Bardzo możliwe, że to po prostu nie była książka dla mnie. Pamiętam, że czytałam fragment w Piśmie i miałam wrażenie jakbym już tysiące takich rzeczy czytała; stwierdziłam wtedy, że sobie tę książkę odpuszczam, ale później dostałam ją na urodziny i oto jestem. To odczucie, które miałam po przeczytaniu fragmentu się sprawdziło i zupełnie mnie ta książka nie ujęła. Miałam wrażenie, że po raz kolejny czytam jakiś taki generyczny kobiecy polski debiut wydany przez fajne małe wydawnictwo (lekka złośliwość, oczywiście kocham fajne małe polskie wydawnictwa ;)). Jest to dziewczyńskie dorastanie, są aborcje, jest ta brutalna rzeczywistość polski B, ale skontrowana niby poetyckim językiem, więc pewna Zocha na przykład „gdzieś tam dorabiała, kelnerowała na weselach, na targach sprzedawała truskawki, CZERWONE JAK KREW PORZECZKI, pomagała ludziom w sprzątaniu”, ale ani ten język jakoś specjalnie mi się nie podobał, ani na poziomie fabularnym ta książka nie powiedziała mi nic ciekawego: wszystko jest takie zaledwie zarysowane, postaci do bólu stereotypowe, różne wątki się rozpoczynają i pozostają sobie tak zawieszone w sumie nie wiadomo po co. Przyjaciółka głównej bohaterki ma siostrę z głęboką niepełnosprawnością, z której powodu ktoś zawsze musi być w domu, ale jednocześnie ta siostra jest w zasadzie tylko częścią scenografii (przez całą powieść śpi i nic w sumie nie trzeba przy niej robić, poza tym, że być w domu), która ma pokazać, że przyjaciółka głównej bohaterki ma w życiu trudniej, bo ma smutne życie z samotną, doświadczoną przez życie matką i niepełnosprawną siostrą. W pewnym momencie główna bohaterka wyjeżdża na studia do dużego miasta i tu poznaje różne typowe przedstawicielki wielkomiejskiej młodzieży studiującej (noszą berety, oglądają francuskie filmy i przesiadują w kawiarniach) i za sprawą tych nowych znajomości oczywiście przestaje pasować do miejsca z którego wyjechała, ale nigdy też nie dopasowuje się do tego wielkomiejskiego świata. W mieście udaje, że lubi pić kawę bez mleka, a w miasteczku u dawnej przyjaciółki ciężko jej już zjeść kanapkę z pasztetem i taki to jest ten jej powrót do Reims:
„I już mi się ciśnie na usta, już pulsuje we mnie protest, halo, ja nie jem mięsa i w ogóle mięsa już się nie powinno jeść, cierpienie zwierząt, katastrofa klimatyczna i niechybny koniec świata. Ale czuję na sobie spojrzenie Kingi i mechanicznie podnoszę pajdki do ust, czuję, jak pęcznieją we mnie kolejne kęsy. […] Nie powiem przecież o mięsie, nie powiem o wegańskim mleku, nie powiem o pięknych porcelanowych – dziedziczonych z pokolenia na pokolenie – filiżankach, z których moje znajome piły liściastą herbatę. Wraz z bułką w brzuchu nabrzmiewa mi lista rzeczy, których nie powiem, bo nie chcę sprawiać Kindze przykrości. Czy raczej nie chcę sprawiać przykrości sobie, nie chcę się irytować tą przepaścią nie do przebycia.”
W ogóle dynamika relacji obu dziewcząt wygląda też trochę jakby była wzorowana na cyklu neapolitańskim Ferrante, tylko tam mieliśmy kilka tomów, a tu jest 178 stron, które mają pomieścić jakieś piętnaście lat życia bohaterek razem ze wszystkimi rozstaniami, powrotami i osobistymi tragediami. Niezbyt to jest udane moim zdaniem, ale moja przyjaciółka po przeczytaniu nie była aż tak krytyczna jak ja, więc nie zachęcam, nie odradzam.