Tego, kto przeszedł przez najgęstszy mrok, nie przerazi żadna ciemność.
Była listopadowa noc, gdy dwóch mężczyzn włamało się do domu rodziny Butkiewiczów. Tej nocy rodzice Amelii zostali brutalnie zamordowani. "Ta dziewczyna nie ma prawa żyć!", usłyszało skulone ze strachu dziecko schowane między kuchenne szafki. Mimo tej przerażającej zapowiedzi ośmiolatce udało się uniknąć śmierci. Dostała nową tożsamość i nowy dom. Jednak strach miał nigdy jej nie opuścić. Morderców rodziców nie udało się odnaleźć.
Osiemnaście lat później koszmar powraca. Już nie w postaci towarzyszących Amelii lęków, a jako rzeczywiste zagrożenie. Od teraz ani ona, ani jej bliscy nie są bezpieczni. Mordercy zamierzają zrealizować groźbę sprzed lat. Kim są i jakie zagrożenie stanowi dla nich kobieta?
Gasnące światło to opowieść o przeszłości, naznaczającej nawet tych, którzy nie są jej częścią.
Dama polskiego kryminału powraca z opowieścią o brutalnej zbrodni, bezlitosnej sile historii i przemocy, która prowadzi w najgorszą ciemność.
Tytułowe gasnące światło to określenie wykorzystywane w psychologii – z angielskiego gaslighting – które oznacza formę manipulacji psychicznej lub emocjonalnej, objawiającej się w toksycznych związkach tak partnerskich, jak rodzinnych czy profesjonalnych. Chodzi o niszczące relacje, które objawiają się np. poniżaniem poprzez obniżanie poczucia własnej wartości, a nawet negowania zaistniałej rzeczywistości, przy narzucaniu własnego, zdeformowanego jej obrazu. To przemoc psychiczna, dezorientująca, wywołująca zagubienie przy jednoczesnym uzależnieniu od sprawcy. Przemoc, która tworzy iluzje i zaburza spojrzenie, a która może doprowadzać do najgorszych dewiacji. Hanna Greń sprytnie wplotła ten motyw w fabułę, tworząc oś, wokół której rozgrywają się poszczególne wątki. Tym samym, „Gasnące światło” zyskuje kolejny wymiar – wymiar psychologiczny – który uzupełnia podstawową intrygę kryminalną, nadając jej gęstości i objętości.
To zresztą znak szczególny prozy Hanny Greń – spójne łączenie motywów kryminalnych z obyczajowo-społecznymi i psychologicznymi. W „Gasnącym świetle” obserwujemy na dokładkę, również fascynujący wątek historyczny, który domyka klamrą całość opowieści. To w historię uwikłani są bohaterowie powieści, zwykli ludzie, na których cudze dzieje, czyny, wybory z przeszłości odcisnęły swoje piętno. Historia jest tutaj niczym skaza na kolejnych pokoleniach, dręcząca, miażdżąca, powracająca z nieznaną, zdeprawowaną siłą. Wisienką na torcie, a zarazem podstawą całości jest oczywiście śledztwo, które u Hanny Greń przedstawione jest z pieczołowitością i dbałością o szczegóły. Autorka dobrze wie, jak tworzyć wiarygodne, a jednocześnie przyciągające uwagę sceny oraz kreować bohaterów, którym kibicujemy z całego serca.
„Gasnące światło” to kryminał o przeszłości, od której nie ma ucieczki, o ludziach w nią zaplątanych i obsesjach, które trują ludzkie serca. O nieprzypadkowych zbrodniach i przewrotności losu. Napisany z wyczuciem i harmonią, z lekkością i humorem – wyważony dokładnie tak, jak trzeba. Hanna Greń donikąd się nie spieszy, w zamian, na spokojnie prowadzi intrygę, po nitce (a w zasadzie – po nitkach) do kłębka. Kawał porządnej powieści kryminalnej, ot co.
Książek Hanny Greń zostało wydanych już ponad dwadzieścia. Dla mnie najnowsza jej powieść jest pierwszym kontaktem z twórczością autorki.
