Gorzki obrachunek wielkiego intelektualisty z 25 latami polskiej demokracji. Marcin Król wraca do pierwszych lat po 1989 roku, aby uznać, że wszystko można było zrobić lepiej. Nie trochę lepiej, lecz dużo lepiej. „Byliśmy głupi” pisze Król. Zaślepieni, niedoświadczeni, niewrażliwi.
Chyba najbardziej denerwującym aspektem książki-eseju Marcina Króla jest to jak mało wnosi do czegokolwiek. Wszyscy wiedzą że wojna polsko-polska trwa w najlepsze. Powszechnie wiadomo że obóz Solidarności podzielił się i pokłócił na samym początku zmian w kraju. Wiadomo, że demokracja w Polsce kuleje, bo wszyscy głosują przeciwko a nie za, zaś główne partie od lat są bez programu. Wiadomo, że szybki rozwój w latach 90 nie objął wszystkich w równym stopniu i wiadomo jak wiele grup społecznych zostało w tyle. Edukacja marnieje, wspólnota zanika, kapitał społeczny i intelektualny są wypierane przez pieniądz. Nierówności wyostrzają się i mamy bardzo wyraźną społeczna grupę ludzi zamkniętych w biedzie bez jakiejkolwiek nadziei na zmianę. Jednak podejrzewam, że potencjalny czytelnik chciałby czegoś więcej niż zauważenie tych problemów i powiedzenie że powstały na skutek wypaczeń transformacji.
Sięgnąłem po książkę nie licząc na proste recepty na bolączki Polski, raczej byłem ciekaw źródeł ww. problemów. Właśnie te źródła były przez Króla w eseju obiecane. Niestety w książce ich tak naprawdę nie ma, gdyż rozmaite reformy są co najwyżej wspomniane a większość miejsca jest poświęcona opisom sporów post-solidarnościowej inteligencji. Co mi po tym że profesor Król przyznaje się tu wielokrotnie do głupoty swojej i wytyka głupotę inteligencji inspirującej i kształtującej polską transformację? Skoro zostały poczynione błędy to znaczy że na drodze musiały istnieć alternatywy. Co to były za alternatywy i dlaczego wyszło jak wyszło? Dowiemy się że w skrócie winne były: kłótnie, arogancja władzy, głupota, brak dekomunizacji, zła polityka historyczna, i brak sensownej polityki społecznej - ale to są tylko nalepki które należało wypełnić treścią. Oczywiście wypełnianie książki treścią nakazałoby odejście od formy eseju, więc zostało to co zostało, tj. 150 stron smutku i wyliczania problemów.
Bardzo podobało mi się jako esej z dziedziny historii najnowszej, wskazujący pewne jej punkty, gdzie zmarnowano możliwość odmiennego ukształtowania. Natomiast zdecydowanie brakowało podsumowania, wniosków, recept na przyszłość - do tego stopnia, że pasowałby podtytuł "I głupi pozostaliśmy".