Pewne poszlaki widzą tylko ci, którzy stracili ukochanych.
Mąż i ojciec, Michał Arłak, brutalnie zamordowawszy żonę i córkę, wiesza się w przydomowej szopie. U jego stóp leży drewniany młotek ubroczony krwią. Funkcjonariusze na miejscu zbrodni zastają kałuże posoki rozlanej po całym domu. Dla tej tragedii Bernard Gross przerywa lot do Anglii. Podejmuje śledztwo.
Choć zbrodnia nie budzi żadnych wątpliwości, zbyt wiele detali nie daje spokoju komisarzowi. Czego nie mówi śledczym sąsiad Arłaków, jedyny świadek? Dlaczego ubrania wisielca noszą tak mało śladów krwi? Co wiedziała matka Michała, skłócona z jego żoną?
Sprawa przerasta Grossa i jego zespół, zwłaszcza kiedy dowiaduje się, że zostali rozwiązani przez kogoś z góry. Walcząc ze złem na zewnątrz, trudno wygrać z nim we własnych szeregach. Komisarz przekonuje się o tym z każdym atakiem paniki spychającym go w otchłań szaleństwa.
Robert Małecki (ur. 1977 r.) politolog, filozof i dziennikarz, ale przede wszystkim miłośnik kryminałów i thrillerów oraz nowej zabawki – czytnika ebooków; szczęśliwy uczestnik warsztatów kreatywnego pisania realizowanych w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, a także tych organizowanych przez Maszynę do Pisania; laureat ogólnopolskich konkursów na opowiadanie kryminalne (MFK Wrocław i Kryminalna Piła). Jeśli w jego głowie nie pulsuje bas Bena Otręby i nie rozbrzmiewają solówki Jurka Styczyńskiego, znaczy, że jest chory. Do tej pory nie był.
Miłośnikom rodzimych kryminałów Roberta Małeckiego z pewnością nie trzeba przedstawiać. Moim ulubionym cyklem Autora jest ten z Bernardem Grossem, po trochu za klimat, z sympatii do bohatera, ale i z sentymentu, bo właśnie jego pierwszym tomem, „Skazą” zaczęła się moja przygoda z twórczością Roberta Małeckiego. Po wydaniu trzeciej części, „Zadry” Autor przetestował cierpliwość swoich fanów, bo niemal cztery lata dał nam czekać na kolejny tom z Grossem. Nie traciłam jednak nadziei i już pod nowym szyldem Wydawnictwa Literackiego wyszedł „Zrost”, a niemal równy rok później „Skrzep”.
Może Autor potrzebował tej przerwy, by ponownie stworzyć przenikające do krwiobiegu historie kryminalne wypełnione skomplikowanymi, toksycznymi relacjami rodzinnymi prowadzącymi do tragedii? W każdym razie warto było na nie czekać. Po stokroć warto!
Bernarda Grossa, jak wspomniałam darzę ogromną sympatią, mimo że jest jednym z tych mężczyzn, którzy w kwestiach osobistych wybierają ucieczkę raniąc siebie i najbliższe osoby. Jego ucieczką od trudnej rzeczywistości i nawracających wyrzutów sumienia jest zawsze praca. W niej spełnia się znakomicie drążąc i dopatrując się nieścisłości, by dojść prawdy.
Podobnie jest z rodzinnym dramatem w okolicy Chełmży, do którego zostaje wezwany. I choć wszystko wydaje się być oczywiste, komisarzowi nie daje spokoju pytanie o motywację sprawcy. Pojawiają się nitki, za którymi podąża, odkrywając trudne rodzinne powiązania i sekrety. Śledztwu nie pomagają wewnętrzne zawirowania w wydziale, które mogą przyspieszyć jego odejście na emeryturę, jednak dociekliwy Gross nie odpuści, dopóki brzydka prawda nie ujrzy światła dziennego.
Przy każdej kolejnej części obawiam się, co jeszcze Autor zrzuci na barki głównego bohatera, bo jego życie jest pasmem dramatów, błędnych wyborów i zaniechań. Ale tym razem, choć wygrywa skłonność do umartwiania się, to pojawia się światełko w tunelu i niewielka, ale zawsze, nadzieja na poukładanie własnych spraw. Trzymam mocno kciuki, by tak się właśnie stało.
Bardzo spodobało mi się, jak w nieoczywistym świetle ukazuje Autor toksyczną relację rodzinną, której ofiarą jest tłamszony i wykorzystywany mężczyzna. Łamie tym samym pewien stereotyp, ale czyni to niesamowicie wiarygodnie i z wyczuciem. Z równym realizmem kreśli prowadzone śledztwo, które podąża krętą ścieżką, zbaczając czasem w ślepy zaułek i ukazuje olbrzymią wagę nieistotnych z pozoru detali.