W 2002 roku Anna i Paweł Butkiewicz zostają brutalnie zamordowani w swoim domu. Ich ośmioletniej córce, Amelii, udaje się schować i przeżyć napad. Zostaje adoptowana przez rodzinę Bender lecz ciągle musi oglądać się za siebie. Mordercy jej rodziców nie zostali schwytani, nie zamierzają odpuścić i chcą skończyć to co zaczęli. Po osiemnastu latach od tragedii koszmar powraca, gdy zostaje ujawniona jej zmieniona tożsamość. Ludzie z otoczenia Amalii zaczynają ginąć. Sprawą zajmuje się Radomir Olbrycht, który jest synem policjanta prowadzącego śledztwo sprzed lat w sprawie zabójstwa rodziny Butkiewiczów.
Płaszczyzn czasowych w tej powieści jest kilka. Opisują znaczące wydarzenia, punkty zwrotne trzech pokoleń kilku rodzin, począwszy od roku 1945, aż do czasów obecnych. Fabuła jest wielowymiarowa i wielowątkowa, przemyślana w najdrobniejszym detalu i starannie przelana na karty powieści. Historia nie pędzi w zawrotnym tempie dzięki czemu czytelnik ma możliwość poukładania sobie w głowie zawiłej, złożonej intrygi. Dokładając kolejne elementy układanki z każdą stroną wyłania się coraz pełniejszy obraz wydarzeń. Poczucie niepokoju towarzyszy przez całą książkę powodując w czytelniku napięcie przed odkryciem niebezpiecznej prawdy.
Autorka kunsztownie naszkicowała rysy psychologiczne niemałej ilości postaci. Każdy został obdarzony własną osobowością, talentami, lękami i wadami. Wielowymiarowość bohaterów podkreśla ich język, sposób wysławiania się, który jest charakterystyczny, właściwy dla epoki, w której żyją.
Początkowo byłam oczarowana tą powieścią, urzeczona stylem autorki. Każda kolejna przeczytana strona wciągała mnie coraz głębiej w wir wydarzeń. Jednak mniej więcej w połowie książki zaczęła mnie męczyć. Głównie dotyczyło to dialogów między bohaterami, które nie wnosiły kompletnie nic do fabuły, a ciągnęły się przez wiele stron. Bezsensowne porównywanie bestialskich tortur do rodzenia dzieci było przesadą. Bohaterowie rozprawiali o niczym, a potem było jedno zdanie wrzucone, że jedna osoba drugiej zrelacjonowała wydarzenia, dla których się spotkali, czy prowadzili rozmowę. Gdyby wyciąć nic nie wnoszące opisy powieść znacząco straciłaby na objętości, a nie ujęłoby to jakości, ani wnikliwemu przedstawieniu historii.
Całość powieści oceniam jako nieschematyczną, ciekawą i wartą przeczytania.
W tej historii poznacie Amelie, która jako 8 letnia dziewczynka doznała traumy, ktoś wtargnął do jej domu i zabił jej rodziców, ona jakimś cudem ocalała. Dostała nową tożsamość i nowy dom. Morderców nie udało się odnaleźć. Osiemnaście lat później zagrożenie wraca. A ona i jej bliscy są znowu w niebezpieczeństwie.
Historia kryminalna, która wciąga od pierwszych stron, pióro autorki jest zachwycające. Nie ma niczego za mało, ani za dużo. Ja zdecydowanie muszę nadrobić poprzednie książki!
Pochłonął mnie świat Amelii, jej ciągły lęk, ból po stracie najbliższych był ciągle odczuwalny. Było mi jej strasznie żal. Jako dorosła kobieta uporała się z traumą. Ale w wewnątrz była krucha i zlękniona. Nowe wydarzenia rozdrapują stare rany, a ona pogrążała się w coraz większym żalu i wyrzutach sumienia.
Zagadka kryminalna w tej książce jest od początku skomplikowana, dlatego tak świetnie trzyma w napięciu. Zostajemy rzuceni na głęboką wodę. Poznajemy wielu bohaterów, wiele perspektyw, wracamy do wydarzeń sprzed lat. Mnóstwo małych kawałków, które pomału, krok po kroku, kartka po kartce zbliżają nas ku celowi.
