Dziewczęta z Nowolipek są powieścią tak wyjątkową, jak jej autorka. Kiedy śledzi się jej biografię, aż trudno uwierzyć, iż osoba tyle razy stawiana wobec ciężkich wyroków losu, była zdolna wytrwale pielęgnować w sobie literackie zdolności.
Nowolipki, zapomniana przez tzw. wielki świat warszawska dzielnica biedy i "śmietników" determinuje losy bohaterek, tak jak pewnie swego czasu determinowała los Gojawiczyńskiej. Bronka, Franka, Cechna, Amelia czy Janka, każda na swój sposób będzie starała się uciec od stygmatów małej ojczyzny i przedrzeć się, choć na chwilę, do wspomnianego "wielkiego świata", symbolizowanego przez takie miejsca, jak ulica Marszałkowska czy Ogród Saski. Bohaterki Gojawiczyńskiej nie tęsknią jednak za blichtrem majętnej egzystencji, lecz za miłością. Miłość, ta bajkowa, znana z książek, ma je wyzwolić i nadać sens ich istnieniu.
Pamiętam, że kiedy czytałam „Dziewczęta” w nastolęctwie, bardzo mi się podobały, ale czytałam je jako typową powieść coming-of-age z bohaterkami, z którymi mogłam się utożsamiać. Sama mieszkałam w starej pofabrycznej kamienicy, bez CO, ze wspólnymi toaletami, moja rodzina jako pierwsza miała łazienkę, którą własnoręcznie wykonali mój tata z dziadkiem, na ścianach był grzyb, z bramy odpadał tynk, towarzystwo mieszkało bardzo różne, często szemrane. Po drugiej stronie ulicy stały z kolei ogromne wieżowce z wielkiej płyty z windami, kablówką, ciepłą wodą i kaloryferami - to było dla mnie, dzieciaka z czynszówki, jak Park Saski i bogata strona Warszawy dla bohaterek Gojawiczyńskiej. Oczywiście postęp cywilizacyjny nastąpił, a schyłek PRLu pozornie był bardzo odległy od dwudziestolecia międzywojennego, ale dla niezamożnych wcale nie zmieniło się aż tak dużo, więc miałam poczucie, że je rozumiem. To czego nie pamiętałam, to jak bardzo przygnębiająca jest ta książka. Autorka szczerze i trzeźwo ocenia sytuację życiową swoich bohaterek. Nie pisze bajki, nie romantyzuje, nie szuka dobrych zakończeń. Wyraźnie zaznacza wszelkie różnice klasowe, granice nie do przekroczenia, brak perspektyw i ciężki los, który raczej jest nie do uniknięcia, szczególnie jeśli w marzeniach chciałoby się wyżej i więcej. Dlatego też tym razem czytałam „Dziewczęta” bardziej jako gorzki reportaż społeczny, niż opowieść o dojrzewaniu. Tę gorycz, a może nawet zgorzkniałość, czuć jeszcze wyraźniej w drugim tomie poświęconym życiu przyjaciółek z Nowolipek „Rajskiej jabłoni”. Choć ich życie posunęło się do przodu, granice udało się przeskoczyć, to koszt osobisty, który trzeba za to ponieść okazał się bardzo wysoki. Opisy relacji klasowych i międzypłciowych - czyli stosunku wyższości - są w tych książkach genialne. Przez to, że Gojawiczyńska prowadzi narrację w pierwszej osobie, wrzucając nas prosto do kłębowiska myśli każdej z bohaterek, łatwo wyobrazić sobie co oznaczało być kobietą sto lat temu. Świetnym rozwiązaniem jest też ciągłe zmienianie narracji i przeskakiwanie z głowy jednej dziewczyny do drugiej. Nie da się nie poznać i nie zżyć z każdą z nich. Portrety przyjaciółek są głębokie i pełne, każda z nich jest zupełnie inna i inaczej przeżywa rzeczywistość, podąża inną drogą, ale jednocześnie nie traci pozostałych z oczu. Dużo tu siostrzeństwa. Poza wnikliwą analizą stosunków społecznych mamy też sporo reportażu politycznego, ale pokazanego z punktu widzenia pobocznego obserwatora. W pierwszej części świetnie zarysowane są