Za tego bohatera, ten realizm i odsłanianie mroku skrywanego w najgłębszych zakamarkach ludzkich umysłów kocham ten cykl całym sercem i sięgnę po każdą kolejną część, którą Autor zdecyduje się wydać.
Czy jest tu jeszcze ktoś, kto przynajmniej nie słyszał o serii z Bernardem Grossem? Wydaje się to niemożliwe - to w końcu jedna z najpopularniejszych i najbardziej docenionych serii kryminalnych. Każda zapowiedź najnowszej części spotyka się z szałem radości wśród czytelników. A myśląc: dobry polski kryminał - ten cykl i ten bohater nasuwają mi się jako pierwsze.
“Skrzep” to piąta część tej serii. Jak zawsze - ta lektura była przeze mnie wyczekiwana. I jak zawsze: nie zawiodłam się. Robert Małecki nie jest w stanie znudzić mnie swoimi kryminałami. Mam poczucie, że z każdym kolejnym tomem poznaję Bernarda Grossa na nowo i spotykam się ze sprawą, która jest wciągająca i nietuzinkowa.
Tym razem czytelnik będzie miał do czynienia z intrygą, w którą uwikłanych jest kilka osób. Autor tak prowadzi swojego odbiorcę, że nie ma szans, by domyślił się rozwiązania. Tym bardziej, że sprawa ma kilka ciekawych wątków. Toksyczny związek, d3presja, problemy z poczuciem własnej wartości, uzależnienie od najbliższych - to wszystko nie jest oderwane od rzeczywistości, a jednocześnie ubrane w rewelacyjnie zbudowaną fabułę, która splata te tematy z zagadką kryminalną.
Obok śledztwa bohaterowie zmagają się z rzeczywistością w swojej pracy. Właśnie ten aspekt powieści interesował mnie najbardziej i zdaje się, że niejeden czytelnik się w nim odnajdzie. Robert Małecki tak oddał realia pracy w firmie (jakiejkolwiek), że można je odnieść do wielu miejsc. I tu właśnie kolejny raz poznałam Grossa bliżej: jako cierpliwego, spokojnego, ale i niezwykle inteligentnego człowieka. Jego współpracownica, Skałka, sporo się od niego uczy w kwestii obycia i szczerze mówiąc - zazdroszczę jej takiego nauczyciela 🙂
Myślę, że jeśli chodzi o “Skrzep”, to nikogo nie muszę przekonywać do lektury. Ci czytelnicy, którzy znają serię z Grossem, z pewnością sięgną po kolejną część. A jeżeli ktoś jeszcze nie zna tych książek Roberta Małeckiego, to szczerze polecam. I nie mogę nie zakończyć tego tekstu inaczej, jak tylko pytaniem: KIEDY KOLEJNY GROSS?
Po najsłabszej z całej serii części 4, powrót do formy :) Mam nadzieję, że ta seria doczeka się kiedyś serialu na poziomie, a Bernarda zagra Mirosław Baka
Robert Małecki w piątej już części serii o „Bernardzie Grossie” wraca do wydarzeń z finałowej sceny „Zrostu”, kiedy główny bohater został zawrócony z samolotu do Anglii, gdzie miał odwiedzić syna. Jak to bywa w życiu policjanta, komisarza na polskiej ziemi pozostawił oczywiście trup. W tym przypadku mamy jednak do czynienia aż z trzema ciałami: Gross na miejscu zdarzenia zastaje sprawę brutalnego morderstwa żony i córki oraz zabójstwo suicydalne. I tutaj duży plus dla Małeckiego, bo zdecydował się na tak rzadko wykorzystywany temat w polskim kryminale.
Autor w tej serii przyzwyczaił nas już do pewnych standardów: akcja kryminałów z komisarzem Grossem nie pędzi na oślep, a raczej przypomina układanie puzzli złożonych z 2000 elementów. I nawet jeśli samo śledztwo trwa krótko - tak jak w tym przypadku - to Małecki na polskim podwórku jest chyba mistrzem w oddaniu realiów tego fachu. Włącznie z przedstawieniem braków elementarnej umiejętności dedukcji czy też nieprzykładania się do swoich obowiązków u funkcjonariuszy. Wydaje mi się, że w „Skrzepie” autor wzniósł się w tej kwestii na kolejny poziom, bo szczegółów (w tym z dziedziny okulistyki) jest tu jeszcze więcej.
