Chicago, rok 1918. Sierżant Teodor Rucki dopiero rozpoczyna karierę w policji, ale brak doświadczenia nadrabia ulicznym sprytem i szybkimi pięściami. W polskiej dzielnicy ktoś podrzuca bestialsko okaleczone zwłoki, a na płocie i w pobliskim kościele maluje farbą anarchistyczny napis. Rucki rozpoczyna śledztwo, które prowadzi go przez najbiedniejsze i najniebezpieczniejsze rejony miasta. Morderca zabija kolejne ofiary w okrutny i teatralny sposób, a na mieszkańców imigranckich dzielnic pada strach przed seryjnym zabójcą, nazwanym przez prasę Diabłem z Michałowa. Szybko okazuje się, że wokół młodego polskiego detektywa toczy się gra pozorów, a on sam musi stanąć ponad prawem i zmierzyć się z demonami przeszłości.
Żadnych bogów, żadnych panów to czarny kryminał historyczny odsłaniający zapomniane i wyparte przez Polonię oraz praktycznie nieznane w Polsce fragmenty historii polskiej diaspory w Chicago – mieście ciężkiej pracy, korupcji i zbrodni. Historii, która była taka, jak ta książka – brutalna, surowa i bezlitosna.
Ale to było fajne czytanie, takie gangi Nowego Yorku, czy inne Peaky Blinders tylko że w Chicago a.d. 1918 i z emigrantami z Polski w roli głównej.
Sama zagadka kryminalna jest taka sobie, książkę czyta się bardziej jak thriller, niż kryminał jednak, nawiązując do słów Raymonda Chandlera: kto czyta kryminały dla samej intrygi?
Bo w tej powieści to oddany świetnym piórem klimat robi większość roboty, klimat mrocznego, śmierdzącego południowego Chicago, pełnego hut, stalowni, ale przede wszystkim rzeźni, czyli wszędzie śmierć, głód smród i ubóstwo, a człowiek człowiekowi wilkiem* - dola Polaka na emigracji**.
Bardzo udany debiut, czekam na drugi tom.
*Postać księdza Romana jest promyczkiem humoru w tym zaginionym obrazie Hieronima Boscha. **Czytałem wywiad z autorem, w którym zarzeka się, że tło historyczne odpowiada mniej więcej opisywanym realiom, ja mu wierzę.
Ta książka jest dobra książka z bardzo fajnie wymyślonym ustawieniem fabularnym, w ciekawej epoce, z udziałem wielu narodowości będących udziałem imigranckich budowniczych Ameryki lat 20 ubiegłego wieku. I wszystko by było wspaniale i nawet wysoko ocenione i szczegółowo omówione przeze mnie, gdyby nie koszmarna maniera autora tego dzieła. Analfabetyzm wtórny pisarza, który z uporem maniaka psuje wrażenia czytelnicze, musiał stać się efektem długotrwałego przebywania za granicą i zbytniego "chcenia". Autor na siłę przypomina czytelnikowi co krok, że ten jest w Ameryce. Bakjardy, porcze i bejsmenty, a także szotgany w tym wypadku nie są w żadnym razie przetłumaczalne na język polski i wydawać by się mogło, że sam Mariusz Max Kolonko wyszedł z szafy aby napisać tę książkę. Zdumiewająca jest ta marnacja tak dobrego pomysłu na kryminał, poprzez językowe katastrofy co rusz wkładane w narrację. Oprócz tego autor tak bardzo chciał wzruszyć czytelnikiem, że wspaniałe opisane relacje musi wrzucić w kocioł śmierci, gwałtów i krwi.
Oh Lord Have mercy!
Po drugi tom sięgał nie będę. Chyba, że ktoś dokończy tłumaczenie z szigagowskiego na nasze. Z szacunkiem dla czytelnika.
NA POHYBEL Zastanawiałam się długo, jak zachęcić was do przeczytania tej książki. Szantaż? Nie mam asów w rękawie. Groźba? No przecież nie wyciągnę colta zza pasa i nie skieruję go w moich kochanych czytelników. Łagodna perswazja? Spróbujmy, może zadziała.
