Urban fantasy – hit czy kit?
Nie będę ukrywać, że nie jestem wielką fanką tego gatunku. Fantastyka od zawsze kojarzyła mi się z rozległymi królestwami, średniowiecznymi wioskami, leśnymi ostępami pełnymi magicznych stworzeń. Tam magia wydaje się naturalna, tchnie autentycznym urokiem i pozwala naprawdę oderwać się od codzienności. Tymczasem, gdy akcja zostaje osadzona we współczesnym świecie, z telefonami, samochodami i całą prozą dnia codziennego, całość traci dla mnie swoją magię. Być może właśnie dlatego ta książka, mimo że ma kilka pozytywnych stron, ostatecznie nie zdołała podbić mojego serca.
Słyszałam wiele opinii na jej temat od pełnych zachwytu po takie, które wskazywały na niedociągnięcia i brak świeżości. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy. Pomimo szczerych chęci i starań nie potrafiłam wciągnąć się w tę historię, a momentami miałam wręcz problem, by doczytać ją do końca.
Choćbym miała za to spłonąć to opowieść o Lavender, dwudziestolatce zatrudnionej w klimatycznej herbaciarni, miejscu wypełnionym ciepłem i spokojem. Dziewczyna stara się sprostać wymaganiom rodziny czarownic, które jednak, z trudnych do zrozumienia powodów, nie potrafią jej w pełni zaakceptować. Lav skrywa sekret w ukryciu korzysta z zakazanych zaklęć, nazywanych Mrokiem. W praktyce to jednak nie złowroga magia, a raczej drobne czary poprawiające nastrój klientom czy niewinne eksperymenty. Niestety, w świecie, do którego należy, nawet coś tak drobnego może mieć poważne konsekwencje.
Pewnego dnia bohaterka zostaje przyłapana przez Storma strażnika o mrocznym spojrzeniu i perfekcyjnych rysach twarzy. Zamiast jednak wydać ją zwierzchnikom, decyduje się pomóc jej opanować moc i zrozumieć, kim naprawdę jest. Z czasem wychodzi na jaw, że w Lavender kryje się niezwykły potencjał, mogący być zarówno zgubą, jak i wybawieniem. Od jej wyborów zależy przyszłość całego magicznego świata.
Lavender to młoda czarownica, która dopiero uczy się panować nad swoją mocą. Zewnętrznie wydaje się silna i zaradna, lecz pod tą skorupą kryje się dziewczyna zraniona, zmagająca się z odrzuceniem przez najbliższych i lękiem przed ujawnieniem prawdy. Bywa impulsywna, jej decyzje często są mało przemyślane, a konsekwencje prowadzą do problemów. W dodatku autorka zbyt mocno akcentuje jej emocjonalność na przykład bohaterka płacze na tyle często, że momentami zaczyna to nużyć.
Najbardziej przeszkadzał mi jednak motyw „wybranej”, który aż razi schematycznością. Zwykła dziewczyna, wcześniej bez większego znaczenia, nagle staje się tą, która ma uratować świat. Spotkałam się z tym tyle razy, że trudno było mi potraktować to inaczej niż jako powielanie dobrze znanego wzorca.
Storm wprowadza do fabuły nieco tajemnicy, lecz dość szybko odsłania swoje „miękkie” oblicze. Początkowo jawi się jako twardy, zdystansowany strażnik, a chwilę później okazuje się niemal ideałem pełnym troski i wyrozumiałości. Problem w tym, że jego relacja z Lavender rozwija się błyskawicznie i od samego początku wydaje się wymuszona. Ich wzajemne przywiązanie trudno było mi kupić, bo poznali się dopiero co, a już zachowywali się, jakby łączyła ich więź budowana latami.
I tu pojawia się największe rozczarowanie. Romans był, ale moim zdaniem lepiej by było, gdyby go nie wprowadzono. Szablonowy, zbyt szybki, mało wiarygodny i sprawiał wrażenie wklejonego na siłę. Wolałabym, aby autorka skupiła się na rozwijaniu umiejętności Lavender, na jej treningu, na konflikcie z sabatem czy samej strukturze magicznego świata. Zamiast tego dostaliśmy przerywniki w postaci przewidywalnych uniesień serca.
Na szczęście obok romansu pojawiają się też wątki przyjaźni moim zdaniem znacznie ciekawsze i lepiej napisane. Relacje z przyjaciółmi wypadały bardziej naturalnie i dawały bohaterce oddech, a czytelnikowi chwilę wytchnienia od przesadnie dramatycznego romansu.
Autorka obiecywała trudne, żmudne przygotowania, które miały budować napięcie i rozwijać bohaterkę krok po kroku. Początkowo było dobrze, a treningi zostały opisane z detalami, można było poczuć wysiłek, frustrację i powolne postępy. Niestety później całość została sprowadzona do przeskoków czasowych: dowiadujemy się, że Lav nagle jest potężniejsza, wyczerpana i coraz silniejsza, ale nie towarzyszymy jej w procesie. To tak, jakby zamiast sycącego posiłku ktoś podał przystawkę i deser, a danie główne całkowicie pominął. Dodatkowo, gdy bohaterowie zmagają się z poważnymi zagrożeniami, nagle pojawiają się sceny codzienne takie jak: kino, jazda na hulajnodze, fast food. Takie kontrasty mogłyby dodać realizmu, lecz tutaj wypadały sztucznie i wytrącały mnie z rytmu.
Największy minus? Przewidywalność. Z łatwością odgadywałam kolejne tajemnice, a większość zwrotów akcji można było przewidzieć dużo wcześniej. Do tego dochodzą nierówności w tempie narracji, która raz akcja się ślimaczyła, innym razem pędziła na złamanie karku. Przy prawie 500 stronach miałam wrażenie, że historia powinna zmieścić się w jednym tomie, a tymczasem autorka zapowiedziała kontynuację.
Choćbym miała za to spłonąć to książka, która miała ogromny potencjał ciekawy pomysł na świat, obiecująca bohaterka i interesujące motywy magii. Niestety, w mojej ocenie wykonanie nie dorównuje idei. Zbyt wiele schematów, przewidywalny romans i brak cierpliwości w pokazaniu rozwoju bohaterki sprawiły, że lektura okazała się dla mnie rozczarowaniem.
Jednocześnie wiem, że wielu czytelników będzie zachwyconych zwłaszcza ci, którzy lubią szybkie tempo, silne emocje i romantyczne napięcie wplecione w opowieść o magii. Dla mnie jednak to wszystko było za mało, aby w pełni się wciągnąć.
Czy polecam? Jeśli ktoś kocha urban fantasy i nie przeszkadzają mu schematy, jak najbardziej warto spróbować. Ale jeśli tak, jak ja szuka się oryginalności i głębszego rozwinięcia magicznego świata, można poczuć niedosyt.
#współpracareklamowa