Seria z Bernardem Grossem od początku zachwyciła mnie właśnie tym powolnym, rozkręcającym się tempem akcji, ale jej siła tkwiła również w tym co obok - tle. Małeckiemu udało się bardzo wiarygodnie oddać klimat mniejszego miasteczka, z jego wadami i zaletami, ale też wprowadził do historii bardzo ciekawych bohaterów, którzy bez względu na to, czy byli pierwszoplanowi czy drugoplanowi, wnosili do powieści (a nawet serii) wartość dodaną. I tego najbardziej zabrakło mi w „Skrzepie”. Rozwinięcia wątków, które w poprzedniej części zyskały nowe elementy. Tutaj po lekturze odniosłem wrażenie, że w sumie gdybym tej książki nie przeczytał, to w sumie nic by się nie stało. I jeszcze wątek poboczny sytuacji na komendzie w Chełmży, bardzo ciekawy, który gdzieś w trakcie niczym znicz targany gwałtownym wiatrem zaraz po odpaleniu wygasł. „Skrzep” to dobry kryminał, jednak autor przyzwyczaił mnie do czegoś lepszego.
Lektura „Skrzepu”, to wręcz orgiastyczna przyjemność dla fanów gatunku, do których zdecydowanie należę. A wszystko zaczęło się od „Skazy”, pierwszego tomu bestsellerowej już serii o komisarzu Bernardzie Grossie. Dlaczego? Cóż takiego wyjątkowego w sobie posiadała, co odróżniało ją od innych cykli kryminalnych? Przede wszystkim, przypomniała mi o ubóstwianym, nieżyjącym już Henningu Mankellu i jego serii z Kurtem Wallanderem. Moim zdaniem, żaden kryminalny cykl nie może się z nim równać. Z wyjątkiem wspomnianej już inteligentnej, błyskotliwej, piekielnej klimatycznej serii autorstwa Roberta Małeckiego.
Ależ to się czyta! Mistrzostwo świata i okolic.
Tymczasem po roku od ukazania się na rynku wydawniczym 4. tomu serii, czyli „Zrostu”, w ręce spragnionych czytelników trafił „Skrzep” - powieść, którą, gdy już się otworzy, zamknie dopiero po przeczytaniu ostatniej strony. W trakcie lektury świat przestał dla mnie istnieć. Liczyła się tylko sprawa tzw. samob*jstwa rozszerzonego, dramat pewnej rodziny, na skutek którego śmie*ć poniosła matka, córka i ojciec. Sprawa z pozoru oczywista. Śledztwo do umorzenia już na starcie. Jednak nie dla Bernarda Grossa, który porzucił dla niej wizytę u syna przebywającego na odwyku, z którym relację próbował naprawić.
Czytałam tę książkę na bezdechu. Płynnie, jak płynnie toczyła się akcja, do momentu, a w zasadzie licznych momentów nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nerwowo komentowałam ją na głos, głośno również, buzująca aż, od w pełni uzasadnionego oburzenia, posapywałam na zwierzchniczkę Grossa, dziwne układy i układziki w chełmżyńskiej policji.
A zakończenie?! O, ludzie słodcy!
Warto było wyczekiwać przez rok kontynuacji serii. Jestem więcej niż zadowolona. Wyborna historia, kawał porządnego, świetnie napisanego kryminału, w którym najważniejsza jest kryminalna łamigłówka, nie zaś krew tryskająca na prawo i lewo. Jakość, jakość i jeszcze raz jakość.
Oto WYMARZONY KRYMINAŁ JESIENNY. Choć akcja rozkrywa się zimą, to klimat „Skrzepu” idealnie wpisuję się w aurę za oknem.
Dosłownie dzień przed napisaniem tej opinii skończyłem słuchanie najnowszej części przygód komisarza Grossa. I poniekąd rozumiem zdanie niektórych czytelników, że w tej części nie dzieje się za wiele i tempo nie jest jej mocną stroną.
Moim zdaniem autor padł ofiarą własnego literackiego kunsztu oraz chęci przedstawienia maksymalnie realistycznej powieści kryminalnej. Jeżeli ktoś spodziewa się po Skrzepie akcji rodem z powieści sensacyjnych lub seryjnego mordercy jak z horroru to polecam inną lekturę. Być może dla niektórych może być rozczarowująca żmudna, trudna i polegająca na niekiedy wyszukiwaniu najdrobniejszych detali praca śledczego. Kluczem do rozwiązania tej zagadki był naprawdę niepozorny przedmiot, więc liczy się naprawdę każdy szczegół.
