Nie jestem za bardzo cyberpunkowy, jeśli chodzi o moje gusta związane z doborem literatury fantastycznej. Otarłem się o twórczość kilku autorów, których dorobek składa się na fundament i zalicza do kanonu gatunku. Pograłem w kilka gier czerpiących i naśladujących uniwersa u autorów tychże opisanych. Obejrzałem kilka znaczących filmów opartych na regułach światów cyberpunkowych. Wciąż jednak bez pełnego zachwytu, bez jakiejś szczególnej werwy i większej po nich nostalgii.
Stąd też moja opinia o debiutanckiej powieści Konrada Hildebranda, który uprzejmy był udostępnić jej kopię recenzencką, będzie raczej niefachowa, bo mało oparta na głębszym doświadczeniu z literaturą i znajomości reguł gatunku. Skądinąd jednak, jako że lubię i jako tako znam się na literaturze kryminalnej – a istotny jest tu wątek śledztwa prowadzonego przez główną bohaterkę – nie mogę nie docenić tego, że element ów został poprowadzony z dużą dbałością. Jest odpowiednio zaplanowany, skrzętnie poprowadzony i finałowo zaskakujący. Ergo, ciekawie śledzi się całą intrygę.
Książka ponadto jest dobrze napisana – ani śladu tu stygmy debiutu ani niczego, do czego pod kątem koncepcyjnym, światotwórczym, czy stylistycznym można byłoby się przyczepić. Dobrze napisany kawałek dynamicznej prozy, który zadowoli miłośników kryminału i powieści sensacyjnej, a te, jak mniemam, mogą okazać się wisienkami na torcie dla miłośników fantastyki cyberpunkowej, której "siatka" została nałożona na swojską – akcja prawie w całości rozgrywa się w Polsce – i nieodległą przyszłość. Niezły start, ze sporym potencjałem na serię. Polecam!
P.S. Jedyne, co mogę naprawdę zarzucić, to stężenie "technobabble", żargonu, który dla innych, podobnych mi – mniej ogarniętych w cyberpunku i nowoczesnych technologiach – może okazać się niezrozumiały a nawet męczący.