Książkę Grzegorza Dziedzica przeczytać trzeba, z kilku powodów. Najważniejszy dla mnie, bardzo egoistyczny, to ten, że mocno polubiłam świat przedstawiony przez autora i bardzo chciałabym się w nim zanurzyć jeszcze raz. Ale jeśli nawet przyznana tej powieści Nagroda Wielkiego Kalibru 2022 nie pomoże w zwiększeniu sprzedaży, to wydawnictwo może się nie zdecydować na publikację kolejnego tomu. W końcu - to biznes, a nie działalność charytatywna.
Po przygodzie z książką „Czerwone jezioro”, nagrodzoną w konkursie Agory, która okazała się cienka, jak czternasta emerytura z ZUSu przy dwucyfrowej inflacji, do nagrody w kolejnym konkursie podchodziłam z uprzedzeniem. Niesłusznie. Książka Grzegorza Dziedzica zauroczyła mnie już pierwszymi zdaniami. Mogło być lepiej, ale do tego jeszcze dojdę.
Dziedzic pisze tak doskonałym językiem i posługuje się tak wyrafinowanym stylem, że aż szkoda, że to tylko „zwykły” kryminał. Taka dbałość o formę - to się praktycznie nie zdarza w dzisiejszych powieściach kryminalnych. Rzadko też trafiają się tak barwne i dopracowane psychologicznie postaci. Jak wam się, na przykład, podoba ksiądz alkoholik, który zrzuca habit, zostaje socjalistą i dopiero wtedy zaczyna wierzyć w Boga? Albo sierżant policji kryminalnej, wywodzący się z dołów społecznych, który jeszcze nie tak dawno był hersztem gangu i wciąż ma skłonności do rozwiązywania problemów mafijnymi metodami? Ja wymiękłam. Dodam jeszcze, że akcja dzieje się w polskich dzielnicach Chicago, w 1918 roku, a realia oddane są tak pieczołowicie, że czytając tę książkę ma się wrażenie podróży w czasie.
Pamiętam, że podobne odczucia miałam czytając wiele lat temu debiut Marka Krajewskiego „Śmierć w Breslau”. Tylko wtedy ta świetna, oryginalna, napisana doskonałym stylem książka natychmiast została zauważona i od niej zaczęła się burzliwa kariera autora. A kto dziś zauważy Grzegorza Dziedzica? Blogerzy, którzy rozpoczynają „recenzje” od słów: „dziś przychodzę do was z…”? Czy oni dostrzegą różnicę między stylem Dziedzica, a stylem gimnazjalisty, obowiązującym wśród producentów dzisiejszych bestsellerów? Czy autor ma szanse wypłynąć na szersze wody, skoro aby tam dotrzeć, trzeba najpierw przedostać się przez morze chłamu?
Dlaczego czarno to widzę? Na uroczystości wręczenia Nagrody Wielkiego Kalibru autor wspomniał, że książkę tę odrzuciło 50 wydawnictw (słownie: pięćdziesiąt!). Pięćdziesięciu osobom (których z trudem nie obdarzę epitetem, który ciśnie mi się na usta) albo nie chciało się tej książki przeczytać, albo przeczytali, ale uznali, że niej nie zarobią. No pewnie, przecież o wiele łatwiej wydawać Mrozów. No żeby ich pokręciło!
„Żadnych bogów, żadnych panów” nie jest typowym kryminałem, ponieważ nie chodzi w niej o rozwiązanie zagadki „kto zabił”, ale raczej - dlaczego. Kiedy dowiadujemy się kto stoi za morderstwami, pozostaje już tylko oczekiwanie na ujawnienie motywu zbrodni i ciekawość, jak potoczą się losy bohaterów. i jaką w tej rozgrywce pełnili rolę. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze, ponieważ tak wiele się dzieje na drugim planie, że czytelnik nie ma czasu na nudę.