Za to ci z czytelników, którzy lubią powieści Roberta Małeckiego oraz chcą przeczytać realistyczny i maksymalnie wiernie oddający pracę śledczego kryminał to warto i to bardzo. Ponadto wysokiej klasy kunszt i ten znajomy dla fanów komisarza Grossa ciężki, wręcz ponury klimat.
To, do czego jestem skłonny się przychylić to pojawiające się zarzuty o powtarzające się już fragmenty z życia prywatnego Grossa oraz Skałki. Mam wrażenie, że autor odrobinę ociąga się z rozwiązaniem tych wątków i popchnięciem swoich bohaterów na nowe ścieżki życia. A właściwie Skałki, bo Gross jedną nogą na tej nowej drodze życia jest, ale nadal stoi mocno w rozkroku. Liczę, że końcówka Skrzepu zapowiada rozwiązanie domowych problemów komisarza i jego krok naprzód.
Za rekomendację Skrzepu niech posłuży też zabawny fakt z początku lektury. Mniej więcej w podobnym czasie ja zacząłem słuchanie, a moja Mama czytanie Skrzepu. Moja Mama ma bardzo swobodne podejście do wszelkich spojlerów. Pewnego razu, gdy jechaliśmy razem do pracy Mama mimo chodem zdradziła mi kto stoi za krwawymi wydarzeniami z początku książki. Także słuchałem dalej, znając rozwiązanie całej sprawy, a i tak śledziłem losy komisarza z uwagą. Sama fabuła zaś trzymała i tak w napięciu. Dlatego też szczerze i gorąco ją Wam polecam.
gdy życia kres nastaje i oddech ostatni ulatuje wtedy serce bić przestaje i pytań wiele zwiastuje
tak trudno prawdę odszukać w gąszczu zagadek trudnych do których drzwi zapukać by odpowiedzi uniknąć zgubnych
siłą jest jego spokój w sercu drzemią skazy na duszy wciąż niepokój i tamtych wspomnień obrazy
w toksyczną relację uwikłany depresja towarzyszką jego tak bardzo w niej zakochany nie widział w tym nic złego
One tam leżą. W kałuży krwi. Mama i córka. Amelka. Tam dalej on. Mąż. Ojciec. Wisi. Nie ma ich. Nie ma już rodziny. Nie ma. I nie będzie. Odeszła. Dlaczego?
Niebanalna kryminalna zagadka. Mocna. Pasjonująca. Pochłaniająca zmysły czytelnicze. Zawiłość zdarzeń wciąga. Kreacja bohaterów podsyca iskrę oczekiwania. Klimat w zmysły się zakrada. Jest ciemno, zimno, ponuro. Jest mrocznie, szaro. Ta aura szumi padającym deszczem. Pomroką otoczenia. Mgłą ludzkich tajemnic. Zasłoną niewypowiedzianych emocji. Przez ciszę tej szarości mkną powidoki. Wracają wspomnienia. Które tak bardzo bolą.
Małomiasteczkowy klimat. Z chmurami ciemnymi. Gęstymi. Z Chełmżą w tle. I znów prawdy szukanie. Znów tropy. Ślady. Wskazówki. Bo komisarz ma przeczucie. Że nie było tak, jak na pierwszy rzut oka wyglądało. I szuka. Węszy. I nie daje za wygraną. Bo to Gross. On nie odpuszcza. Nigdy. Choć nie ma łatwo. Boi się tamtych tragicznych obrazów. Wątpliwości chwytają za gardło. Serce smutkiem łomocze. Ale on się temu nie poddaje. Chowa gdzieś głęboko w siebie. I działa.
Grossowy styl zachwyca. Zawsze mocniej. Bardziej. Głębiej. Wciska się w umysł. Pod skórę wgryza. Szarpie emocjami. Drapie. Wtapia się w duszę. Wciąga słowami w jego świat. Świat Grossa. Roztrzaskany przeszłością. Smutny. Ale tak niesamowicie intrygujący. I prawdziwy. Ogromnie prawdziwy. Zawarty w jego nostalgii. Melancholii. Kreślony spokojem płynącym od niego strumieniem szerokim. Polecam.