nastroje patriotyczne w życiu pod zaborem, oczekiwanie na wolną Polskę, rodzące się ruchy robotnicze. W drugiej widzimy brudną stronę polityki, manipulacje, pozory, to jak ci zwykli ludzie, na których można się wybić, nic tak naprawdę nie znaczą, liczy się tylko własny interes. I jak to jest napisane! Pola Gojawiczyńska jest mistrzynią słowa, wpada się w wykreowany świat po uszy, angażuje, kibicuje, nie da się oderwać. Bardzo plastyczne i realistyczne opisy, dużo symboliki, skomplikowane relacje między postaciami, rozterki wewnętrzne bohaterek, miłości, dramaty i proza życia - wszystko tu jest. Do tego ta książka w moim odczuciu w ogóle się nie zestarzała, a wręcz niektóre fragmenty mogłyby opisywać i dzisiejszy świat. Bardzo, bardzo się cieszę z tego powrotu czytelniczego, to jest doskonała literatura, pokazująca jak opis doświadczenia kobiet może być jednoczenie bardzo uniwersalnym i szerokim odbiciem świata. Polecam wam te książki całą sobą.
Nie spodziewałam się jakiegoś pasma szczęścia i radości życia wylewającej się z kart, ale na tak przygnębiający realizm też nie byłam do końca gotowa. o zaległość, do nadrobienia której zbierałam się od wielu lat. Jedna z ulubionych książek mojej mamy (która zresztą przy tej okazji przeczytała ją ponownie, wraz z drugim tomem, czyli Rajską jabłonią). Historia tytułowych dziewcząt, czyli Frani, Kwiryny, Cechny i Bronki, przygnębiła mnie jednak, zamiast porwać, bo zdecydowanie jestem już w nieodpowiednim wieku do tego, by identyfikować się z dorastającymi bohaterkami. W odpowiednim natomiast do tego, by docenić przygniatający realizm, z jakim Gojawiczyńska opisała warunki, w których dziewczyny dorastały. Niesamowite, jak doskonale udało jej się pokazać przepaść, która dzieli robotnicze Nowolipki i centrum Warszawy. Dziewczyny boją się nawet wejść do publicznego parku, a w ramach wypraw do lepszego świata zwiedzają klatki schodowe przypadkowych kamienic. To są oczywiście detale (zazwyczaj), ale z nich składa się rzeczywistość. Nawet jeśli dziewczynki intelektualnie nadają się na pensję czy tajne komplety, pochodzenie determinuje ich los i dostępne ścieżki życiowe w sposób bezwzględny. Bohaterki są różne i każda ma swoje problemy, ale - poza twardo stojącą na ziemi Kwiryną - każda wie, jak boli konieczność porzucenia marzeń i czym jest codzienny głód. Matkę Cechny i Amelki to naprawdę miałam ochotę udusić za stręczenie własnych dzieci przypadkowym facetom za prowiant. Niesamowite zresztą, że Gojawiczyńska tak po prostu napisała o nielegalnych aborcjach, smutnej konieczności dla młodych, nieświadomych kobiet, które chciały zaznać bliskości drugiego człowieka, a potem wolały ryzykować śmierć niż hańbę. Oczywiście najbardziej przejmujący jest wątek Franki, dziewczyny w zasadzie porzuconej przez rodzinę, wybitnie uzdolnionej, skrajnie biednej, która nie udźwignęła kolejnego odtrącenia. W zestawieniu z rozbestwioną córką "Państwa", u których Franka służy, jej smutny, w żaden sposób niezawiniony los tym mocniej przemawia do wyobraźni. Jest to bardzo twardy realizm, pozbawiony wszelkich złudzeń co do możliwości awansu klasowego polskich młodych kobiet na początku dwudziestego wieku. I jakkolwiek doceniam odwagę, wszechstronność i bogactwo emocjonalne tej niedługiej, ale niesamowicie bogatej w treść powieści, to zarazem przyznaję, że przygnębiła mnie do tego stopnia, iż nie mam zamiaru sięgać po kontynuację.