Pod względem tematycznym (porachunki gangsterskie i relacje międzyludzkie) książka Dziedzica przypomina trochę „Ojca chrzestnego”, ale na szczęście jest o wiele lepiej napisana, bo od nieskomplikowanego (to grzeczny eufemizm) stylu Puzo czasami zęby bolą. Wielbiciele serialu „Peaky Blinders” również znajdą w tej powieści sporo analogii.
Co można by było zrobić inaczej albo nawet lepiej? Grzegorz Dziedzic chciał chyba rozpocząć swą książkę podobnie jak Reymont „Ziemię obiecaną” – od portretu wielkiego, przemysłowego miasta. Prawie by mu się udało uzyskać podobny efekt, gdyby szybciej przeszedł do zasadniczej narracji. W zbyt długim wstępie mamy bowiem postać, której oczami widzimy Chicago. Sprawia ona mylne wrażenie głównego bohatera, a tymczasem człowiek ten nie pojawi się więcej ani razu. Opisy miejsca akcji budujące klimat, dużo lepiej zagrałyby później, kiedy czytelnik będzie już na tyle mocno wciągnięty w opowieść, że wybaczy autorowi bardziej ambitne wstawki.
Autor trochę też przesadził z liczbą trupów na końcu. To nie jest tak, że im więcej śmierci, tym lepiej. Każde, kolejne, niepotrzebnie odebrane życie sprawia, że czytelnik coraz bardziej na śmierć obojętnieje, a przecież nie o to chodzi.
Jako zdeklarowany czytelnik kolejnego tomu byłabym również wdzięczna, gdyby autor trochę bardziej popracował w nim nad dramaturgią. Siłą rzeczy, przy drugim podejściu nie będę już tak bardzo zachwycać się stylem i klimatem, bo przyjmę za pewnik, że to w powieści znajdę, na pewno jednak będę mieć większe wymagania co do zręcznie skonstruowanej zagadki i dynamicznej fabuły.
Pożyjemy, zobaczymy. Tak czy inaczej – ja na następny tom Chicagowskiej Trylogii czekam z utęsknieniem. A wy? Może przynajmniej kupcie tę książkę. Na pohybel tym @#$%& wydawcom, którzy nie chcieli na niej zarobić. www.czytacz.pl
Ta książka mnie zachwyciła! Wartka akcja, prawdziwe, klimatyczne, duże miasto, gangsterzy i policjanci. Świetnie skrojona, niecodzienna zagadka, atmosfera, którą chłonie się całym sobą, niecodzienna bohaterowie i zakończenie, które wbija w fotel i łamie serce. Niesamowite jest jak autor potrafił stworzyć duszny, przesiąknięty wonią wódki i papierosów klimat, który idealnie pasuje do Peaky Blinders. Można idealnie wrzuć się w fabułę, dać się porwać wartkiej i ciekawej historii. Mnóstwo zwrotów akcji, pościgów, tajemnic, zagadek, ale i miłości, nienawiści i lokalności. Nie będziecie żałować lektury!
Jakie to było dobre. Widać tutaj co dzieje się z ludźmi, gdy dostaną swój sznurek władzy. Przerażający obraz ludzkiego zepsucia i walki o NOWY LEPSZY ŚWIAT, który lepszy będzie tylko dla elit. Bardzo ciekawe przedstawienie Polonii w USA, które na początku uznałam za wadę, jak bardzo się myliłam....... Bardzo podoba mi się mnogość interpretacji postaci czy danych sytuacji i ich przewrotność.
Plusy Postać Romana przeszła ciekawą drogę, od zera do bohatera z twistem, bardzo intrygujące. Teodor jest bardzo barwny i interesujący. Fabuła oscyluje wokół tematów gangów i elit, odwiecznej walki bogatych z biednymi, bardzo mi się podobała Może przewidywalna (szczególnie od sceny z niebieskimi fajkami), ale byłam bardzo zaangażowana i bardzo chciałam poznać dalsze losy postaci. Spodobała mi się też przewrotność w nawiązaniu do Zbrodni I kary ( sposób prowadzenia śledztwa), ale też można zobaczyć podobny schemat w Death Note.
