Czy codzienność w ojczyźnie nowoczesności i wynalazku jest prostsza niż gdzie indziej? Czy łatwo znaleźć męża Japończyka? Co Japończycy określają mianem "egzotycznego ślubu"? Czym się wyróżniają japońskie trzylatki? Anna Ikeda odsłania uroki (ale i mankamenty) życia w Kraju Kwitnącej Wiśni. O braku centralnego ogrzewania, kąpieli z odzysku, rynku matrymonialnym, japońskich przedszkolach, a także o bóstwach, tradycji i stereotypach pisze Polka, która wybrała życie na Dalekim Wschodzie. Autorka nie zanudza wiadomościami encyklopedycznymi, ale żartobliwie opowiada o tym, co wypada, a czego nie wypada robić, czego oczekują Japończycy od gaijnów, czyli obcokrajowców, i co właściwie robi tam Polka. "Życie jak w Tochigi" to pouczająca lektura, napisana lekko, z humorem, ale też z ogromnym szacunkiem dla innej kultury.
I liked the way the book is written with a dose of humour which made it more interesting to read. I learned a lot of useful information about the life and work in Japan from the European point of view. That's not the first book about Japan I read and I start to understand this culture better. I had problems to comprehend all the festivals and their history as I'm not a big fan of such type of thing. However, I learnt more not only about the traditions but also about the history. I hope the author will be able to stay in this culture as it must take some effort for a "gaijin".
Od razu nastawiłam się, że to nie jest książka poważna, tylko luźne opowiadanie autorki jak wygląda jej życie w Tochigi. Podobał mi się styl autorki, miałam wrażenie, że siedzę z koleżanką na kawie i rozmawiamy o Japonii. Dowiedziałam się też paru fajnych rzeczy o Kraju Kwitnącej Wiśni oraz trochę o Japończykach - dobrze jest zobaczyć też 'stronę od kuchni', a nie tylko pocztówkowe zalety.
Poczucie wyższości wylewa się z każdego rozdziału. Ta książka to dowód na to, że samo przebywanie w "egzotycznym" miejscu nie czyni z człowieka pisarza. Język jakiego używa Ikeda przeszedłby najwyżej na blogu.
Książkę czytało się bardzo przyjemnie, zwłaszcza, gdy się miało wcześniejszy kontakt z twórczością blogową autorki. I tak jak jest to zaznaczone we wstępie - jest to książka o życiu autorki na wsi w Japonii, a nie o samej Japonii. Choć samych informacji o kraju jest też całkiem sporo! Lekka, przyjemna, zabawna, a jednak bardzo życiowa - myślę, że mogłabym tą książkę polecić każdemu, ktoś choć odrobinę marzył o wyjeździe na stałe do Japonii.
Chociaż autorka lojalnie ostrzegała, że nie jest to książka o Japonii, tylko o jej życiu w Japonii, to jednak spodziewałem się opisów ciekawych przypadków, zderzenia kultur, itd. Niby coś tam jest, ale nie za wiele. Nawet nieźle napisane (potencjał jest), ale poszczególne rozdziały stanowią tylko wycinki (każdy o czym innym) i tak połowa jest raczej nieszczególnie interesująca.
Bardzo lubiłam bloga Anny Ikedy. Ale to, co smaczne na blogu, robi się niestrawne w książce. Ego autorki skutecznie zakłócało przyjemność czytania, a szkoda, bo czyta się lekko i prędko.
Autorka ostrzega na samym początku: „I żeby nie było żadnych wątpliwości – nie jest to książka o Japonii. Jest to książka o moim życiu w Japonii. Z góry przepraszam.”. Dzięki temu nie znajdziemy tu mieczy, samurajów, mangi i Tokio (o tym zresztą można poczytać gdzie indziej). Dowiemy się za to czym różni się buddyjskie przedszkole od każdego innego, z czym kojarzy się japońskim dzieciom szop pracz, jak wygląda shintoistyczna pielgrzymka, kiedy japońskie teściowe się wściekają i czemu zimą woda zamarza w sedesie. Autorka w przeciwieństwie do wielu europejczyków, którzy zawsze chcieli tam mieszkać, wylądowała w Japonii przypadkiem (z powodu męża – Japończyka). Mało tego, jak sama przyznaje, nigdy nie interesowała jej kultura Kraju Kwitnącej Wiśni, a poprzednie z nią spotkanie wspomina dość niemile. Zgodnie z cytatem, poza jednym fragmentem (historyczno-turystycznym o Nikko i shogunach Tokugawa), książka jest o życiu autorki. Jednak zapewniam, że pani Ikeda przepraszać nie ma za co, bo prowadzi nadzwyczaj ciekawe życie, a z książki można się dowiedzieć wielu rzeczy na temat japońskiego społeczeństwa i japońskiej prowincji. Każdy rozdział jest związany z jakimś charakterystycznym dla Japonii stereotypem, dziwactwem, świętem czy tradycją, jednak jest pokazany z perspektywy Polki, która z niejednego pieca chleb jadła, ma trochę cyniczne poczucie humoru, sporo dystansu (do siebie też) i sporo szacunku dla opisywanej kultury i ludzi. Owszem wyzłośliwia się czasami, ale kulturalnie i z humorem, i moim zdaniem ze zrozumiałych powodów – japońskie normy grzecznościowe mogą doprowadzić do szału najlepiej wychowanego europejczyka. Życie jak w Tochigi jest ciekawe, zabawne i da się je przeczytać jednym tchem. Myślę, że zaciekawi też ludzi zainteresowanych egzotycznymi kulturami, którzy niekoniecznie są zainteresowani Japonią jako taką – stylem i treścią przypomina książki podróżnicze Cejrowskiego czy Wojciechowskiej. Wydanie, niestety, tanie nie jest, ale jego jakość trochę cenę usprawiedliwia – sztywna okładka, porządny papier i bardzo dużo zdjęć, które dodają klimatu. Polecam, nie tylko fanom Japonii. I mam nadzieję, że autorka kiedyś napisze drugą część.
