“Zapytałam, czy nie wie przypadkiem, jak się opisuje samotność. Powiedziała, że można spróbować poprzez roślinę. Wysoką, na aksamitnej łodydze, z drobnymi jasnożółtymi kwiatami, zdaje się, że to dziewanna. (...) Bo to jest jedyna rzecz, którą rozpoznajesz. Idziesz do nowych, obcych ludzi, i mur jest nowy i obcy, i nasyp, i płot, (...) tylko jasnożółty kwiat jest zawsze ten sam. (...) wszystko może być nowe i obce, ale przynajmniej ziemia jest ta sama.”
W prozie Hanny Krall jest coś takiego, co zawsze przyprawia mnie o niespodziewane emocje, budzi uczucia, myśli, o które czasem trudno się podejrzewać. Bardzo zwięzła, powściągliwa, refleksyjna, czasem też wydająca się mówić o rzeczach zwykłych, by po chwili pojawiło się zdanie, akapit, które wywraca całe myślenie, które doprowadza do takiego napięcia, że trzeba przerwać. W tej opowieści też tak było. Gdy dla małego dziecka ukrywanego przez czas wojny jedynym stałym i pewnym elementem jest chwast widziany między kolejnymi kryjówkami albo wesołe zabawy ocalonych dzieci i pomiędzy tym jak kamienie, o które się potykamy: Sabinka, którą nazywano Szwabką; Jakubek, który nie wiedział, że jest chłopcem; Olga, której opiekunowie nie powiedzieli, że skończyła się wojna; Ruta, której nie bolało, gdy było mniejsze; czy refleksja Bernarda R. nad ciepłymi prochami w Majdanku o tym, czym jest zniknięcie czterdziestu oficerów AK wobec śmierci czterystu tysięcy żyć.
“Sublokatorka” nie dotyczy wojny. Nawet nie jest jej wiele, bieg tej historii kończy się wraz z ogłoszeniem stanu wojennego pokazując prawdziwe, alternatywne, potencjalne losy bohaterów. NIe jest ważne co jest prawdą, co fikcją. Ważne jest to, że w sensualny, oszczędny sposób, pięknym językiem, frazą opisuje Krall los człowieka, którym rządzi przypadek. To czy będziemy ofiarą, katem, obserwatorem nie zależy od nas. Przypadkowość sprawia, że możemy stać się kimkolwiek.
Piękna książka, do przemyślenia, refleksji, jedna z tych, które zostają w pamięci, osadzają się w emocjach, stają się cząstką czytelnika.