Lubicie, gdy autor świadomie prowadzi Was do finału stworzonej przez siebie historii i zdaje sobie sprawę z zabiegów, z których korzystał?
Ja to nie tylko bardzo lubię, ale co ważniejsze – szanuję. Do refleksji skłonił mnie finałowy tom serii pióra Marcina Świątkowskiego.
„Śpiewcy zła” domykają opowieść, która skradła moje serce. Zżyłam się z bohaterami, zżyłam się z epoką, w której rozgrywały się wydarzenia i czuję pewną pustkę, którą dowiozło nie tylko zakończenie, ale też ta opowieść. Nie chcąc spoilerować i dzielić się z Wami streszczeniem fabuły, gdyż uważam, że każdy powinien sam poznać losy Katarzyny, Schenka i Erquci, ale chcę napisać o czymś innym.
Chcę powiedzieć Wam o tym, że w epoce, gdzie rola kobiet często była marginalizowana, to właśnie postaci kobiece odegrały w Śpiewcach kluczową rolę i nie mowa tu tylko o Katarzynie, ale innej bohaterce, która okazała się wręcz kluczowa. Autor genialnie pokazał, że kobiety posiadają w sobie równie wielkie ambicje, a także potrafią dokonywać trudnych wyborów, których niekoniecznie się spodziewamy.
Książka jest zwieńczeniem historii, którego się spodziewałam, ale droga do tego była długa i wyboista. Wnikając w posłowia autora, dało się wywnioskować, w którą drogę może skręcić ta historia, ale sposób w jaki rozwiązywał swoje „problemy” był bardzo przyjemny dla czytelnika.
W serii „Psy Pana” warto docenić nie tylko warsztat i podejście autora do tematu i realiów, z którymi mierzył się w historii. Moim zdaniem należy docenić coś zupełnie innego, co widoczne jest w zwieńczeniu opowieści – od samego początku świadomie stosował on pozornie proste rozwiązania fabularne, aby na końcu zrobić coś czego większość autorów najpewniej nie zrobiłaby z sympatii do bohaterów. Zostawia nas też z w pełni uzasadnioną pustką wynikającą nie tylko z tego, że cykl dobiegł końca, ale co ważniejsze pustką, która wynika z samego zakończenia. Jest to dobra pustka, której każdy potrzebuje, dlaczego?
Tego musicie dowiedzieć się sami zgłębiając w finałowy tom, a jeśli jeszcze nie znacie serii, to sięgając po „Psy Pana”, które całym sercem polecam!