Nowolipki pod zaborami były robotniczą dzielnicą Warszawy, całkowicie oddaloną mentalnie i klasowo od Saskiej Kempy i ulicy Marszałkowskiej. Niby też stolica, ale inny świat. Tam mieszkają robotnicy, biedota i główne bohaterki – Frania, Kwiryna, Cechna, Bronka i ich rodziny. Ta czwórka wspólnie chodzi do szkoły i snuje plany na przyszłość. Dziewczęta są pełne nadziei, chęci do nauki, optymistycznie patrzą na świat. Stopniowo jednak dostrzegają, że ten świat nie jest dla nich łaskawy, że pochodzenie określa ich przyszłość i przekreśla wiele szans. Dotyczy to możliwości edukacji, pracy, ale i szans na miłość. Wychowane skromnie, często o chlebie i herbacie, z wielkim naciskiem na tak zwaną porządność, muszą odnaleźć się w świecie poza Nowolipkami, ale także zrozumieć, że ich perspektywy nie są świetlane.
Jeśli mielibyście w tym roku przeczytać jedną książkę z dwudziestolecia międzywojennego, to niech to będą właśnie "Dziewczęta z Nowolipek".
Wiedziałam, że ta książka mi się spodoba, ale nie sądziłam, że zrobi na mnie aż takie wrażenie. Chciałabym na nią trafić, jak byłam jeszcze nastolatką — myślę, że pomogłaby mi poradzić sobie z wieloma kwestiami związanymi z dorastaniem, poznawaniem świata i ludzi.
Jest to opowieść właśnie o tym — o wchodzeniu w dorosłość grupy dziewcząt, które odkrywają siebie, swoją seksualność, poznają miłość, konfrontują marzenia z rzeczywistości i — co w tej książce najważniejsze — poznają gorzki smak rozczarowania. Bo to historia rozczarowań — miłosnych, seksualnych, tożsamościowych. Okazuje się, że miłość nie może uratować świata, ba, nie może uratować nawet sensu życia. Jest to powieść bardzo smutna i niezwykle emocjonalna — bohaterki, które rozpaczliwie chcą znaleźć swoje miejsce w świecie, tego miejsca nie są w stanie znaleźć (myślę, że ta historia idealnie wpisuje się w popularny dziś nurt "wychodzenia z pochodzenia" - z tym wyjątkiem, że tu próby kończą się fiaskiem).
Jest to też powieść niesłychanie odważna — ukazała się w 1935 (a więc w tym samym, co "Granica" Nałkowskiej) - i Pola Gojawiczyńska otwarcie pisze o aborcjach sióstr Raczyńskich, o wykorzystaniu seksualnym Franki, o doświadczeniach "miłosnych" Ireny, Marii, czy Bronki.
Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam tę książkę — tę historię i te bohaterki. O tej książce powinno być głośniej — przynajmniej na studiach polonistycznych (a niestety kanon lektur XX wieku jest wciąż zdominowany przez kanon literatury "męskiej" i Poli Gojawiczyńskiej i innych wybitnych autorek w spisie lektur nie ma).
To klasyczna powieść napisana mową pozornie zależną. Polega to na tym, że niby mówi narrator, ale oddaje on (w tym wypadku raczej ona) uczucia bohaterek. Tytułowe dziewczęta pochodzą z Nowolipek, biednej dzielnicy Warszawy. Poznajemy je gdy są młode, uczą się i mają marzenia. Akcja dzieje się tuż przed oraz podczas I wojny światowej. Łatwo więc się domyślić, że będą miały trudne życie. Trudno o tej książce powiedzieć, że się podobała, bo porusza trudny temat pozycji kobiety w Warszawie na początku XX wieku. Autorka potrafiła jednak pięknie pisać. Momentami miałem wrażenie, że czytam poezję. Np. gdy mówiła o "bezdomnej miłości". Te piękne fragmenty chyba jeszcze bardziej uwypuklają marzenia i później jeszcze boleśniej odczuwa się to gdy dziewczyny zderzają się z prozą życia. Warto przeczytać.