Amalia poznaje Radomira Olbrychta, który imponował mi swoim charakterem.. Ramir okazuje się być synem prowadzącego dochodzenie, w sprawie zmarłych rodziców Amalii, funkcjonariusza Mariusza Olbrychta. Mamy okazję poznać historię sprzed lat jeszcze dokładniej. A przy okazji Radomir zostaje małym aniołem stróżem naszej głównej bohaterki. Czy uda mu się złapać morderców czyhających na jej życie?
Myślę, że w tej historii niczego nie brakuje. Autorka daje nam szansę poznać i przywiązać się do dobrze wykreowanych bohaterów, karmi nas dokładnym śledztwem. Znajdziecie też tutaj odrobinę czarnego humoru, bowiem Amalia i Ramir to duet dość specyficzny - ale na swój sposób uroczy.
Zakończenia w życiu bym nie przewidziała, a miałam kilka pomysłów. Bardzo zaskakujące, potwierdzające tylko moje zdanie na temat tej pozycji. Idealna książka dla fanów gatunku. Ja bawiłam się świetnie - naprawdę dobrze napisany kryminał!
Tymczasem zapraszam na poznanie bardzo ciekawej i wciągającej historii. O książkach autorki @hanna.gren.pisarka zawsze czytałam same dobre opinie. Więc i w końcu na mnie przyszła pora aby wyrobić sobie własną opinię i podzielić się z Wami swoim zdaniem.
A jest czego oczekiwać, bo kiedy zaczniesz czytać to gwarantuje Ci, że odłożysz ją dopiero po przeczytaniu ostatniej strony, po zapoznaniu się z jej zakończeniem. Rozbudowana akcja z powracającymi retrospekcjami i śledztwem, które może nie daje nam ogromnej adrenaliny, ale broni się swoją konstrukcją, pomysłem i szalonymi zabójcami. Zapraszam do świata, w którym możemy poznać zapobiegawczą i bardzo zranioną przez życie Amalię. Nie tylko imię ma nietypowe, cała jej postać ukazuje niezależną i charakterną kobietę. Gdy pozna nieustępliwego i zadziornego policjanta Ramira możemy być pewni, że jej życie się na pewno zmieni.
Trochę jestem zaskoczona, gdybym nie wiedziała z jakim gatunkiem mam do czynienia, obstawiałabym książkę obyczajową z bardzo rozbudowaną sferą kryminalną. Jednak wcale mi to nie przeszkadzało, bo tą pozycję czyta się bardzo szybko a prowadzone śledztwo daje nam dreszczyk emocji i ogromną satysfakcję, że zło zawsze przegrywa.
Hanna Greń, dama kryminalnej dramy z domieszką humoru jest w stanie sprawić, że w jej powieściach mogą zasmakować nawet ci, którym z kryminałem nie po drodze. Gasnące światło idealnie sprawdza się na początek poznania tej autorki.
Osiemnaście lat temu rodzice ośmioletniej Amelii Butkiewicz zostali brutalnie zamordowanie, a ona sama cudem uniknęła śmierci. Sprawców nigdy nie złapano, a tylko bezpieczny świat dziewczynki na zawsze runął. Nowi rodzice, nowa tożsamość i upływ czasu nie zamazał w jej pamięci tamtej tragicznej nocy. Lęk, koszmary i paniczna obsesja na punkcie bezpieczeństwa. Zwłaszcza, że dawne zagrożenie ponownie daje o sobie znać.