Po, delikatnie mówiąc, słabszym „Zroście” spodziewałem się kolejnego jakościowego zjazdu w dół jaki zalicza wielu kolegów po fachu pana Małeckiego. Jakież było moje miłe rozczarowanie, gdy okazało się, że „Skrzep” o dziwo jest całkiem niezły. Oczywiście, do zawieszonej wysoko poprzeczki z pierwszych tomów autor już raczej nie doskoczy, ale odżyła nadzieja na lepsze jutro. Osią powieści jest samobójstwo rozszerzone. Mężczyzna brutalnie morduje swoją rodzinę, po czym wiesza się w szopie. Problem w tym, że Bernard Gross ma wątpliwości, a zbierane prze niego żmudnie dowody coraz mocniej potwierdzają jego tezę. Dziwnym trafem odsunięta od ekipy Skałka prowadzi dochodzenie w sprawie włamania znajdując dowody rzucające nowe światło na sprawę prowadzoną przez Bernarda. Mamy tutaj profesjonalną kryminalną robotę w wykonaniu naszych ulubionych policjantów. Badanie miejsca zbrodni, poszukiwanie dowodów, przesłuchania śledziłem z zainteresowaniem. Ta część książki nie budzi wątpliwości. Wolne, miejscami ślamazarne tempo tej części mocno mnie ujęło. Natomiast ma ona zbyt dużo słabszych elementów niestety. Raziła mnie ilość wtrętów z przeszłości, które amatorzy prozy Roberta Małeckiego musieli trawić po raz kolejny. Jeśli to był ukłon w stronę nowych czytelników, to bardzo irytujący. Sami sobie są winni ci, którzy rozpoczynają cykl od 5 tomu! Gdyby poczuli się skołowani tym chętniej sięgnęliby po wcześniejsze pozycje. Kolejna sprawa to wewnętrzne przepychanki na komendzie. Jakoś trudno mi uwierzyć, że najlepsza ekipa śledcza z gwiazdą, prawdziwym psem gończym w osobie Bernarda Grossa na czele, może być tak traktowana przez lubujących się w statystykach przełożonych. Jeśli już, to aż prosi się by zamknąć tę telenowelę z Jończyk tu i teraz jakimś mocnym tąpnięciem, bo tego nie czyta się dobrze. Czekam na kolejne spotkanie z Bernardem i jego uroczą bibliotekarką.
Jestem ogromną fanką tej serii, no i twórczości autora też, oczywiście. "Skrzep" czekał na przeczytanie bardzo długo. Powodem było zakończenie poprzedniej części, po którym obraziłam się na Grossa. Ja rozumiem wszystko, ale tak się nie robi !!! Czas minął, emocje opadły, bo wiadomo, kto bez winy, niech pierwszy rzuci...bla bla bla. Zwyciężyła tęsknota za głównym bohaterem, oraz ciekawość co tym razem przygotował dla niego i dla czytelnika autor. A przygotował dużo i ciekawie.
W pewnej rodzinie doszło do tragedii. Ojca znaleziono powieszonego, a żonę i córkę brutalnie zamordowanych. Rozwiązanie sprawy wydaje się łatwe, wszystko zdaje się być oczywiste. No właśnie, Gross jak zawsze nie pozostawia najmniejszych pytań bez odpowiedzi, lubi mieć pewność. Ten typ tak ma, między innymi za to go lubię. Przy pomocy zespołu podrąży nieco w temacie. Nie będzie łatwo, a jak by tego było mało, napotyka na przeszkody i naciski z góry. Ktoś tam nieźle namieszał.
Dla mnie największą wartością tej serii jest niesamowity klimat. Już kiedyś wspominałam, w jakiej innej serii znalazłam to samo, tym bardziej cieszę się, że nasz rodzimy autor tak potrafi. Wiadomo w powieści kryminalnej najbardziej liczy się zagadka, i tu oczywiście jest świetnie. Kilka dni dochodzenia opisane w taki sposób, że ma się wrażenie uczestniczenia w nim osobiście. Widzimy to co Gross widzi, co myśli, co czuje, jak analizuje zebrane informacje i poszlaki, a jednocześnie sami rozmyślamy nad tym kto, jak i dlaczego. Na drugim planie mamy prywatne życie bohaterów, a w tle sprawa sprzed lat, z żoną Bernarda.
"Skrzep" to bez wątpienia lektura godna polecenia, więc gorąco polecam.
“Skrzep” to kolejna, piąta już część losów komisarza Bernarda Grossa. Chełmżyński policjant zostaje zawrócony z samolotu, którym ma polecieć do syna, do sprawy właśnie oczywistej. W jednym z domów znalezione zostają ciała matki, córki oraz ojca rodziny. Wygląda na to, że Michał Arłak pozbawił życia dwie najbliższe mu osoby, a następnie popełnił samob*jstwo.
