22 lipca 2011 roku był dniem, który pamiętam do dziś. Miałam wtedy 15 lat, więc wryło się to w moją świadomość bardziej niż WTC. Najpierw ataki w centrum Oslo, a równocześnie na wyspę Utøya przypływa Anders Breivik. Z jego ręki ginie 69 młodych osób, które wtedy spędzały czas na obozie letnim. Ta pozycja jest relacją osoby, która na tej wyspie wtedy była i to wszystko widziała.
Przez pierwsze 60 stron poznajemy Adriana Praconia - jego przeszłość, okoliczności w jakich znalazł się na wyspie, co tam robił, jak wyglądała organizacja obozu. Od 60-78 strony była analiza jak prowadzący obóz, w tym sam Adrian, próbowali zapanować nad sytuacją, po pierwszej informacji, że coś się stało w Oslo. Dopiero od końcówki 78 strony przechodzimy do clue tej książki czyli masakry na wyspie Utøya oraz walce o przeżycie. Relacja z wydarzeń na wyspie jest prowadzona do 119 strony, gdzie zaczyna się rozdział dotyczący już szpitala. Potem już mamy kolejne dni, otrząsanie się z szoku, pogrzeby, sprawa w sądzie i tak do ostatniej, 190 strony
Po co to wszystko tak rozpisałam? Dzięki temu widać, ile w tej książce jest rzeczy faktycznie odnoszących się do tego wydarzenia, a ile będących czymś zupełnie obok tego lub mało związanych z tym co nam tytuł sugeruje. Co do stron 78-118, to z wiadomych względów, nie będę ich oceniać. Natomiast przyczepię się do pozostałych stron, gdzie pojawia się mnóstwo autobiografii, a za mało tego co sugeruje nam tytuł tej pozycji. Przez większą część książki czytamy o rzeczach, które są obok tego wszystkiego. Kiedy już przejdziemy do kluczowych wydarzeń to po wszystkim nie mamy przemyśleń Adriana, żadnej wewnętrznej rozterki, zadawania pytań dlaczego, po co to Breivik robił, dlaczego agresja była wymierzona w młodzież, kim w ogóle jest Breivik, co sprawiło, że doprowadził do masakry, jakie panowały nastroje polityczne. Przecież podczas rozprawy sądowej, w której Adrian uczestniczył, na pewno niejednokrotnie wałkowano powyższe pytania. Tutaj wszystko zostało tak zaznaczone, że było, ale bez wdawania się w szczegóły.
Zostawiam 1,5 gwiazdki. To co się wydarzyło na wyspie oraz fakt, że Adrian Pracoń tam był, widział na własne oczy jak inni obozowicze umierają jest czymś strasznym i człowiek ma ochotę wyć z bezsilności oraz żalu, że są ludzie, którzy są zdolni do tak okrutnych czynów. Przecież najmłodsze ofiary miały tylko 14 lat. Wtedy były tylko o rok młodsze ode mnie. Jednak książka opowiada o tym wszystkim bardzo pobieżnie i brakuje w niej kilku elementów, które mogły dopełnić obraz oraz skalę tej tragedii.