Minusy: • śmierć Tomka (brata Teodora), po co ktoś tak wysoko postawiony miałby się skupić na tak mało znaczącym chłopcu? • Klara? Co? Jak? Wiedziałam, że coś odwali, ale .... to, co się wydarzyło, było sztuczne i mało logiczne. Jak się przedarła przez te struktury, pełne białych mężczyzn, którzy chcą kontrolować cały świat?! Po co ten pionek w tym miejscu? •Śmierć Zosi była bardzo brutalna i wulgarna, poza tym Teodor po chwili musiał gonić pomagiera Cypriana i atmosfera napięcia, bólu i rozpaczy zniknęła. Trochę za mało na przeżywanie dla bohatera po scenie, żeby po przeżywał. Rozumiem, że akcja nabiera tępa, ale gdy scena strasznego gwałtu ma miejsce, to potrzeba jest chwila. • Nawiązanie do Frankensteina, (nowe dzieło) trochę kiczowate. Rozumiem co to miało wnieść, ale nie zmienia to faktu.
Nawiązanie do: Frankensteina, Nitschego i Zbrodni i kary.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Nie jestem jakimś szczególnym fanem kryminałów, więc i ten literacki debiut raczej bym pominął, gdyby nie zachęcający setting - akcja dzieje się w środowisku polskich emigrantów w Chicago na początku XX wieku. Byłem tam dwukrotnie - co prawda jakieś sto lat później niż dzieje się akcja powieści, ale pewne elementy pozostają wspólne (podobnie jak Kazikowi, udało mi się zabłądzić na Sałcie, choć nie po północy, co i wtedy i teraz jest raczej mało polecaną atrakcją); ba - nawet zrobiłem tam prawo jazdy. Miasto zasadniczo owiane jest bardzo złą sławą, ale jak mawia mój znajomy który obsługuje tylne stanowisko strzeleckie w autobusie dowożącym dzieci do szkoły, nie ma tam aż takich problemów z przemocą jak jest to przedstawiane w mediach.
W okresie opisanym w książce z kolei, przemoc jest dosłownie wszędzie - podobnie jak klimat który wprost wylewa się z kart powieści. To nie są “kulturalne” porachunki gangsterskie które kojarzymy z filmów o czasach Ala Capone - nie ma tu garniturów ani negocjacji, zamiast tego są kastety, kije, noże i wszechobecny brud i smród krwi, gówna i bydła - poza stalą i przestępczością głównego “produktu” przetwarzanego w tamtych czasach w Chicago.
Autorowi pozostaje pogratulować również wykreowania ciekawych i zapadających w pamięć bohaterów z krwi i kości (i głównych i pobocznych) oraz doskonałego oddania dusznej atmosfery przemysłowego piekła jakim ponad sto lat temu było Chicago. Już na pierwszych stronach lądujemy w szemranej eli na Bushu - oczywiście historia zaczyna się od znalezienia okaleczonego ciała ofiary morderstwa (do czego zobowiązuje konwencja gatunku), w dzielnicy zamieszkanej przez tysiące osób trudniących się rzeźnictwem. Fabuła książki dzieje się w okresie gdy po stu dwudziestu trzech latach zaborów Polska odzyskała niepodległość - choć ten wątek jest raczej wspomniany niż wykorzystany w jakikolwiek sposób - poza byciem kolejną okazją do wznoszenia toastów; których tu i tak nie brakuje - bo jednak pije (i bije) się tu nieustannie i zawodowo.
Powiedziałbym że to lektura dla fanów kryminałów i/lub osób znających Chicago choćby z opowieści - ponglish którym posługują się postaci jest autentyczny (choć nie wiem czy czasowo - osobiście osłuchałem się z nim w sytuacjach raczej związanych z kopami wypisującymi tykiety za brak insiury niż etnicznie motywowanymi bijatykami o wpływyy w danej dzielnicy.