Koniec II wojny światowej i współczesność mają ze sobą niby nie wiele wspólnego, bo co może łączyć historię powrotu z robót przymusowych na rzecz III Rzeszy z nierozwiązaną zagadką brutalnego morderstwa? Jednak u Hanny Greń przeszłość nieustannie daje o sobie znać, nie pozwala zapomnieć i zbiera krwawe żniwo. W kontrze do niej jest bezbronne dziecko dorastające z traumą, nieustannym lękiem i wspomnieniami, których nie umie wyprzeć. Zamiast spokojnego i beztroskiego dzieciństwa - żal i tęsknota, zamiast poczucia bezpieczeństwa i domu pełnego miłości - strach i walka o akceptację. Wszystko to, co osiągnęła nie przyszło jej łatwo i każda cząstka powrotu do normalności wymagała nie lada wysiłku. Krok po kroku wchodzimy w przejmującą historię nie zagojonych ran i koszmaru, który z upływem lat nie ma końca. Ten strach jest wszechobecny, obezwładnia i paraliżuje i nie pozwala o sobie zapomnieć. Niszczy wszystko, co spotka na swej drodze. Zostawia zgliszcza, ruiny z których nie da się już nic odbudować. On jest sprawcą, że nie potrafi się wykorzystać szansy na szczęście. W jego cieniu ukrywają się bezwzględni mordercy, ludzie bez twarzy, których jedynie wypowiedziane słowa wbiły się na zawsze w pamięć. Nie wiadomo kim są, jakie mają motywy, ani kiedy ponownie na nowo zaatakują. Jedno jest pewne, oni nie odpuszczą aż nie zakończą krwawej jatki. Nie liczą się z liczbą ofiar. Greń nieustannie wprowadza w zagadkę sięgającą przeszłości. W to jedno wydarzenie w skutek, którego życie straciło wiele osób. W wydarzenia naznaczone bezprzykładnym okrucieństwem, bestialstwem i krwią. Ofiarą potwora stają się bezbronni ludzie, którzy nie wyczuwają oddechu śmierci i niebezpieczeństwa.
Hanna Greń ma w sobie to coś, co sprawia, że jej powieści czyta się z rosnącą fascynacją, niepokojem, a jednocześnie niejednokrotnie z uśmiechem na twarzy. Na przemiennie kumuluje negatywne emocje, rzuca w makabrę, aby bardzo szybko rozładować owe napięcie. Daje potrzebne wytchnienie do dalszego biegu, do nowej walki. Łączy ona w charakterystyczny dla siebie sposób kryminał z powieścią obyczajową, a nawet elementami romansu. I chociaż ci, co zaznajomieni są z jej prozą bez trudu potrafią przewidzieć pewne zdarzenia, to i tak nie psuje to zabawy. A o to przecież chodzi. Trudno zakwalifikować ją jako autorkę thrillerów kryminalnych czy kryminału. W tym pierwszym bowiem chodzi o emocje, przeżycia i wszechobecną tajemnicę, kiedy w kryminale sensu stricto stawia się na śledztwo. U Greń te dwa elementy silnie przenikają się i wcale nie trzeba być wielbicielem powieści kryminalnych, aby znaleźć to coś, co jest w stanie przytrzymać uwagę czytelnika. To coś, dzięki czemu wpadniemy niczym śliwka w kompot. Jednocześnie buduje opowieść z dużym naciskiem na aspekt psychologiczny - życie z traumą i pernamentnym lęku, który niszczy relacje międzyludzkie, a z drugiej strony popycha do nadmiernej ufności.
Gasnące światło to powieść dająca szerokie pole do interpretacji. Sam tytuł można rozumieć wielorako. Dla mnie jest to gasnące światło radości, miłości i normalności. Czymś po czym najgorszy mrok nie jest straszny. Coś co sprawia, że niczego już bardziej nie sposób się bać. Z drugiej strony gasnące światło lęku, które wymaga wysiłku i do gaszenia, którego potrzeba drugiej osoby. W każdym razie Hanna Greń dostarcza przez parę dni sporej dawki emocji i wrażeń trudnych do zapomnienia.
Z kryminałów wydawanych przez Czwartą Stronę znam większość autorów. Większość, bo do tej pory ociągałam się z poznaniem książek Hanny Greń. Ostatnimi dniami się to zmieniło, ponieważ dzięki @czwartastronakryminalu udało mi się przedpremierowo przeczytać najnowszą książkę Autorki.
I już wiem, że chcę jak najszybciej pochylić się nad wcześniejszymi tytułami, bo to, co otrzymałam podczas lektury „Gasnącego światła” było przeżyciem, którego od jakiegoś czasu brakowało mi podczas czytania kryminałów.
Totalnie rozumiem @zolza_z_ksiazka, że po przeczytaniu tej książki musiała zrobić sobie odpoczynek od książek, by zostać w historii stworzonej przez Autorkę chociaż odrobinę dłużej. Odniosłam podobne wrażenie i praktycznie od pierwszych stron wiedziałam, że ta historia zostanie we mnie na dłużej.