Na blog autorki trafiłam przypadkiem, ale bardzo mi się spodobał i chętnie czytałam każdy nowy wpis i oglądałam zdjęcia. Jest mi bardzo przykro, że został skasowany, ale szanuję decyzję i mam nadzieję na powrót - albo może kolejną książkę? Książka zaczęła się dla mnie tak sobie, niepozornie, po czym wciągała coraz bardziej, aż w końcu przyłapałam się na chęci podejrzenia puenty jednego z ostatnich rozdziałów, co, na szczęście, na Kindlu jest trochę trudniejsze, więc się powstrzymałam. W samej treści dostałam dokładnie to, co chciałam: przygody polskiej kobiety (ale dość światowej, nie takiej prowincjuszki jak ja - żyła i w Nowym Jorku i w Szwecji), która wyszła za Japończyka i razem z nim mieszka w prowincjonalnej prefekturze Tochigi w regionie Kanto. Nawet nie wiedziałam, że potrzebuję takiej książki. Anime i reportaże zazwyczaj pokazują Tokio, Kioto czy Osakę, a o istnieniu Kanto dotychczas wiedziałam tylko dlatego, że identycznie nazywa się region w pierwszych Pokemonach. Dlatego dowiedziałam się bardzo wielu interesujących rzeczy - o życiu na wsi, o szkołach buddyjskich, o festiwalach, o jakuzie. Miło było też potwierdzić lub przypomnieć sobie rzeczy, z którymi już kiedyś zetknęłam się w popkulturze - jak worki na śmieci trzymane na ulicy pod siatką żeby ptaki nie rozdziobały albo honne i tatemae, o których kiedyś tylko troszkę czytałam w posłowiu do Evangeliona od JPFu. Bardzo interesujący i przyjemny w czytaniu zbiór różnych zdarzeń z codziennego życia, miła odskocznia od analiz historycznych i socjologicznych, z którymi głównie miałam do czynienia dotychczas. Bardzo polecałabym to fanom mangi i anime, bo rozszerza perspektywę i uczy wielu interesujących rzeczy, w boleśnie szczery sposób - o który zresztą teściowa do autorki niejeden raz miała pretensje :)
Książka byłaby zapewne o wiele ciekawsza, gdyby nie wyzierające z co drugiej strony przerośnięte ego autorki.
Od osoby opisującej życie w innym kraj oczekiwałabym jednak jakiegoś zrozumienia, czy raczej pokory wobec opisywanej rzeczywistości czy zwyczajów osób tam mieszkających (o ile nie są to zwyczaje szkodzące innym). Tymczasem pani Ikeda wypowiada się o otaczających ją ludziach nierzadko w niesmacznym, pobłażliwo-prześmiewczym tonie (szefowa czy teściowa, ta ostatnia nazywana wprost 'babskiem'!!!) i wyraźnie uważa się za lepszą od osób, które jej nie pasują. Obrazuje to też scena ze spotkanym Polakiem, w mojej opinii niewiarygodna i przerysowana do bólu (odniosłam wrażenie, że to kolejny zabieg mający na celu samowywyższenie się autorki w opozycji do "plebsu").
Pan Ikeda, poza tym, że na wszystko się zgadza, wszystko akceptuje i absolutnie nie przejawia żadnej z typowo japońskich cech, praktycznie nie istnieje w tej książce. Pani Ikeda istnieje w ksiązce za bardzo: wszytko się jej udaje, nawet pracę obleganym zawodzie nauczycielki angielski dostaje sobie o tak, od ręki, nie to co tam inne Amerykanki, które nawet nie umieją pisać poprawnie (podobnie brzmiała zabawna uwaga odautorska na temat jednej z koleżanek z USA).
A skoro już o pisaniu mowa, to kuleje też język autorki - słaby warsztatowo, nieuporządkowany i naszpikowany wyrażeniami potocznymi, co miało być w zamyśle chyba fajne, a nie jest.
Plus za przełamanie niektórych stereotypów o Japonii, w tym tych jak najbardziej pozytywnych (że niby jest superbezpiecznie i nikt nigdy niczego nie kradnie). Ale poza tym jestem raczej rozczarowana.
po 1: bloga autorki nie znam i nie czytałam po 2: książki nie dokończyłam - życie jest za krótkie by tracić czas na złe książki.
wywyższanie się, bardzo naciągane tezy niepoparte żadnymi źródłami/bibliografią, bardzo odpychająca maniera pisania.
"są też Azjaci z Ameryki Łacińskiej: Brazylijczycy, Peruwiańczycy, a nawet Boliwijczycy o azjatyckich rysach. (...) Co ich wszystkich do Japonii przyniosło? Najpewniej samolot." ha. ha. serio?