"Nie istnieją w swym dawnym kształcie opisywane przez Gojawiczyńską ulice, zmieniły się obyczaje, zawody, realia- tylko dziewczęta, choć zewnętrznie staromodne, żyją ciągle prawdziwe i bliskie w swoich smutkach, radościach, miłosnych tęsknotach."
Zdecydowałam oznaczyć ten review spoilerami, bo prawda jest taka że opisano mi tą książkę jako prosta i szczęśliwa historia o dzieciństwie, i czytałam ją myśląc że nic więcej w niej nie znajdę. Myślę że to sprawiło że jeszcze bardziej mi się podobała, I dlatego rekomenduje czytanie bez wiedzy o następnych detalach.
Prawda jest taka że to jest piękna powieść o dzieciństwie i tragedi, a czytanie o losach tych dziewcząt na samym końcu książki naprawdę mi pokazało że to nie jest taka prosta książka jak się spodziewałam. Oto ostatnie zdanie książki:
"Okno zachwiało się, rozwarło i zastygło tak, otwarte na te ciemność pulsującą dalekim tętnem, ciemność wiecznie pełna młodości, groźby I nadziei..."
Przepiękne i bardzo dobrze wybrane.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Trochę jak polska, przedwojenna wersja „Genialnej przyjaciółki” Ferrante. Tylko z nieco mniejszym rozmachem.
„Dzielnicą” są tu Nowolipki, świat sam w sobie, który żyje swoimi sprawami i pozostaje długo odporny na wszystko, co na zewnątrz. Jest dorastanie i uświadamianie sobie istnienia innego życia, jest struktura klasowa społeczeństwa, od której nie można uciec, podobnie jak od ograniczeń związanych z płcią. Może nie ma kamorrystów, ale nawet morderstwa się zdarzają tu i ówdzie.
Do tego wszystko osadzone w miejscu, którego od dawna już nie ma. Więc choćby dlatego - warto.
2,5/5 Książka opowiada o losach sześciu przyjaciółek, pochodzących z tej samej warstwy społecznej. Dziewczęta wychowujące się na Nowolipiu w Warszawie poznajemy na krótko przed wybuchem I wojny światowej i śledzimy ich trudne losy również w realiach wojennych.
Pola Gojawiczyńska przedstawia nam niesłychanie ponury, smutny, wręcz beznadziejny obraz Warszawy w ówczesnych czasach. I obraz ten nie dotyczy jedynie głównych bohaterek, które zmagają się z ubóstwem. Widzimy również tych zamożnych, którzy wcale nie kierują się lepszymi zasadami moralnymi, choć niczego im w życiu nie brakuje.
Z książki wręcz wyziera głód, nędza, nostalgia, patologia, brud (zarówno ten fizyczny, jak i moralny)...
Poznajemy szary świat, pozbawiony nadziei na lepsze jutro. O ile rodzice tytułowych dziewcząt, żyjący w równie trudnych warunkach, zdają się być pogodzeni ze swoim losem, o tyle one same nie chcą takiego życia. Nie są w stanie zaakceptować tej nędzy i strachu o każdy następny dzień. Za wszelką cenę próbują walczyć z przeznaczeniem- biedą niejako przekazywaną z pokolenia na pokolenie.
Bohaterki przedstawione są jako niezwykle naiwne, głupiutkie, początkowo wręcz zahukane, często poddające się bezwiednie temu, co je spotyka. Dziewczęta niejednokrotnie dają się wykorzystać i stłamsić. Obraz męskiej części społeczeństwa wyłaniający się z tej powieści jest jeszcze mniej pochlebny. Mężczyźni/ chłopcy ukazani są tu wyłącznie jako łowcy polujący na dziewczyny, pozbawione empatii zwierzęta kierujące się wyłącznie pożądaniem i namiętnościami. Ich jedynym celem jest wykorzystanie naiwności biednych dziewcząt, byle choćby się o nie otrzeć...