Tajemnicze zabójstwo rodziców ośmiolatki, która uratowała się przed śmiercią chowając w swojej tajnej skrytce. Tu już Autorka mnie kupiła, nie tworząc historii o przypadkowej śmierci o śmierci podczas zwykłego włamania. Dodatkowo wydarzenia rozłożone są na kilka perspektyw czasowych – czas zabójstwa małżeństwa Butkiewiczów, wydarzenia współczesne, po osiemnastu latach od tragedii, a dodatkowo z jakiegoś powodu (którego Wam nie zdradzę) historia rozpoczyna się w czasach końca drugiej wojny światowej.
Dlaczego ktoś po prawie dwóch dekadach ponownie chce zabić Amelię? Z czym lub kim wiąże się tajemnica z przeszłości? Hanna Greń perfekcyjnie połączyła wszystkie umyślnie wplecione w historię wątki w zaskakujące zaskończenie. Dodatkowo bardzo spodobała mi się „ciągłość rodzinna” w postaciach Mariusza i Ramira, gdy syn bada sprawę, która spędzała sen z powiek ojcu nawet na policyjnej emeryturze.
Sama postać głównej bohaterki również przypadła mi do gustu, choć Amelia/ Amalia/ Alia miała w sobie coś, co również mogłoby od niej odrzucać – mianowicie dość pokaźną dawkę pewności siebie połączonej jednak z daleko idącą ostrożnością. A wszystko to okraszone chwilami czarnym humorem.
I chociaż przyznać trzeba, że „Gasnące światło” nie zawiera w sobie niczego nowego, to Autorka sięgając po sprawdzone motywy sprawy z przeszłości i zemsty stworzyła wciągającą powieść.
Hanna Greń należy do wąskiego grona moich ulubionych autorek kryminałów. Przeczytałam wszystkie książki i opowiadania jej autorstwa dlatego, niczym wygłodniały szczeniak na kość, rzuciłam się na najnowszą powieść „Gasnące światło”. Mimo że wiedziałam czego mogę oczekiwać, to nie liczyłam na taką ucztę!
Od dziś to mój numer jeden w twórczości autorki, która nie tylko stworzyła wielowątkową, fascynującą fabułę, gdzie wiele pozornie niezwiązanych ze sobą dróg prowadzi do prawdy, ale jak zawsze wykazała się mistrzostwem przy kreowaniu bohaterów i realizmem w opisie prowadzonych śledztw.
Od pierwszych stron podsyca ciekawość czytelnika i budzi silne emocje. Brutalny napad na spokojną rodzinę, z którego uchodzi z życiem tylko ośmioletnia Amelia ukazany z jej perspektywy budzi ciarki. Umorzenie sprawy skazuje ją, mimo zmiany tożsamości i upływu osiemnastu lat, na życie w cieniu tragedii i poczuciu zagrożenia. Bo ona również miała zginąć. Tylko dlaczego?
I co wspólnego z tą zbrodnią może mieć ucieczka gestapowców pod koniec drugiej wojny światowej? Wydarzenia bieżące przeplatane tymi z czasów powojennych długo nie dają uchwycić żadnej stycznej, a nasze domysły z góry skazane są na porażkę. Jedno jest pewne. Wypłynięcie w mediach sprawy rodzinnej zbrodni jest niczym zapalnik, który dosłownie wysadza w powietrze wątłą stabilność Amelii. Czy prowadzącemu śledztwo policjantowi uda się odkryć to, co przed laty nie udało się jego ojcu i schwytać sprawców?
Znakomitą rozrywką okazało się wplecenie w fabułę śledztwa sprzed lat w sprawie zabójstwa w ośrodku psychiatrycznym. Z braku bezpośrednich dowodów oparte na dedukcji niczym u Sherlocka Holmesa wielokrotnie budziło uśmiech na mojej twarzy. Hanna Greń niezmiennie zachwyca! Porywa w fascynujący wir zdarzeń sięgający dalekiej przeszłości, która swymi chciwymi mackami oplata teraźniejszość niczym straszliwe bóstwo żądające kolejnych ofiar.