Na koniec - intryga wokół której osnuta jest cała historia jest po prostu ok - nie jest to kryminał wychodzący poza łamy gatunku, ale po prostu solidne wakacyjne czytadło.
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki Żadnych bogów, żadnych panów autorstwa Grzegorza Dziedzica. Powieść wchłonęła mnie od pierwszych stron. Przepadłam w klimacie Chicago zdominowanym przez polskich imigrantów. W roku 1918 to oni rządzili tamtejszym półświatkiem. Południowa strona miasta pełna jest stalowni, hut, a nade wszystko rzeźni co sprawia, że okolica kojarzy się z mrokiem, brudem i smrodem. W takich warunkach wychował się główny bohater książki Teodor Rucki. Poznajemy go jako policjanta, a prywatnie świeżo upieczonego małżonka. Wcześniej był jednak gangusem i królował w Bushu - dzielnicy, w której wzrastał. Nie przyjdzie mu cieszyć się młodą żoną zbyt długo. Z małżeńskiego łoża wyciągnie go przełożony, za sprawą przedziwnego mordu, do jakiego doszło w polonijnym środowisku. Teo ruszy w pogoń za psychopatycznym mordercą, w której się zatraci. Gra, jaką prowadzi z nim zwyrodnialec doprowadzi do niespodziewanego finału i osobistej tragedii młodego sierżanta. Kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Grzegorz Dziedzic zaskoczył mnie jednak nie tylko zakończeniem. Stworzył bardzo wyraziste postaci - obok głównego bohatera, który skradł moje serce bardzo polubiłam się też z Romanem, który na naszych oczach zrzuca sutannę i odchodzi z duchowieństwa, aby oddawać się temu co kocha najbardziej, czyli pijaństwu. Dodatkowo klimat Chicago z początków XX wieku zrobił lwią część roboty. Przepadłam i od razu zabieram się za lekturę drugiej części serii. Polecam.
„Żadnych bogów, żadnych panów” to nie jest zła powieść, podobał mi się klimat Chicago XX wieku, podobały mi się wojny gangów i tym samym migrantów żyjących w tym czasie w Stanach, było też brutalnie i krwiście - tak jak lubię, ale mimo wszystko brakowało mi tu akcji. Odniosłam wrażenie, że wątek kryminalny był zepchnięty trochę na drugi plan, a sama fabuła była rozwleczona i trochę przegadana. Miałam problem wgryźć się w historię i sama nie wiem czy to kwestia złego czasu czy po prostu to nie była książka dla mnie. Język, którym posługuje się autor nie należy do najłatwiejszych, jest sporo wtrąceń i zapożyczeń językowych wprawdzie z tyłu jest słowniczek ale to zawsze coś, co odciąga od czytania. Ponadto główne postacie choć wyraziste i fajnie skonstruowane raczej nie wzbudziły we mnie żadnych emocji i były mi obojętne.
Reasumując nie jest to książka lekka i przyjemna i raczej odradzałabym ją osobom o słabych nerwach i nie lubiących brutalnych opisów. Ja stosunek do niej mam ambiwalentny, nie była to zła powieść, ale niestety do grona jej entuzjastów też się nie dopiszę. Czy sięgnę po kolejną część? Z jednej strony z ciekawości (jeśli byłaby rzeczywiście kontynuacją „Żadnych bogów, żadnych panów”), może bym i przeczytała, a z drugiej strony biorąc pod uwagę ilość książek w kolejce i zaległości, nie wiem. Po prostu nie wiem.