Dodatkowo, Gross ma na komendzie problemy z komendantką, a także policjantem nazwiskiem Rębacz. Zespół się sypie, morale nie są najwyższe, Skałka otrzymuje “groźby” dotyczące przeniesienia. Jednak sprawa Arłaków nie daje Grossowi spokoju. Stopniowo, krok po kroku Bernard zdobywa coraz to nowe informacje, ale czy pomogą mu odnaleźć w tej sprawie prawdę?
“Skrzep” jest historią na pozór spokojną. Nie uświadczymy tu pościgów nie z tej ziemi, psychopatycznych m*rderców ani zmieniających wszystko danych z badań DNA (robionych tempem niczym w serialu CSI: Miami).
Jest za to mnóstwo bólu. Doświadczymy bólu głównego bohatera, który cierpi ze względu na niemożność dogadania się z synem. Cierpi Skalska, nadal mająca w głowie relację ze zmarłym policjantem Otrembą. Cierpi też Michał Arłak- mający problemy w domu. Temat podległości jednego małżonka jest niezwykle ważny, a tak mało obecny w literaturze, trzeba więc o tym wspomnieć i docenić.
Z każdym kolejnym tomem coraz bardziej przywiązuje się do Grossa, czując, że mości sobie miejsce na liście ulubionych bohaterów literackich.
Może zacznę od tego, że jestem fanką pana Małeckiego odkąd sięgnęłam po jego pierwszą powieść i do dzisiaj zachwycam się językiem, którym się posługuje, to się tak dobrze czyta… bez wątpienia ma w sobie to magiczne coś! „Skrzep” to kawał mięsistego, świetnego i mocnego kryminału, który Was przerazi i wywoła ciarki na całym ciele. Historia, którą wymyślił autor mrozi krew w żyłach. Gdy czytałam, nie mogłam uwierzyć. Pisarz zastosował świetny myk, mianowicie sprawa morderstwa wydaje się być od początku prosta, a rozwiązanie logiczne i pewne. Policjanci oraz my jako czytelnicy jesteśmy niemal pewni, że znamy rozwiązanie zagadki, dopiero w miarę upływu stron, autor podrzuca coraz to nowe tropy i okazuje się, że nic tutaj nie jest takie jak się wydaje. A zakończenie zwali Was z nóg. Ja typowałam absolutnie wszystkich dookoła, oprócz właśnie tej jednej osoby, nic w niej nie wydało mi się być podejrzane. Tym razem Małecki postawił głównie na postaci negatywne, w ogóle mam wrażenie że w tej powieści mnóstwo jest brudu, kurzu i błota, krwi i wad, dzięki czemu czytelnik intensywnie myśli i zastanawia się nad wieloma wątkami, a także nad swoim postępowaniem. To kawał dobrej lektury, która zostanie z Wami na długo, jeśli chodzi o ten gatunek bez wątpienia jest to jedna z lepszych książek przeczytanych przeze mnie w tym roku. Ale nie ma się co dziwić, to nazwisko to dla mnie zawsze pewniaczek.
„Skrzep” to piąte spotkanie z komisarzem. Tym razem Robert Małecki zaserwował komisarzowi nie lada zagadkę. Nad jeziorem Archidiakonka w domu rodzinnym zostają znalezione zwło-ki matki i córki, a w szopie odkryto ciało ojca, który się powiesił. Wszystko wskazuje na to, że jest to samobó-stwo poagresyjne. Dla wielu śledztwo powinno się zakończyć zanim się zaczeło, jednak Gross czuje, że prawda wygląda zupełnie inaczej. Chce do niej dojść wraz ze swoim zespołem, okazuje się jednak, że nowa szefowa oddelegowała Skałkę do innych zadań, a komisarz ma współpracować z Rębaczem z komendy w Toruniu. Niestety obaj panowie mają inne zdanie o prowadzonym śledztwie. Ten konflikt zmusza komisarza do złożenie wniosku o przejście na emeryturę. Wszystko to sprawia, że nasz komisarz podupada na zdrowiu i nie wiadomo czy uda mu się sprawę doprowadzić do końca. Kolejny raz Robert Małecki sprawił, że miło spędziłam czas w towarzystwie ulubionego komisarza. Nie było tu nudy, tylko wartka i ciekawa akcja, ze zwrotami akcji, która dopiero pod koniec książki doprowadzi nas do winnego. Oczywiście wrócimy też do sprawy napadu na żonę Grossa, która nadal nie została rozwiązana. A to wskazuje, że jeszcze z komisarzem się spotkamy? Polecam.