Obnażając najniższe ludzkie instynkty podsycane poczuciem krzywdy, niezdrową ambicją, czy strachem niepozwalającym głębiej odetchnąć trzyma w napięciu do samego końca. Głodni wrażeń? Ta książka zaspokoi Wasz apetyt!
Pewnej nocy do domu państwa Butkiewiczów włamują się zamaskowani napastnicy, których celem jest zamordowanie całej rodziny. Zlecenie jest proste- nikt nie może przeżyć. Jednak małej Amelii udaje się schować przed napastnikami i tym samym uniknąć śmierci. Nie pamięta z tego zdarzenia za wiele, ale jest pewna, że doskonale rozpozna głos osoby, która tej makabrycznej nocy „gościła” w jej domu. Po osiemnastu latach koszmar powraca, gdy kobieta ponownie czuje zagrożenie- ktoś chce dokończyć swoje dzieło sprzed lat i młoda kobieta nie może czuć się bezpiecznie. Czy uda się jej rozwiązać zagadkę śmierci rodziców? Czy odgadnie, o co chodzi w całej sprawie? Czy znajdzie kogoś, komu będzie mogła zaufać? Pani Hanna Greń w swojej najnowszej książce „Gasnące światło” po raz kolejny udowadnia, że jest w świetnej formie i bardzo wysoko stawia poprzeczkę. Jak ta Autorka pracuje słowem, istna czarodziejka pióra, która serwuje nam plastyczne opisy i bardzo przemyślana intryga. Widać tu prawdziwy kryminalny majstersztyk- wszystko jest tutaj dopracowane w najmniejszym szczególe! Przemyślana zbrodnia, której geneza sięga 1945 roku, zaślepiony zemstą sprawca i niewinna rodzina, która pada jego ofiarą. Tutaj nic nie jest takim, jakim się wydaje. Zanim znajdziemy rozwiązanie zagadki, pani Hanna uśmierci kilka osób (!), ale robi to tak delikatnie, że jestem w stanie wybaczyć te naście trupów! 😊 Całość nie jest przerysowana, przegadana, wydaje się bardzo prawdopodobna, zarówno motyw, jak i wykreowana przez Autorkę fabuła. Bohaterowie są świetnie sportretowani, budzą sympatię i naprawdę się z nimi zżyłam. Pani Hanna to prawdziwa mistrzyni kryminału, jej nazwisko to gwarancja nie tylko dobrej powieści, ale także świetnej zabawy. Od książki nie sposób się oderwać i mam nadzieję, że „Gasnące światło” to dopiero wstęp do kolejnej serii. Ja jestem zachwycona i bardzo mocno polecam Wam dzisiejszą premierę
Czy o przeszłości można zapomnieć? Czy przeszłość jest w stanie zapomnieć o nas? Amelię w wieku 8 lat spotkała niewyobrażalna tragedia - jej rodzice zostali zamordowani niemalże na jej oczach. Ona sama cudem uniknęła śmierci dzięki temu, że schowała się w kuchennej szafce, lecz mimo to zdołała usłyszeć, że prędzej czy później mordercy wrócą także po nią. Po 18 latach od tamtych wydarzeń Amelia ma wszystko o czym marzyła - rodziców zastępczych, narzeczonego i dobrą pracę. W najgorszych snach nawet nie spodziewa się, że dzień, w którym jej przeszłość w końcu się o nią upomni zmieni zupełnie wszystko co do tej pory znała i zbudowała a poczucie bezpieczeństwa zniknie z minuty na minutę.
To był naprawdę dobry thriller! Słuchało mi się go z wielką przyjemnością a zagadka, która towarzyszyła historii przez cały czas trzymała ją na wysokim poziomie. Ogromnie się cieszę, że nie był to kolejny schematyczny thriller, na które ostatnio dość często trafiam. Relacja głównej bohaterki z młodym komisarzem i z oficerem, który prowadził śledztwo w jej sprawie 18 lat wcześniej była bardzo ciekawa, ciepła i co najważniejsze wyglądała bardzo szczerze i naturalnie. Lubiłam śledzić ich narady i swobodne dzielenie się swoimi podejrzeniami i nowymi informacjami. Nie da się nie wspomnieć o postaciach silnych, inteligentnych kobiet, żon pozostających w cieniu, bez których nasi szacowni panowie komisarze chyba nie zaszliby daleko. Jeśli chodzi o zakończenie, to myślę, że mnie usatysfakcjonowało, zarówno jeśli chodzi o motyw jak i o postać sprawcy. Mogę więc szczerze polecić "Gasnące światło" co z powodu mojego przesytu thrillerami i kryminałami ostatnio nieczęsto się zdarza.
