W jakie miejsca trafiają emocje? Co dają relacje? Czego nigdy nie dadzą? Jakimi drogami biega zainteresowanie i jak je złapać?
Co jest w ADHD trudne i jak można przed tym uciec? I, najważniejsze, najbardziej ostateczne, a przez to zatrważające: czy da się? Zrobiłam sobie tą książką przemianę bohaterki na żywca.
Forma autoterapii, która nie wnosi niczego szczególnego w życie czytelnika. Do tego napisana bardzo chaotycznie, co można zrozumieć w kontekście samego ADHD, ale też po prostu kiepsko i leniwie. Nie odnoszę się do samych opisywanych doświadczeń, ale sam nie mogłem utożsamić się z większością z nich, a jednocześnie nie poszerzyło to jakoś szczególnie mojego punktu widzenia.
Nie potrafię ocenić tej książki, za często zatrzymywałam się przy niektórych fragmentach i chciałam krzyczeć mam tak samo. Były momenty, które rozesłałabym wszystkim znajomym i rodzinie z dopiskiem „o tak mam w głowie”. Ale nie wiem, czy ktoś z neurotykiem mózgiem, będzie w stanie rezonować z tą książką tak jak ja.
Bardzo osobista książka. Książka - autoterapia. Książka, która mnie zmęczyła. Autorka najpierw dokonuje autodiagnozy (ADHD), później rozpaczliwie szuka jej potwierdzenia. Tego, że jest powód łapania piętnastu myślowych srok za ogon, spóźnień, zapominania o ważnych (dla innych) sprawach, wścibstwa, braku empatii. Diagnoza jest ulgą. "Zyskałam śrubokręt do siebie", pisze autorka i ja tę ulgę rozumiem. Ale jej ulga nie jest ulgą otoczenia. Z jednej strony ta lektura była cenna, bo wiem teraz, dlaczego niektórzy z mojego dalszego otoczenia są tacy, a nie inni. Rozumiem też formę - fragmentaryczność i chaos oddają to, co dzieje się w głowie osoby z ADHD. Tyle że spoglądam na to wszystko z własnej perspektywy i wtedy to skracanie dystansu, milion prywatnych pytań przy jednoczesnym lekceważeniu odpowiedzi, nawet jeśli wynika z ADHD, dla mnie jest powodem do omijania szerokim łukiem.
nie wątpię, że dla autorki napisanie tej książki i przepracowanie tego wszystkiego było terapeutyczne, ale niestety, dla mnie, jako czytelnika, była to ciężka przeprawa. męczyłam się z tą książką jakieś pół roku mimo że w sumie to jest króciutka. BARDZO chaotycznie napisana, wątki się mieszają, niektóre nie mają żadnego zakończenia, poszczególne fragmenty się nie łączą logicznie, czasem w ogóle nie pasują nigdzie. i tak, rozumiem, że to prawdopodobnie celowy zamysł mający pokazać chaos w umyśle osoby z adhd, ale na którymś etapie powinna chyba wkroczyć redakcja i zrobić z tej przekombinowanej mieszanki coś, co da się czytać. przykro mi że muszę wystawić tej książce tak niską ocenę, (tym bardziej, że "synu, jesteś kotem" bardzo mi się podobało i pochłonęłam ją w jeden dzień), ale trochę mam wrażenie, że cyranka upatrzyła sobie żyłę złota w tematach związanych z neuroróżnorodnością i uznali, że po co redakcja, i tak się sprzeda.
W „Synu, jesteś kotem” została przedstawiona relacja matki z synem, który jest w spektrum autyzmu. To historia ich wzajemnego docierania się, uczenia siebie, swoich potrzeb, akceptacji i zrozumienia. Książka wywarła na mnie duże wrażenie, więc ucieszyła mnie informacja o kolejnej.
W „Gdzie zgłosić dzikie zwierzę” poznajemy osobiste doświadczenia autorki, która otrzymuje diagnozę ADHD. Katarzyna Michalczak pisze o swoim poczuciu niedopasowania, o swoim roztrzepaniu, ciągłej gonitwie myśli, o szukaniu diagnozy, o życiu w społeczeństwie, które cię nie rozumie. Autorka dzieli się swoimi doświadczeniami i refleksjami. I jest to bardzo cenny głos, bo pozwolił mi zrozumieć z czym zmaga się osoba z ADHD i poznać jej perspektywę.
Była to bardzo ciekawa lektura, zdecydowanie godna uwagi! Również dla osób, które nie mają takich doświadczeń jak autorka.
Garść cytatów:
„Zawsze miałam poczucie nieadekwatności. Odkąd pamiętam. Nie robiłam rzeczy, których ode mnie chciano, a gdy je robiłam, to okazywało się, że robię je za bardzo.”
„Jestem uważana za osobę, która sobie na wiele pozwala, która się niespecjalnie kontroluje. A prawda jest taka, że ja się potwornie kontroluję, każdego dnia, z całych sił. Że to, co ludzie widzą, takie niby rozbuchanie, że mnie niby wszędzie pełno, że gdziekolwiek jestem, to kładę nogi na stół, to efekt wytężonej pracy nad sobą. Bo gdybym się nie trzymała w ryzach, to ja bym się po tym stole tarzała, na zmianę wybuchając płaczem, śmiechem i słowotokiem. Zaczepiając wszystkich, którzy by się nawinęli, żądając gwałtownie, żeby mnie słuchali albo, dla odmiany, zabawiali mnie rozmową.”
Wymęczyłam tę książkę, ale nie było to łatwe. Ta pozycja to dość chaotyczna autoterapia, której brak ładu i składu. Rozumiem, że miało to odzwierciedlać gonitwę myśli osoby z ADHD, ale to powinno być przystępne dla większej ilości odbiorców, bo jako osoba bez zaburzenia neurorozwojowego mam przesyt tego tematu, a tak naprawdę niczego konkretnego się tutaj nie dowiedziałam. W zasadzie w tej książce królują trzy kwestie: autodiagnoza autorki, uzyskanie diagnozy od lekarza i 3/4 to opisy codziennych zachowań i jej przemyśleń odnośnie tego, dlaczego jej życie wygląda tak, a nie inaczej. Też robię sobie czasem autorefleksje, ale nie palę się od razu do wydawania na ten temat książki.