To ja napiszę tak: Wielka i Ważna Literatura to to nie jest. Będzie nas w niej irytować trochę rzeczy - to uporczywe "ja oglądam telewizję i czytam!", i to, że cały czas pani Wiesia nie lubi kłopotów (okej, jakby to było raz na jakiś czas, ale na jednej stronie potrafi być po pięć razy!).
Ale!
Wzruszymy się. Nieraz.
Pomyślimy, że to piękne, że komuś coś w miłości i w życiu wychodzi. I że może takie szczęśliwe zakończenie nam też kiedyś się przytrafi.
Uśmiechniemy się. Też nieraz.
Wciągniemy się. Tak, że przesiedzimy z książką całe trzy godziny nudnych ćwiczeń, potem będziemy siedzieć z nosem w niej w tramwaju i na przystanku, a potem usiądziemy z nią przy kominku i spędzimy cudowny wieczór.
Pokochamy tych bohaterów. I nawet (a może właśnie w szczególności) tą panią Wiesię.
Docenimy, że Magda Witkiewicz - nawet jeśli delikatnie i odrobinę zachowawczo, żeby nie było jakichś strasznych kontrowersji - edukuje polskie społeczeństwo, że to nie płeć jest ważna, tylko człowiek.
I wiecie co? Ostatnio dochodzę do wniosku, że po prostu nie wszystko musi być Ogromnie Ważną, Symboliczną Literaturą Mającą Zdobywać Nagrody Na Festiwalach. Witkiewicz nie obraża mojej inteligencji, a ponadto sprawia, że się uśmiecham, że w odpowiednich momentach leci mi łezka wzruszenia, i że chcę przeczytać kolejne jej książki (co na pewno niebawem uczynię, zwłaszcza że te okładki są po prostu boskie). Szacunek dla Autorki. A ja idę sprawdzić, co jeszcze napisała :-)