Autorka przedstawia losy sześciu bohaterek, jednak ich historie są niemal tożsame. Pokazana jest jedna jedyna droga, którą dziewczęta ostatecznie muszą wybrać. Droga bagnista i niosąca tragiczne konsekwencje. I właśnie ta monotematyczność, defetyzm, jednostronny obraz społeczeństwa są dla mnie najbardziej niezrozumiałe.
Gdyby nie pewne uwagi do kompozycji i niedosyt związany z językiem i rozwojem postaci (był zarysowany, ale potrzebowałam więcej), byłoby to absolutnie 5 gwiazdek
Bardzo dużo emocji ta książka mi przyniosła. Przeprowadziła mnie przez historię przyjaciółek z biednej dzielnicy Warszawy, które spędzają ze sobą czas, dzielą się radościami i smutkami, nie zawsze się rozumiejąc, ale trwając przy sobie. Widzimy ich czyste serca i oczy, które chcą chłonąć świat, które wierzą w szczęśliwe zakończenia. A wszystko to w atmosferze siostrzeństwa...
Jednak im dalej, tym bardziej los je od siebie oddala. Ich drogi rozchodzą się, a relacje rozluźniają. Przykro się na to patrzy.
Każda z nich chciała lepszego życia, chciała wyrwać się, nie tyle do świata, ile do szczęścia... jednak opuściły Nowolipki zupełnie niegotowe, zbyt naiwne, nieprzystosowane do rzeczywistości zewnętrznej.
Każda z nich szuka (czego? odmiany losu!) i żadnej się nie udaje...
This entire review has been hidden because of spoilers.
Kiedyś to było, ludzie żyli moralnie i wszyscy byli szczęśliwi 😍😍😍
A tak na serio - cieszę się, że ponownie sięgnęłam po tę powieść po kilku latach nabierania nowych perspektyw patrzenia na lekturę. A polskie pisarki „dawnych epok” zasługują na więcej uznania (nic odkrywczego).
Ps. Niech ktoś nakręci nową ekranizację tej powieści…
6.5/10 Pierwsza część znacznie ciekawsza. Poruszające są szczególnie te wszystkie fragmenty mówiące o jedzeniu - "mamo, co to jest to, co my jemy?", " W tym roku będzie szynki", "na kolację była uczta - nie same bułki, ale bułki z w ę d l i n ą"...
Ciekawe historycznie i socjologicznie. Biorąc pod uwagę rok wydania odważnie omawiała tematy związane z szerokorozumianą seksualnością. Fabularnie bohaterki mi się zlewały i myliły, do żadnej się nie przywiązałam, mimo że na pewno były sceny/uczucia, które do mnie przemówiły.
4.25 im dalej w las tym lepiej. zżyłam się z dziewczynami i chociaż okropnie trudne miały to życie na Nowolipkach, lubiłam śledzić ich losy. taka rzeczywistość zupełnie inna od naszej, tak z rozrzewnieniem czytałam wieczorami
Książkę czyta się ciężko - różne wątki, trudny język. Ale zostwić ją muszę ze względów sentymentalnych - ja też jestem "dziewczyna z Nowolipek" :) Ocena 3,5
co za powieść! pełna smutku i rozterek ale wciągająca. pierwsza część była trochę pogmatwana, gubiłam się kto kim był ale druga część już wciągnęła tak że trudno mi było ją odłożyć na bok. polecam!
każdy, kto kiedykolwiek stwierdził, że „dziewczęta z nowolipek” to polskie „małe kobietki” powinien się wstydzić. jak ja żałuję, iż ta dylogia nie jest zbyt popularna w ostatnich latach. powinna przeczytać ją każda nastolatka, a później drugi raz — jako dojrzała kobieta. pola gojawiczyńska stworzyła bohaterki ciekawe, charakterystyczne, wkładając w ich usta całe mnóstwo mądrych słów.
Książka idealnie wpisałaby się gdzieś po środku między romantyzmem a pozytywizmem. Są dziewczęta, które chcą się wyrwać do lepszego świata, a jednocześnie poszukują miłości.
Jedna z pozycji, o której powinno się zapomnieć po przeczytaniu.