Marigold Harding, aby zapomnieć o trudnej przeszłości, przyjeżdża do Nowego Jorku z nadzieją na rozpoczęcie nowego życia. Niestety, z powodu problemów finansowych nie stać jej na bezpieczniejsze miejsce — zamieszkuje więc w jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic miasta, na Bronksie.
To właśnie tam poznaje Willarda Cobingtona — tajemniczego, agresywnego chłopaka z tatuażami, oszpeconą twarzą i bolesną przeszłością. Jakby tego było mało, Willard jest dilerem narkotyków, który próbuje po prostu przetrwać, wyżywić siebie i swojego bratanka oraz wyrwać się z mrocznych ulic Bronksu.
Relacja Marigold i Willarda, początkowo pełna napięcia i niechęci, stopniowo przeradza się w coś głębszego – choć wciąż przesiąkniętego mrokiem i zagrożeniem. Naprawdę szkoda mi bohaterów – to, przez co muszą przechodzić, by przetrwać, łamie serce. Ich przeszłość i teraźniejszość są oddane bardzo autentycznie.
Widać w nich prawdziwe traumy, problemy i codzienne zmagania. Nic tutaj nie jest "na sucho" — mimo ciężkich scen książkę czyta się zaskakująco przyjemnie i szybko. Szczególnie rozczula serce wątek bratanka Willarda — dzieciak potrafi cieszyć się z najmniejszych rzeczy, a jednocześnie życie zadaje mu tak niesprawiedliwe ciosy. Nie zawinił niczemu, a mimo to musi płacić wysoką cenę. Mimo własnych ran, Marigold potrafi przynieść trochę ciepła i światła nadzieji — nie tylko Willardowi, ale też jemu.