Najnowsza książka Szczepana Twardocha zaczyna się jak historia o tym, że warto spełniać marzenia, być zdeterminowanym, bez względu na wiek i miejsce zamieszkania. Później przeradza się w alternatywną rzeczywistość. Co nas kształtuje? Miejsce, wychowanie. A może jest odwrotnie - to my kształtujemy miejsce i ono jest stworzone na nasze podobieństwo. Kiedy wydaje mi się, że zaczynam cokolwiek rozumieć, pojawia się cytat z Heideggera. Może zatem “książki zbójeckie” sieją zamęt w młodzieńczym umyśle, rodzą się później jako marzenie, pragnienie bycia kimś innym, alternatywa dla życia wynikającego z tradycji.
Twardoch myli tropy, podsuwa propozycje, sugeruje powody, opowiada o alternatywnych życiach: trzech Piontków - przeszły, współczesny i ten, który może być kiedyś. Czy jest w tym coś stałego, niezmiennego - chyba tylko wojna: milczący oficerowie, bezsensowne śmierci. Może jeszcze morze - marzenie, wolność, granica między światami.
Ale jest w tej historii coś jeszcze. Czas i przestrzeń mieszają się, ale gdy autor / narrator wchodzi w dyskusję z bohaterem na temat tego, kto ma mieć decydujący głos w prowadzeniu narracji, w tworzeniu opowieści, można by poczuć chęć rzucenia książką w kąt. Dla mnie to kolejny popis umiejętności pisarskich autora. Przypomina trochę “Ucieczkę z kina Wolność”, w której postacie z filmu wyłamują się, uciekają z niego; “Incepcję” - zatarcie granic między czasem i przestrzenią, prawdą a wyobrażeniem, a przede wszystkim “Pamiętnik znaleziony w Sarragosie”, czyli budowę szkatułkową powieści.
“Powiedzmy, że Piontek” to może nie najlepsza książka Twardocha, ale na pewno książka, która utwierdza mnie w przekonaniu, że jest jednym z najlepszych, swoistych współczesnych polskich pisarzy. NIe czytajcie złych recenzji, dobrych też nie. Czytajcie książkę i sami oceńcie, czy warto.