Ta książka to coś więcej niż tylko kryminał. Pozornie szczęśliwa rodzina, gdzie brak wsparcia ze strony innych doprowadza do tragedii. Robert Małecki w swojej najnowszej powieści, #skrzep ponownie zaprasza czytelnika w mroczny świat śledztwa prowadzonego przez komisarza Bernarda Grossa. Tym razem akcja przenosi nas nad malownicze jezioro Archidiakonka, gdzie pozornie spokojna atmosfera zostaje brutalnie przerwana makabrycznym odkryciem. Jak zwykle u Małeckiego, zagadka kryminalna to jedynie pretekst do głębszej refleksji nad współczesnymi bolączkami społeczeństwa. Ten tom jest bardzo refleksyjny dla naszego głównego bohatera i dla czytelników. Możemy też odkryć wysoką wrażliwość naszego komisarza. Tą powieść dosłownie się pochłania i to nie tylko dzięki dobrze skonstruowanej zagadce, która ma wiele wątków, ale również jest to zasługa tego głębszego wymiaru powieści i poruszanym w niej tematom społecznym. Mamy tutaj wątek zdrady małżeńskiej, ślepej miłości, przemocy psychicznej w rodzinie, niskiej samooceny, wykorzystywania swojej pozycji, uzależnień od dóbr materialnych, egocentryczności, depresji, relacji międzyludzkich. Robert Małecki jest mistrzem w kreowaniu kryminałów połączonych z wnikliwym portretem społecznym. Jego książki dostarczają rozrywki, ale też tematów do dyskusji. Czytelnik, śledząc losy bohaterów, nie może oprzeć się wrażeniu, że każdy z nich skrywa tajemnice. Małecki z mistrzowską precyzją buduje napięcie, stopniowo odsłaniając kolejne karty. Czytelnik, niczym detektyw, próbuje rozwiązać zagadkę, jednocześnie zastanawiając się nad motywami działania poszczególnych postaci. "Skrzep" to powieść, która pozostawia czytelnika z wieloma pytaniami: Czy możemy wierzyć w pozory? Jakie siły nami kierują? Czy jesteśmy w stanie zmienić siebie i otaczający nas świat? Małecki nie daje łatwych odpowiedzi, ale zmusza nas do konfrontacji z własnymi przekonaniami. Ta powieść to kolejny dowód na to, że #robertmałęcki jest jednym z najwybitniejszych polskich pisarzy kryminalnych. To powieść, która wciąga, porusza i zostawia trwały ślad w czytelniku. Jeśli szukasz książki, która nie tylko zapewni Ci doskonałą rozrywkę, ale również skłoni do refleksji, to "Skrzep" jest pozycją obowiązkową.
Bernard Gross powraca w pełnym emocji kryminale pt. „Skrzep”. To już piąta część jego przygód, a mam wrażenie, że Robert Małecki nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Najpierw w morderczym szale zabija żonę i siedmioletnią córkę, a następnie sam dokonuje żywota poprzez powieszenie. Na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje na rodzinny dramat zakończony samobójstwem rozszerzonym. Sprawa wydaje się oczywista, ale co z motywem? Dlaczego doszło do tej tragedii?!
To naprawdę dobry i rzetelny kryminał, bez udziwnień za to z mnóstwem interesujących szczegółów z pracy śledczych. Dochodzenie do prawdy bywa żmudne, jednak to niezwykle ważne, by poznać odpowiedzi na wszystkie pytania. Gross mógłby stanowić wzorzec z Sevres, jeśli mowa o idealnym komisarzu, bardzo szybko dostrzega kilka nieścisłości i nie spocznie, póki ich nie rozwieje. Pozornie prosta i oczywista sprawa okazuje się niemożliwie zagmatwana, czyli jest dokładnie tak, jak lubię.
„Skrzep” to fenomenalny kryminał i trzymająca poziom kontynuacja świetnej serii, którą gorąco polecam Waszej uwadze.
Robert Małecki to autor, którego bardzo lubię i cenię. Przeczytałem wszystkie książki, które wyszły spod jego pióra i muszę przyznać, że seria z Bernardem Grossem to jest coś co po prostu uwielbiam. Oczywiście ze względu na głównego bohatera, który jest taki… normalny. Ma swoje życie, nie jest jakimś policyjnym superbohaterem tylko normalnym gościem takim jak każdy z nas.
