowiaduję się kolejnej fantastycznej historii, która nie zmienia niczego, to wiem, że pora przejść do następnej pozycji na liście.
Ciekawa książka, trochę zagmatwana historia ,ale piękny, obrazowy język jakim pisze autorka rekompensuje wszystkie drobje niedociągnięcia. Ciekawa, nietuzinkowa historia niebanalnej kobiety. 3+/5
Ta powieść to dowód na to, że nawet dobry pisarz tworzy czasem coś koszmarnego. Dałabym jedną gwiazdkę, gdyby nie cień szansy, że to, co biorę za nieudolność, mogło być zamierzone. Ale czy to coś zmienia? Bohaterka postępuje w sposób nielogiczny, bez psychologicznego prawdopodobieństwa i wszędzie te króliki. Zupełna niedorzeczność sprzedana pod płaszczykiem realności. Powieść klasy B. Trochę męczarnia, trochę eksperyment.
Zaskakująca, dziwna i wtłaczająca w tryby swojej historii. Tak w kilku słowach można by opisać to czym jest "Rok Królika". Powieść o popularnej pisarce romansów historycznych, która postanawia odciąć się od swojego życia w dobrobycie i popularności i przybiera tożsamość Anny Karr. W jednym z wielu nagłówków, które śledzi i kataloguje, jej uwagę przyciąga ten o miejscowości Ząbkowice Śląskie. Ten kierunek obiera na swoją trasę poszukiwań nowego "ja".
Miejscowość ta okazuje się miastem potworem, pożerającym, wsysającym w wir dziwnych wydarzeń. Miasto kilku dobrze znanych miejsc dla bohaterki, podczas gdy pozostałe ulice są jakby nieznane, wzbudzające strach i tworzące labirynt, z którego trudno odtworzyć drogę powrotną.
Mieszkańcy tworzą nieodgadnioną materię, są ludźmi z przeszłością, który niechętnie dzielą się też tym co obecnie. Dziwne ludzkie karykatury i równie podejrzane Spa dla Królików, prowadzone przez właścicielkę hotelu z pomocą kilku osób z Ząbkowic Śląskich.
Powieść pełna symboli, różnych odczytań, jak chociażby tytuł mający swoje odniesienie w horoskopie chińskim. "Rok Królika" to wspaniała przygoda dla tych, którzy uwielbiają innowacyjne, niesztampowe historie. Joanna Bator funduje mistrzowską powieść po najbardziej skrywanych przestrzeniach świadomości człowieka. To "Alicja w Krainie Czarów" dla dorosłych, gdzie rzeczywistość miesza się z tym co wyobrażone.
O ile książka "Ciemno, prawie noc" pozostawała w klimacie przyjemnego, jeśli można to tak określić, zważając na jej temat, realizmu magicznego, o tyle "Rok królika" jest totalnie przesadzony. Główna bohaterka wydziwia rzeczy absurdalne, irytujące i nie do przyjęcia do tego stopnia, że bywają momenty będące stekiem bzdur i stertą zdarzeń niedorzecznych, na które nie zgodziłby się żaden człowiek o zdrowych zmysłach. Główna bohaterka jest zbyt naiwna i naprawdę przeszkadza to w lekturze. Rozumiem, że miała to być powieść w jakimś stopniu symboliczna, ale albo alegorie były za słabe, albo realizm, bo zostało coś dziwnego pośrodku, zbyt przekombinowanego. Element króliczy wypada słabo w porównaniu do kociego, który pojawia się w poprzedniej książce Bator. Jest na tyle rozmyty, że właściwie ciężko jest dociec o co chodzi poza nazwą Spa, ideą tego miejsca i połączeniem jej z kalendarzowym rokiem królika. Podzielam opinie, że lektura zadziwia, że jest inna, podoba mi si�� i doceniam konstrukcję Ząbkowic Śląskich, ale całość niestety wypada słabo.
Przedziwna książka. Początkowo irytująca specyficznym, gęstym i "przegiętym" stylem, nagromadzeniem zbyt efektownych - momentami efekciarskich - porównań, dziwacznych postaci, ewidentnymi nawiązaniami-parodiami literackimi (Gombrowiczem, Kafką, Schulzem, Murakamim). Z czasem jednak całe to przestylizowanie urzeka, podobnie jak oniryczna, surrealistyczna atmosfera, jakby miasteczko Twin Peaks czy Alicja po drugiej stronie mocno deformującego lustra. Im głębiej się wgryzałam w książkę tym mniej było irytacji i tym mocniej wkręcałam się w całą zakręconą historię, jak sen, o którym czujemy, że jest całkowicie bezsensowny, ale nie mamy ochoty się obudzić. W głowie pozostało mi mnóstwo obrazów, wątków, postaci - niektóre z nich są szalone, inne niespodziewanie czułe - od których trudno się odkleić.