Rozpięta między nadrzeczną okolicą Wrocławia i kanionami Manhattanu opowieść o trójce młodych ludzi. O bezimiennym Angliku z kamerą, pięknej kobiecie skażonej realizmem i psychopatycznym operatorze podziemnego radia. Odwieczna historia o ludziach i wiatrakach w scenerii końca XX wieku.
Trochę żałuję, że była to pierwsza przeczytana przeze mnie w tym roku książka. Czy była zła? Nie. Czy nic mi nie przekazała? Też nie. Czy żałuję przeczytana sceny w domku na plaży? Po stokroć tak. Uważam, że to bardzo interesujący portret epoki i osób, które musiały dojrzeć między 1980 a 1989 rokiem. Co ciekawe, odczuwam jakąś mimowolną nostalgię do pierwszej części (1983 rok), choć przecież lepszy świat miał nadejść w trzeciej (1991). Bolało mnie epatowanie przemocą w części drugiej. Rozumiem, że w Nowym Jorku język się zwulgaryzował, narrator robi bardzo dużo aluzji erotycznych, ale sceny między Anglikiem a Zoe przypomniały mi metaforę startu samolotu z "Weisera Dawidka" (a to źle). Miałabym dużo lepsze zdanie, gdyby nie sekwencja w domku.
SPOILER (choć myślę, że istotny jako trigger)
Czy naprawdę tych trzech gości nie mogło chcieć zabić Lidki? Nadal byłoby to traumatyzujące doświadczenie, z którego mógłby uratować ją Anglik. Ale czy rzeczywiście musiało być to nagrywanie obrzydliwego porno z zoofilią? Dokładność opisu mnie niepokoiła – i nie chodzi mi o to, że nie można czegoś takiego pisać. Tu czułam jednak jakąś fascynację narratora, wielość szczegółów tylko mnie w tym utwierdzała. Dlaczego Anglik nie interweniował wcześniej? Czy sprawiało mu przyjemność wykorzystywanie jego niespełnionej miłości w momencie, gdy była wykorzystywana? Dla mnie cała sekwencja to niepotrzebne szokowanie, co sprawia, że obniżam ocenę. Z czegoś, co stanowiło interesujący portret epoki, stało się... tym najbardziej obrzydliwym przedstawieniem głównej postaci kobiecej.
"(...), tam skąd od wapiennych wąwozów miasta i jałowych skwerków, od gmatwaniny odrapanych kamienic o bramach cuchnących uryną i węglowym miałem, oficyn z szybami oślepionymi sądzą, sierocego placyku po narożnych domach, od okratowanych kiosków z dykty, bocznic dworca towarowego - bierze początek ulica Niskie Łąki. By tam dotrzeć, trzeba skręcić od bulwaru z tramwajami, wspiąć się po pochyłości, ominąć placyk z warsztatem samochodowym i po żelaznym moście przekroczyć Oławkę. Dochodzi się dalej do głównej bramy nieczynnego kąpieliska, do muru stadionu i resztek parku, skąd dziurawa asfaltowa droga prowadzi już prosto ku łąkom nad dużą rzeką. Długi łuk kładki dla pieszych przegina się tam wysoko nad mulistą wodą i kończy schodkami przy betonowym murze ogrodu zoologicznego na drugim brzegu Odry. Łąki, niskie i puste, uśpione długim bezruchem, ciągną się stamtąd aż po kres kontynentu, po płycizny Morza Północnego, bezludne, opuszczone, nie licząc zapomnianej krowy z Rakowca i czerepu wyrzuconej na złom syrenki."
Przeforsowana, pymchonizująca, z wszelkimi wadami i zaletami nowej moderny. A właściwie z jedną zaletą więcej. Książka Siemiona ciągle czeka na rozpoznanie.