Piąty tom przynosi nam kolejne śledztwo. Tym razem mamy do czynienia z człowiekiem, który podejrzewany jest o morderstwo swojej żony i córki. Problemem jest jednak to, że również i on postanowił odebrać sobie życie. Teoretycznie sprawa jest oczywista, jednak policyjny nos Bernarda nie pozwala na jej zamknięcie. Jak się domyślacie w wyniku działań komisarza odkrywane są nowe fakty a nic co wydawałoby się na pierwszy rzut oka oczywiste takim nie jest.
Ta książka to kawał dobrej roboty, czyta się ją świetnie. Główny bohater jest genialnie wykreowany a fabuła niebanalna. Czyli wszystko dokładnie tak jak powinno być u Roberta Małeckiego. Polecam serdecznie zarówno ten tom jak i całą serię.
Komisarz Gross to mój pewniak! Uwielbiam jego upór i tą zaciętość, to nieustępliwy i twardy glina, który w swoim życiu naoglądał się dużo krzywd i bólu. Chociaż myślałam, że to już ostania część, cieszę się, że mój ulubieniec nie odchodzi jeszcze na emeryturę.
To juz piąty tom serii kryminalnej z Bernardem Grossem, który wciąż intryguje i zaskakuje czytelnika. Autor umiejętnie kreuje rzeczywistość bohaterów zaglądając w ich najciemniejsze zakamarki. Relacje rodzinne, toksyczna miłość to obraz domu wypełniononego zaślepieniem i rzywdą. Za czterema ścianami czai się zło, które chowa się pod ludzką uśmiechniętą twarzą. Małecki nie opowiada tutaj tylko o zbrodni, tu nie ma przelewu krwi, tu jest autentyczna i tak bardzo realistyczna historia o ludzkich słabościach, ich relacjach, które często prowadzą do krzywdy i tkwią tam głęboko schowane. To historia, która porusza i skłania do głębszej refleksji. Demony przeszłości wciąż żyją i są jak trucizna, która rozlewa się niszcząc wszystkie sfery życia. Czytajcie, gwarantuję, że kryminalne serducho będzie usatysfakcjonowane.
Po słabym poprzednim tomie serii, ten jest rewelacyjny i wciągający. Od początku wszystko mi się tu podobało, a śledztwo przebiegało płynnie. Jest tylko jedno ale, które pojawia się w każdej kolejnej części - wątki obyczajowe. One mnie tak bardzo nie interesowały, że je omijałam. Żona głównego bohatera jest nadal w śpiące, on za nią tęskni, a syn jest na niego obrażony. Nic się nie zmieniło od pierwszej książki z tej serii. Jego świat stoi w miejscu. Dobrze, że przynajmniej autor się na tym nie skupia. Więc jeśli ominie się niepotrzebne fragmenty to warto przeczytać dla wspaniałego kryminału.
Po raz pierwszy czuje niedosyt jakby ta książka nie była do końca dopracowana. Po raz pierwszy nie mamy do czynienia ze zbrodnią z przeszłości. Po raz pierwszy po zakończeniu śledztwa nie mamy szczegółowego rozwiązania sprawy, omówionych motywów mordercy, są tylko ogólniki. Po raz pierwszy absolutnie nic nie drgnęło w sprawie żony Grossa, cały czas dostajemy tylko powtórki z poprzednich części. Książka świetna, ale nie ukrywam, że jestem rozczarowana tą częścią.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Małecki w dobrej formie aczkolwiek zaczyna cierpieć na dolegliwość zwaną „ile jeszcze damy radę pociągnąć wątek tajemnicy zabójstwa żony i nieporozumienia z synem?”. Gross jest skuteczny i wnikliwy ale przeciągane wątki z jego życia osobistego już zaczynają męczyć. Podobnie relacja z Malwiną. Zdecyduj się chłopie.
Po przeczytaniu 4 tomu trochę się obawiałam, że Małecki popadnie w pisanie dobrych ale nie porywających kryminałów, na szczęście sie myliłam. Czytaniu „Skrzepu” towarzyszyły mi takie same odczucia jak świetnej „Skazy” pare lat temu. Naprawdę bardzo podobało mi sie morderstwo wymyslone na potrzeby tej książki
Moj obiektywizm nie istnieje, bo to moje rodzinne miasto. Kocham chodzić z Grossem po tych uliczkach i tyle. ♡ jednocześnie cieszę się, że w tych historiach nie ma kosmitów i superbohaterów. To są dobre książki. :)
Kolejny tom przygód komisarza Bernarda Grossa toczy się wokół tzw. zabójstwa suicydalnego. Czy to możliwe, że mąż i ojciec wierzący, że jego żona i córka są całym jego światem, doprowadza do ich śmierci? To chyba jedna z lepszych części serii z Grossem.