Przewodnik po czasie, historii, społeczeństwie i przestrzeni Nowego Jorku. Tak autorka uczciła dziesiątą rocznicę swojej emigracji do tego miasta. Kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych znalazła się tam z jedną walizką, miała o nim mgliste wyobrażenie. Po dziesięciu latach intensywnych wycieczek po Manhattanie, spokojnych spacerów po Central Parku, całodniowych wypraw do Soho, mówi, że chyba rozumie swoje miasto. Opisuje miejsca, które tworzą nastrój Nowego Jorku i etniczne enklawy emigrantów, opowiada o doświadczeniach emigrantki z prowincji Europy w wielkim mieście i powolnym stawaniu się nowojorczykiem. Udaje jej się to, co jest niemożliwe: całościowy opis nowojorskiego klimatu.
styl autorki przypomina mi mój własny z czasów późnej podstawówki, kiedy bardzo chciałam popisać się przed polonistka, ze znam mnóstwo słów i wymyślam najlepsze* metafory na świecie.
Takie duże miasto ten Nowy Jork a tak trudno je dostrzec zza ego autorki. Tytuł to ostrzeżenie - przewodnik niepraktyczny ergo subiektywny, nad wyraz osobisty, podany w sposób, który mnie nie interesuje. Dla zainteresowanych 100% nowjorskości w Nowym Jorku polecam Delirious New York.
Pozycja specyficzna, po skończeniu wciąż mam wątpliwość co o niej myślę... Z jednej strony czytałam tę książkę z wypiekami na twarzy - jak ostatnio wszystko na temat tego miasta. Autorka jest błyskotliwa, elokwentna, pisze ładnym językiem. Sporo tu nietypowych ciekawostek (mimo że dość często spłyconych i okraszonych opiniami opartymi na stereotypach). Niestety duży minus to sama autorka, której jest tu zdecydowanie za dużo, zbyt intensywnie, często dość agresywnie i arogancko. I jak jedna z recenzji na goodreadsach dobrze to ujęła - więcej tu ego autorki niż Nowego Jorku. Mój chłopak stwierdził po przeczytaniu książki: "całkiem niezła, ale nie polubiliśmy się chyba z tą pisarką..." i dokładnie to samo czułam! Czasem ciężko było mi skupić się na NY, bo za bardzo miałam ochotę rzucić książkę w kąt, zła, że autorka, której tu tak dużo jest... aż tak niesympatyczna i arogancka. Wszystkie teksty maja taki sam układ - wychodzimy od ogólnego problemu w NY, skupiamy się potem na jakimś szczególe lub osobie z tym związanej, a na koniec wrzucamy metaforyczną egzaltowaną puentę-podsumowanie. Dlatego mam mieszane uczucia. Nie odmawiam wartości książce, ani wiedzy autorce. Po prostu forma podania nie trafiła do mnie. Byłoby 2,5 ale 3 dałam za ładne czarno-białe zdjęcia pasujące do klimatu książki :)
To się z reguły nie zdarza... Owszem, odkładam książki na później, czasem męczę się czytając, ale zawsze kończę. Nie tym razem. Czytając "Przewodnik..." poległem w dwóch trzecich. "Nowy Jork" to książka bardzo osobista. Zbiór przemyśleń, krótkich esejów na temat własnego życia i własnych doświadczeń z Nowym Jorkiem w tle. Chociaż o niepraktyczności książki dowiadujemy się już z okładki - skala tego zjawiska poraża. Autorka, której nie sposób odmówić inteligencji i elokwencji pisze raczej o tym, co myśli i czuje, niż o tym co wie. Wysuwa tezy, snuje wnioski, najczęściej jednak traktuje obiekty swoich przemyśleń dość powierzchownie. Przepis na książkę wydaje się dość prosty: Weźmy każdą większą dzielnicę i napiszmy kilka stron o tym, jak się w niej czujemy. Następnie weźmy kilka mieszkającym w NY narodów i opiszmy jakieś anegdotki, które przychodzą nam na myśl, gdy o nich myślimy. Następnie kilka budynków, kilka ulic, kilku sąsiadów, znajomych, kilka sław, o które się otarliśmy... Pisząc o blackoucie - skupmy się na tym, jak fajnie jest pić piwo przy świecach. Pisząc o Chińczykach - o tym, że język chiński jest zapewne interesujący ale niezrozumiały. O Włochach - że pizza w NY różni się od tej we Włoszech. O Japończykach - że... cóż, jedyne co pamiętam z rozdziału o Japończykach, to to, że trudno zapamiętać ich imiona... Jeśli pisząc o tym mamy wchodzić w jakiekolwiek szczegóły - niech będą one jak najmniej istotne coby ładnie komponowały się z kwiecistym stylem. W rezultacie otrzymujemy książkę nie o Nowym Jorku, a o autorce i jej pojmowania wszechświata, którego centrum leży na Manhattanie. Rozumiem, że nie każdy pisarz musi być Kapuścińskim i przed napisaniem jednego zdania musi przeczytać tysiące cudzych. Rozumiem też, że nie każda książka musi być napisana pasującym mi stylem. Niestety - przy całej mojej dobrej woli: "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny" momentami jest wręcz kuriozalny. Bo czemu w Nowym Jorku "wszyscy gdzieś idą"? "Chodzą, bo tylko tak daje się ogarnąć i poznać ten gigantyczny mit, w którym przyszło im mieszkać - tę olbrzymią materializację najczystszej idei Miasta, ucieleśnienie najbardziej sprzecznych ze sobą koncepcji i teorii, istniejących wbrew rozsądkowi, który zaleca umiar."
Mój absolutnie ulubiony przewodnik po Nowym Jorku. Bo to właściwie nie przewodnik , bardziej spotkanie z autorką, przy kawie i swobodna, nieco chaotyczna rozmowa. Pełna anegdot, a przez to bardziej prawdziwa. Bardzo!
Dramatycznie spłaszczony obraz świata, widziany przez pryzmat emigrantki z ubiegłego stulecia. Odarte z przemyśleń autorki, pozostawione w formie reportażowej - znośne.
Trudno się gniewać na autorkę, że mało można z tej książki wynieść, zaznaczyła już na okładce, że będzie to przewodnik NIEPRAKTYCZNY. Przeczytałam w całości, ale trudna to była przeprawa. Jeżeli ktoś szuka ciekawych miejsc i opowieści to polecam zacząć od części 4 - magiczne miejsca. Ja doczytałam do końca, bo znalazłam jakieś 6-7 ciekawych opowieści i miejsc w tej 4 części i miałam nadzieję na więcej. Ale jest to jedna z tych książek, które się źle zestarzały, autorka w odbiorze jest niezadowolona, ktoś ją wyraźnie zmusza do siedzenia i pisania o NY. Dużo komentarzy, które z perspektywy prawie 20 lat już są mocno nie na miejscu. Może w kolejnych wydaniach jest inaczej?
niestety nie tego się spodziewałam, znalazłam dużo ciekawych informacji i książkę czytało się przyjemnie natomiast zecydowanie przeszkadzały mi pseudo-filozoficzne rozważania autorki na różne egzystencjalne tematy. Poza tym książkę czytałam na kindlu i bardzo przeszkadzało mi formatowanie - brak wyjustwania, niechlujnie podzielone rozdziały. Całośc sprawiała wrażenie jak gdyby ktoś nigdy nie sprawdził jak wyszła konwersja do formatu mobi.