W tle Chicago z roku 1918, okruszki wspomnień z Polski, unikalny język dawnej Polonii i ogrom smaków, zapachów i swietnie opisanych dźwięków płynących z ulic i tawern. Szybkie pieści i niesamowity spryt sierżanta Ruckiego, czarodziejskie opisy gangsterskich porachunków, to jak podróż wehikulem czasu po nieznanym polskim Chicago, z którego nie chcemy wyjechać. Czekam na drugi tom.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Świetnie napisana, banalna kryminalna historia. Jak wszystkie dobre kryminalne historie jest kolejną wersja tej samej historii, w innym miejscu, ale zawsze o tym samym dziejącym się tak samo. Jak wspomniałem świetnie napisana, mięsista, pachnąca - a właściwie śmierdząca. Dwa zgrzyty: brustasza nie nazywa się po polsku butonierką, zupełnie nie, a lody się nie rozpuszczaja (bo niby w czym miałyby się rozpuszczać) ale topią.
Super klimat międzywojennego Chicago, Polonia, gangi, brutalność, bród i smród. A te takie, że czuć je w nozdrzach i na skórze. Fajne zwroty akcji i zaskakująca fabuła, ciekawi bohaterowie z krwi i kości. Kryminałów jednak nie czytam, a przynajmniej nie te typowe, ale przy tym bawiłem się dobrze. Nie mam pojęcia czy autor powiela jakieś schematy, czy wątki są wtórne czy nie, dla mnie było to swoiste novum.
Porównanie do Peaky Blinders tyle trafne co potrzebne (ale jak już były i „Szatańskie wersety kościoła kat.”, to już mało co w tym piarze razi). Książka broni się sama - świetnie się czyta, fabuła wciąga, topografia Chicago… no, szacun, to niemal jak Birmingham w PB!, i te typy! Jest już kolejna - biorę w ciemno.
Dawno nie czytałem żadnego kryminału i dawno nie czytałem tak dobrego kryminału. Niesamowity klimat, świetni bohaterowie, bardzo fajny humor. Akcja dzieje się co prawda w Chicago, ale fani Peaky Blinders powinni być usatysfakcjonowani. Akcja rozwija się bardzo ciekawie, stopniowo pokazując to co ukryte, a finał to prawdziwy rollercoaster, który rozłożył mnie emocjonalnie na łopatki.
Początek dość nudny, ale potem się rozkręca. Zachęca do sprawdzania różnych informacji o Chicago lat 20tych, i za to duży plus. Choć po lekturze wywiadów z autorem spodziewałam się więcej smaczków. Ale rozbudza apetyt na kolejną część.
Ps. Ciekawe, że w powieści występuje Polikarp, postawny zabijaka. Zupełnie jak u Twardocha ;-) przypadek?
Mroczny kryminał, wartka akcja, piękny język. Jako chicagowska imigrantka dodatkowo doceniam osadzenie fabuły w lokalnych realiach i przemycenie Ponglisza. Z niecierpliwością czekam na kolejne części!
Marketing mnie nabrał. A może kryminały mają być napisane w taki niewymagający sposób. Debiut trochę jak praca na zaliczenie zajęć z kreatywnego pisania na studiach. Było kilka fajnych rzeczy, ale braków było jeszcze więcej. Czytało się umiarkowanie szybko więc to plus przy 500 stronach.
Trochę się wahałam czy dać 4 gwiazdki, bo trochę finał mnie rozczarował, miałam wrażenie, ze tak jakby coś zostało z historii wycięte? Ale nadrabia klimatem, jak już czuję ten smród i brud ulic Chicago to naprawde spoko.
Pomimo iż lubię retro kryminały i książki w świecie gansterów, nie czułem tutaj Chicago z początków XX wieku. Niektóre wątki potrafią zmienić się o 180 stopni od tak, co wygląda jakby z historii zostały usunięte jakieś rozdziały. Język jest ciekawy, a samą pozycję łatwo się czyta.
Bardzo solidna książka, zarówno pod względem warsztatu, jak i pokazania "polskiego" Chicago sprzed ponad stulecia. Akcja jakby mniej oryginalna, ale nie powinno to przesłaniać udanej całości.
Obrzydliwa to okolica, ale jakże fascynująca. Historia o polskich gangach tworzących się w rzeźnickich dystryktach Chicago w 1918 roku. Wciągająca lektura.