To powieść o intrydze, która rozciąga się na blisko 80 lat. Już pierwsze sceny pokazują, że czytelnik będzie miał do czynienia z konkretnym polskim kryminałem oraz że ta sprawa nie może być prosta. Akcja powieści toczy się aż na czterech płaszczyznach czasowych, w związku z czym czytelnik będzie miał do czynienia z kilkoma wątkami i wieloma bohaterami. Może to budzić obawy, że odbiorca pogubi się w tej historii, ale nic bardziej mylnego.
Odkrywanie tajemnic z przeszłości, szukanie rozwiązania intrygi razem z bohaterami, dotarcie do niego i zakończenie, które zaskakuje na ostatniej stronie – Hanna Greń nie pozwoliła mi na nudę i zagwarantowała fantastyczną zabawę. Autorka metodycznie łączyła wszystkie wątki, ukazywała kontekst całej historii, więc nie było szans, by się w niej pogubić.
Czytając "Gasnące światło" ponownie spotkałam się ze stylem Hanny Greń, który bardzo lubię i cenię.
Akcja w dużej mierze jest oparta na warstwie obyczajowej, która nie stoi “bezczynnie” obok, ale ma ścisły związek ze śledztwem. Hanna Greń rewelacyjnie pokazała wpływ przeszłości, która odbija się na kolejne pokolenia oraz determinuje życie, wybory i poglądy wielu osób.
Autorka świetnie wykreowała swoich bohaterów – w większości budzą oni sympatię, a każdy z nich jest bardzo realistyczny, “ludzki”. Na uwagę zasługuje główna bohaterka oraz jej życie w ciągłym strachu, z traumą z dzieciństwa oraz wpływie na dorosłe życie, relacje z otoczeniem i rodziną.
Sięgając po tę powieść wiedziałam, że mogę spodziewać się polskiego kryminału obyczajowego na najwyższym poziomie. Przemyślana fabuła, wciągająca intryga oraz świetni bohaterowie – tego mogą spodziewać się czytelnicy najnowszej powieści Hanny Greń. Polecam!
4/10 Moje pierwsze i raczej ostatnie spotkanie z Panią Greń. Od pierwszych stron miałam wrażenie, że to już znam. I nie chodzi o historię, ale o formę - wypisz wymaluj Joanna Chmielewska! Poniemiecko-wojenne skarby, fajni milicjanci (PRLowska sekwencja jest najlepsza), bardzo samodzielne dziewczę, które jednak jest ratowane przez rycerskiego młodzieńca, omawianie spraw przy stole... Wszystko już było. I do tego przedziwny język tej książki - bandyci używający w XXI słów typu fąfel, lamus, farmazony (niesamowita wulgarność!) albo Butkiewicz i Widlarz w 1945 r., gdzie przynajmniej jeden z nich pochodzi z biednej chłopskiej rodziny, bez zająknięcia posługują się piękną, literacką polszczyzną, a na propozycję zrobienia herbaty z poziomek jeden z nich reaguje "Wspaniały pomysł"... Tak, a tęczowy jednorożec bił im brawo zza krzaka. No nie, nie i jeszcze raz nie. Wolę najgorszy oryginał od najlepszej podróbki.
(...) Chociaż przed lekturą wydawało mi się, że opowieść będzie przypominać raczej “domestic noir”, bardzo szybko okazało się, że fabuła rozwinęła się w zupełnie innym kierunku - dość świeżym, ale i niezbyt interesującym dla kogoś, kto tak ja zwraca bardziej uwagę psychologiczne i społeczne tło.
Była ciekawsza niż się tego spodziewałam, dlatego szkoda, że czekała na mojej półce tak długo 🥲 Mimo tego, że złapał mnie zastój podczas lektury to liczę na to, że na niej się zakończył.